Ewangelia na Prima Aprilis

fish_800x600Jest taki dzień w roku, kiedy na każdą informację patrzymy podejrzliwie. W końcu wszędzie może czaić się podstęp czyhający na naszą łatwowierność. Mam wrażenie, że jest w nas gdzieś jakiś głęboki lęk przed wyśmianiem, okazaniem się naiwnym. I ten lęk się przekłada na relację z Panem Bogiem.

Dzisiaj w Ewangelii Piotr po nieudanym połowie słyszy o tym, że ma zarzucić sieci z prawej strony łodzi. Przecież to absurdalna wskazówka! To jednak nie pierwszy raz kiedy słyszy te słowa. W prawie identycznej sytuacji Jezus powołuje Piotra na samym początku Ewangelii. Wtedy jeszcze zupełnie się nie znają. Wytrawny rybak po całej nocy bezowocnego połowu, słyszy od stolarza, że ma w ciągu dnia wypłynąć na głębię i zarzucić sieci. Nikt o zdrowych zmysłach nie posłuchałby takiej rady. Na pewno w sercu Piotra zrodziła się wielka wątpliwość, czy to nie jest właśnie jakiś dowcip. Przecież by się nie zdziwił, gdyby Jezus wybuchnął śmiechem i z nieskrywaną złośliwością powiedział: „serio myślałeś, że coś złowisz?” Zarzucenie sieci z taką perspektywą było heroizmem Piotra, który się bardzo opłacił. Sieci rozrywały się od ilości ryb.

Mamy chyba tendencje do podejrzewania Boga o taką złośliwość. Czasami nawet podświadomie wydaje nam się, że On bawi się naszym kosztem. Pan Bóg ma niesamowite poczucie humoru i jak Go bliżej poznamy, będzie z nami żartował i rozbawiał nas do łez swoimi niespodziankami, ale On nigdy nie będzie sobie z nas robił złośliwych dowcipów. Kiedy dziś rano dostałam ważnego maila od przyjaciela, wiedziałam, że to co pisze nie jest żartem, bo dotyczyło czegoś istotnego. Podobnie, gdy Pan Bóg nas zaprasza do czegoś niemożliwego, nigdy to nie jest pułapka, to zawsze jest na poważnie!

Trzeba jednak umieć uwierzyć w cud. Definicja cudu nie jest mi obca, bo to właśnie ona była sprawcą jedynego mojego oblanego egzaminu na teologii. Do końca życia zapamiętam, że św. Tomasz z Akwinu mówił, że cud dzieje się poza porządkiem wszelkiego stworzenia i dokonany jest przez Boga. Poza porządkiem stworzenia oznacza, że nie można go wytłumaczyć racjonalnie. Do tego potrzeba wiary.

Tak często boimy się uwierzyć, że Jezus może dokonać cudu w naszym życiu. Boimy się, że kiedy się nie uda, zostaniemy wyśmiani, skompromitujemy siebie, Boga, Kościół… Tylko, że bez tej wiary nie mamy żadnej szansy na cud. Możemy wręcz mieć pewność, że żaden nie będzie miał miejsca. Bo ktoś musi te sieci zarzucić.

 

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz

Śmierć na pełnej petardzie

Dzień po tym jak pisałamd1974486219, żeby nie bać się śmierci, umiera człowiek, który zdecydowanie się jej nie bał. Księdza Kaczkowskiego kojarzyła cała Polska. Jak sam o sobie mówił – onkocelebryta, czyli ktoś kto jest znany z tego, że ma raka. Był kimś znacznie więcej, bo był ikoną „normalnego” polskiego Kościoła, który nie boi się wyjść do normalnych ludzi, szukających Boga na bardzo krętych drogach, który przyjmuje i kocha, a nie moralizuje i poucza. Był tym, który pokazywał, że cierpienie może być darem, a nie wyrokiem i że Bóg zupełnie nikogo nie odrzuca. Moim uczniom pokazywałam kilka filmików o Eucharystii w jego wykonaniu i nie zrobiły na nich wielkiego wrażenia, ale kiedy później spotkali się z ks. Janem w ramach jakiejś imprezy dla wolontariatu, z dumą opowiadali, że poznali „tego znanego księdza z internetu”.

Ja ks. Jana nigdy nie spotkałam osobiście. Najbliżej niego byłam na Woodstoku, gdzie niestety spóźniliśmy się na panel z jego udziałem, ale warto było dotrzeć choćby na końcówkę. Widać było tyle życia w tym człowieku, któremu choroba nie zdołała wydrzeć tego co najważniejsze. Dobrze pamiętam jego krótki filmik stamtąd na vlogu, gdzie wypowiadał się w bardzo podobnym duchu do tego jaki znajdziecie w moim tekście na blogu, który pewnie był najbardziej popularnym tekstem w moim życiu 😉 Chyba oboje mamy przekonanie, że w każdym miejscu na ziemi można znaleźć zło i ból i w każdym miejscu można znaleźć dobro i nadzieję. Dziękuję ks. Janowi właśnie za tę nadzieję, której nie szczędził nikomu – takiej nadziei prawdziwej, bez naiwności, bez zbędnego pocieszania, z pełną świadomością, że wszystko jest w rękach dobrego Boga. Teraz na pewno uśmiecha się do nas z góry i kibicuje nam żeby nasze życie nigdy nie straciło nic ze swojej petardy.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz

Śmiercią zwyciężył śmierć

wielkanoc-2Dziś rano przy śniadaniu zostałyśmy zaskoczone przez przemiłych gości z życzeniami. Nowicjusze z Rosji przynieśli nam własnoręcznie upieczoną babkę z napisem: Христос воскрес, czyli Chrystus zmartwychwstał i odśpiewali tradycyjną pieśń. Były w niej słowa które mnie zastanowiły: „śmiercią zwyciężył śmierć”. To bardzo w stylu Pana Boga, bo On jest mistrzem paradoksów – umiera by dać nam życie. To stwierdzenie pokazuje jednak jeszcze inną ważną prawdę. Żeby zwyciężyć śmierć, nie można od niej uciekać, nie można też z nią walczyć. Trzeba ją po prostu przyjąć, przejść przez nią. Aby pokonać swój największy lęk, trzeba go przyjąć. Łagodnie, bez spektakularnych scen, z dala od miasta, najważniejszych wydarzeń… Największe bitwy w naszym życiu rozegrają się właśnie na peryferiach życia i najprawdopodobniej nikt ich nie zauważy. To w cichości mojego serce zdecyduję, że nie pójdę za tym co wygodne i chytre, ale znajdę w sobie odwagę, żeby wziąć odpowiedzialność za drugiego, żeby przebaczyć, żeby być wiernym, żeby kochać do końca.

Od kiedy Jezus zmartwychwstał, nie ma już nic, czego nie dałoby się zwyciężyć. Wszystko stało się możliwe, ale też i nic już nie jest takie samo. Śmierć bowiem była do tej pory ostatecznym rozstrzygnięciem, ostatnim aktem, który nie dawał nadziei, który był nieodwracalny. Dzisiaj nie ma już nic nieodwracalnego. Jezus pokonując śmierć, pokazał, że jest władcą absolutnie WSZYSTKIEGO i nawet jeśli umrzesz, to „nic się nie stało”.

Im więcej na świecie terroru, zamachów, morderstw, tym więcej w nas strachu i lęku o własne życie. Wiele już się nasłuchałam o tym, że lepiej nie jechać do Krakowa na spotkanie z papieżem, bo przecież tam może być niebezpiecznie. Wiele razy słyszę, że nie możemy na to patrzeć bezczynnie, że musimy się bronić… Tylko czy takim podejściem nie przekreślamy właśnie zwycięstwa Chrystusa? Czy my naprawdę możemy jeszcze bać się śmierci, wiedząc, że to dopiero początek? Bójmy się złych wyborów, przespanych okazji, niepodjętego ryzyka, zatwardziałego serca, wygodnych kapci i telewizora. Nie bójmy się śmierci.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | 3 komentarze

Umarł za mnie czy przeze mnie?

201260_sznur_jw01_34W całą retorykę wielkopostną wpisuje się historia o tym, że Jezus umarł przeze mnie – „to nie gwoździe Cię przybiły lecz mój grzech”. Ładnie pokazuje to filmik, na którym ktoś ma wizję jak jego grzechy uśmiercają Jezusa… To jest jednak prawdą tylko do pewnego momentu. I wcale nie chodzi tu tylko o to, że ta perspektywa skupia nas na naszym grzechu zamiast na miłości Boga. Ja myślę, że to jest poważniejszy teologiczny problem…

Często mówi się o śmierci Jezusa jako o akcie wykupienia mnie grzesznika. Są to nawiązania m.in. do Izajasza, który w piękny sposób pokazuje miłość Boga do nas:

«Nie lękaj się, bo cię wykupiłem,
wezwałem cię po imieniu; tyś moim!
Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą,
i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie.
Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się,
i nie strawi cię płomień.
Albowiem Ja jestem Pan, twój Bóg,
Święty Izraela, twój Zbawca.
Daję Egipt jako twój okup,
Kusz i Sabę w zamian za ciebie.
Ponieważ drogi jesteś w moich oczach,
nabrałeś wartości i Ja cię miłuję,
przeto daję ludzi za ciebie
i narody za życie twoje. (Iz 43, 1-4)

Bóg nas wykupił w ten sam sposób, w jaki niegdyś wykupywano niewolników. Jeśli niewolnik był na sprzedaż, mógł się znaleźć człowiek o dobrym sercu i zamiast niewolnika kupić i zaprząc do roboty, płacił za niego odpowiednią sumę i zwracał mu wolność. Analogia wydaje się dość prosta – niewolnikiem jesteśmy my, niewolą nasz grzech, wykupującym Jezus, a ceną Jego śmierć. Tylko jedna rzecz przestaje tu pasować. Czy ten wykupujący kiedykolwiek pytał niewolnika z jakiego powodu wpadł w niewolę i wyrzucał mu, że to przez tą niewolę musiał zapłacić tak wielką cenę? NIE!! Wykupujący wykładał tę sumę zawsze dobrowolnie, mając na względzie tylko dobro i wolność niewolnika. Nigdy nie mówił „to przez Ciebie straciłem tyle pieniędzy”, zawsze mówił „to dla Ciebie warto było tyle zapłacić”. Wykupujący widzi wartość w samym niewolniku, w jego wolności. Chce mu zwrócić wolność z miłości.

Nie inaczej jest z nami. Bóg oddał życie na krzyżu za nas, ale nie przez nas. Dlatego na Wigilii Paschalnej po raz kolejny zaśpiewane zostaną znamienne słowa: „Błogosławiona wina, skoro ją zgładził tak wielki Odkupiciel„.

Ten, który wykupuje niewolnika, nie oczekuje, że on go będzie przepraszał za swoją niewolę. Niewolnik nie może też czuć się zobowiązany żeby odpracować kwotę wykupu, bo w ten sposób ponownie stałby się niewolnikiem! Jedyne więc co możemy zrobić, to być wdzięcznym do końca życia za zwróconą wolność i z radością zostać z naszym wybawcą, służąc Mu jak najukochańszy syn i córka.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | 3 komentarze

Król cierpiący

niedziela-palmowaW Niedzielę Palmową czytamy uroczyście opis męki Pan Jezusa. Może się wydawać, że nieco przedwcześnie, bo przecież dopiero w Wielki Piątek wspominać będziemy mękę, a teraz Jezus dopiero triumfalnie wjeżdża do Jerozolimy… jest w tym jednak wielka mądrość, pokazująca dokładnie jakim królem On chce być. Lud wita Go palmami nie dlatego, że zrozumieli Jego przesłanie, ale wręcz przeciwnie – uznają Go za króla, bo mają nadzieję na wyzwolenie z okupacji, odbudowanie ziemskiego królestwa i udział w wielkim zwycięstwie. Dlatego z taką łatwością za chwilę ci sami ludzie krzyczeć będą „ukrzyżuj go!”. Łatwo jest ufać Jezusowi kiedy wszystko idzie dobrze w naszym życiu i mamy wrażenie, że razem z Nim kroczymy ku chwale. Łatwo jest też w spokojnych momentach życia Bogiem zupełnie się nie przejmować, bo przecież nie jest nam do niczego potrzebny. Dopiero kiedy przyjdzie burza i wezbrają potoki, okaże się czyje życie zostało zbudowane na skale.

Cierpienie Jezusem nie jest cierpiętnictwem, ono jest godnym oddaniem życia za cały świat. To zmienia perspektywę każdego bólu. Warto się nad tą tajemnicą pochylić wraz z Maryją, która pokazuje jak burzę w życiu przemienić w łaskę. Wchodząc w Wielki Tydzień pamiętajmy, że tu nie chodzi o użalanie się nad cierpiącym Synem Bożym, ale o zobaczenie w Nim prawdziwego króla – tego, który ma moc przebaczać, uwalniać i dawać życie na wieki w swoim Królestwie, które nie jest z tego świata.

Dokładnie 4 lata temu spędzałam Niedzielę Palmową w Nairobi, wraz ze wspólnotą polonijną. To właśnie w Kenii miałam okazję widzieć wiele osób, które w swoim codziennym cierpieniu potrafiły dziękować Bogu za mało, które mają i prosić o łaski dla tych, którzy mają jeszcze mniej. W tym dniu miałam okazję zaśpiewać psalm 22 – jeden z piękniejszych, którego początek Jezus wygłasza z krzyża. „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku. Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz”… „Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głową: «Zaufał Panu, niechże go wyzwoli, niechże go wyrwie, jeśli go miłuje»”… „Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka; Pomocy moja, spiesz mi na ratunek!”...

I Bóg nie pozostawia psalmisty bez odpowiedzi. Kolejne wersety nie pozostawiają wątpliwości: „Będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia”… „Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka,
ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego». Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu. Śluby me wypełnię wobec bojących się Jego.” … „A moja dusza będzie żyła dla Niego, potomstwo moje Jemu będzie służyć, opowie o Panu pokoleniu przyszłemu, a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi: «Pan to uczynił»”

Psalm 22 kończy się chwałą, ale my często zatrzymujemy się na pierwszym wersecie i mówimy jak żołnierze pod krzyżem: „zobaczcie, nawet Bóg go opuścił…”, a tymczasem za kilka wersetów naszego życia sytuacja się odwróci.Bóg zawsze ma ostatnie słowa.

Śmierć Jezusa jest wielkim hymnem pochwalnym dla Ojca, ale zrozumieć może to tylko ten, kto otrzymał łaskę wiary i próbuje pojąć, że życie jest właśnie po to, by je oddać z miłości.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | 2 komentarze

Droga przez mękę

CrossZa chwilę piąta niedziela Wielkiego Postu, która wprowadza nas w ostatni etap tego ważnego czasu – kontemplację męki. Jeśli więc przez te pięć tygodni w ramach pracy nad nawracaniem się, udało nam się skupić bardziej na sobie niż na Jezusie, to nadszedł już ostateczny moment żeby z tym skończyć. Od teraz patrzymy już tylko na Niego.

W tym roku po raz pierwszy na swoich rekolekcjach kontemplowałam mękę Jezusa. Dlatego może ten Wielki Post od początku jest dla mnie naznaczony milczeniem, patrzeniem na szczegóły i trwaniem. To co jest wyraźnym rysem moich spotkań z Bogiem to przeżywanie cierpienia przede wszystkim jako opuszczenia, bo ból fizyczny można znieść kiedy obok są ci, których kochamy. Dlatego dramat męki nie rozgrywa się wcale na polu okrucieństwa rzymian, ale najgłębszych uczuć Serca Jezusa, który jest opuszczony przez wszystkich. Nie tylko tych, do których był posłany, których uzdrawiał i nauczał, ale nawet tych którzy byli wybrani, którzy zapewniali, że będą do końca. Poczujmy się więc szczególnie zaproszeni do trwania przy Nim.

Polecam na te ostatnie tygodnie kontemplacyjną drogę krzyżową, którą napisałam wiele lat temu.  Ona mi ciągle przypomina, że męki nie można oglądać, trzeba w niej uczestniczyć. Nie ważne jest jak wiele przetworzymy w naszej głowie i ile mądrych myśli będziemy mieli. Liczy się obecność, trwanie, wierność, zaufanie w takim momencie, w którym wydaje się, że wszystko zmierza do śmierci. Tym jest droga krzyżowa.

 

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz

Spojrzenie kobiety

jeune-femme-appareil-photo-canonWczoraj jeden z moich uczniów mówi do mnie: „Siostro, mam bardzo ważne pytanie! Czy gdyby Siostra żyła w czasach Jezusa, to chciałaby Go Siostra poderwać?” 🙂 Oczywiście pytanie nie jest głupie, biorąc pod uwagę, że Jezus był człowiekiem idealnym, bez grzechu, ale ja pomyślałam sobie raczej o tym, że w czasach Jezusa kobieta nie miała wiele do powiedzenia w sprawie wyboru męża i pewnie nawet nie zajmowała się wzdychaniem do kogokolwiek. Dziś świat jest zupełnie inny. Spojrzenie kobiety jest traktowane bardzo poważnie i już mało kto w naszym zachodnim świecie zastanawia się czy ma ona coś do powiedzenia. Propozycja włoskiego dziennika dotycząca głoszenia kazań przez kobiety jest tego najlepszym przykładem.

Niestety nie wszędzie tak się sprawy mają. W wielu krajach świata kobiety są traktowane przedmiotowo, sprzedawane i wykorzystywane. Warto pewnie sobie właśnie o nich dziś przypomnieć. Możesz np. wesprzeć budowę domu dla ofiar handlu ludźmi na stronie www.zbudujfreedom.pl. To bardzo wymierny krok w kierunku poprawy ich losu!

Niestety przegięcie może nastąpić też w drugą stronę. Niedawno miałam okazję odświeżyć sobie stary szlagier „Być kobietą” Alicji Majewskiej. Jak się wsłuchać w tekst, to wydaje mi się on być świadectwem anty-kobiecości: „oszukiwać, dręczyć, zdradzać, łamać serca”… Do takiego obrazu „prawdziwej kobiety” można dojść tylko walcząc o wpływy i skupiając się na tym, żeby dopiąć swego. Czy rzeczywiście ideałem jest to by kobieta miała takie samo prawo decydowania o rzeczywistości jak mężczyzna i tyle samo władzy?…  tu nie to jest najważniejsze, ale to, że spojrzenie kobiece jest inne niż męskie. I ta inność jest niezwykle cenna!

O kobiecości ostatnio nieustannie rozmyślam, choćby ze względu na cykl wielkopostny na DEONie. Im więcej rozmyślam, tym bardziej jestem wdzięczna, że tak właśnie Pan Bóg to wszystko pomyślał.  Zostaliśmy stworzeni w taki sposób aby się uzupełniać, aby stanowić całość dopiero w parze! I oczywiście chodzi o małżeństwo, ale chodzi też o przyjaciół, o rodzeństwo, nawet o zespół zawodowy. Jeśli jesteśmy gotowi pracować razem, a nie ciągle ze sobą walczyć o to kto jest lepszy, to powstaną cudowne rzeczy i poszerzą się nasze horyzonty!

Ucieszmy się w tym dniu kobiet kobiecością i męskością, ale też różnorodnością, która oczywiście może być powodem niezliczonej liczby nieporozumień, ale może też być źródłem niesamowitej radości, kreatywności i harmonii.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Komentarz | 4 komentarze

Tajemniczy świat zakonny

virginity1Jakoś ostatnio z różnych stron dopadają mnie refleksje wokół życia zakonnego. Praktycznie zaraz po tym jak przeczytałam komentarz do książki pani Marty Abramowicz „zakonnice odchodzą po cichu” (pełny wywiad), byłam w duszpasterstwie akademickim z naszą prezentacją „życie zakonne od innej strony”. Pani Abramowicz próbuje udowodnić, że życie zakonne to w zasadzie ciche cierpienie i przemoc psychiczna, tymczasem przy okazji prezentacji, razem ze współsiostrą Alą, od wielu miesięcy staramy się walczyć ze stereotypami zakonnymi. Jeśli ktoś był na prezentacji i przeczytał wywiad lub książkę, to z pewnością musi mieć w głowie totalny dysonans. Wydaje się, że to dwa zupełnie przeciwstawne sobie światy!

Muszę przyznać, że nie byłam nigdy w innym zgromadzeniu, więc tylko jeden mogę ocenić od środka, ale znam wiele sióstr zakonnych z bardzo różnych środowisk i są to kobiety wielkich pasji, szalone dla Jezusa, a nie zastraszone ofiary losu. Coś mi się tu po prostu nie zgadza.

Myślę, że wiele może się tu obić o samo rozeznanie drogi życia. Jeśli ktoś podejmuje niedojrzałą decyzję o wstąpieniu do zakonu, to wielce prawdopodobne, że w niedojrzały sposób również będzie z niego uciekał. Polecam w tym temacie doskonały tekst o tytule „Jak nie zostałam karmelitanką?”. Nie można jednak wszystkiego zwalić na brak dobrego rozeznania, bo przecież to historie konkretnych kobiet, które coś przeżyły i zostały zranione.

Pytanie więc, gdzie leży prawda o życiu zakonnym, oprócz tego, że zawsze gdzieś po środku? Nie wiem. Jestem jeszcze młoda i mogę nie wiedzieć co mnie w życiu czeka. Wiem za to jedno – za każdym razem jak jestem w Warszawie i odwiedzam nasze najstarsze siostry, to widzę w ich uśmiechach i błysku oka szczęście w czystej postaci. Mimo masy trudności jakie przeżyły przez wszystkie lata zakonnego życia, mają dzisiaj w sercu radość, której zwykle nie widzę u innych kobiet w ich wieku. To jest dla mnie wyznacznikiem prawdy, bo to coś, czego absolutnie nie da się udawać.

Zaszufladkowano do kategorii Komentarz | 4 komentarze

Ratować swoją duszę?

IMG_1902„Ratuj duszę swoją” – taki właśnie napis zastałam dziś w Kościele, bo takie mamy hasło tegorocznego Wielkiego Postu by Gość Niedzielny. Nie jest to zresztą hasło nowe, bo krzyże z takim napisem często stoją przy naszych parafiach i jak rozumiem, przypominać mają o tym, że nie możemy tkwić w naszych grzechach, bo inaczej nasza dusza utonie w otchłaniach piekła… tylko czy to rzeczywiście ewangeliczny przekaz? Od kiedy to człowiek zdolny jest do tego by swoją duszę uratować?

Bardzo podoba mi się obraz Jezusa jako ratownika, bo myślę, że wiele pokazuje prawdy o Bogu, który pozwala nam wypływać na głębię i doświadczać srogich fal świata, ale nigdy nie pozwoli nam się utopić. Tylko czy człowiek który tonie może faktycznie sam się uratować? Tak naprawdę może tylko wołać o pomoc i nie przeszkadzać ratownikowi w przeprowadzeniu akcji ratunkowej. Tylko Jezus ratuje, tylko On ma tę moc, by wyciągnąć nas z bagna naszych grzechów i słabości. Jeśli ktoś myśli, że wygrzebie się z nich o własnych siłach, to z góry skazany jest na porażkę.

Niech ten Wielki Post nie będzie dla nas czasem doskonalenia stylów pływackich, dobierania właściwej wielkości rękawków dmuchanych czy po prostu zostawania na brzegu, by przypadkiem nie zrobić sobie krzywdy. Niech to będzie czas chodzenia po wodzie z Jezusem, topienia się i krzyczenia z całej siły „Jezu ratuj!”. Takie jest właśnie prawdziwe życie z Bogiem.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz

Recepta na Wielki Post

Zaczynamy Wielki Post. Dla niektórych będzie to czas ograniczania sobie różnych rzeczy – od słodyczy po muzykę i Internet, dla innych czas szukania duchowej strawy i często przejadania się nią ponad miarę, dla jeszcze innych czas, w którym postanowią w jakiś konkretny sposób stawać się lepszym i walczyć ze swoim grzechem. Mam czasem jednak wrażenie, że do tych wielkich postów po prostu przywykliśmy. Jak co roku przychodzi ten czas, sypiemy głowę popiołem i już mamy wyznaczone sposoby działania. Każdy inne, ale co roku te same. Tymczasem jeśli nawrócenie to metanoja, czyli przemiana myślenia, to przecież absurdem jest przemieniać myślenie cały czas w ten sam sposób! Nie można nawrócenia uczynić rutyną, ono musi wywracać nasze życie do góry nogami.

Kluczem do wielkopostnego sukcesu jest to, by moja rzeczywistość kręciła się wokół Jezusa, a nie siebie. Najprostszą więc receptą na postanowienia wielkopostne jest po prostu spotkanie się z Nim w cztery oczy i zapytanie Go jakie On ma marzenia dla mnie na ten szczególny czas. Kiedy jednak próbuję myśleć o swoim nawróceniu, to łapię się na tym, że cały czas mimowolnie kieruję się w stronę jakiegoś samodoskonalenia, poprawy… dlatego w tym roku moją uwagę zwróciło spojrzenie na drugiego człowieka. Jeśli modlę się o czyjeś nawrócenie, to wcale nie modlę się o to, żeby się zmienił, poprawił i odwrócił od złego. Modlę się o to, żeby dane mu było spotkać Boga, który jest prawdziwą miłością, który kocha do szaleństwa i który chce uczynić nasze życie piękniejszym niż możemy sobie wyobrazić.

Może więc takiego nawrócenia Pan Bóg chce i dla mnie? Bez odmawiania sobie, bez szukania swoich słabości, bez postanowień. Może ten wielki post tak naprawdę ma być o poznawaniu prawdziwego oblicza Boga? Jezus powiedział: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary” (Mt 9,13). Oby w naszej gorliwości ofiara nie przysłoniła jednak miłosierdzia. Niech to będzie 40 dni intensywnego uczenia się miłości od samego Boga. Wtedy sukces murowany.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Jeden komentarz