Walki plemienne

Kiedy byłam w Kenii, miałam okazję jakiś czas spędzić w okolicach Marsabit, niedaleko jeziora Turkana, gdzie od wielu pokoleń trwają wojny między okolicznymi plemionami. Nikt już nie pamięta jakie były początki konfliktu, ale każdy jest przekonany, że to „tamci” są winni i trzeba z nimi walczyć. Nie kończyło się na wzajemnej kradzieży krów, ale zaczynali też ginąć ludzie. Z pokojową misją udała się tam Kanini, z którą miałam okazję współpracować. Była ona z plemienia z innej części kraju, a więc zupełnie bezstronna w trwającym konflikcie. Udało jej się zdobyć zaufanie obu stron i dzięki umiejętnościom nabytym na studiach na kierunku „peace building” (czyli budowanie pokoju – nie mylić z architekturą wnętrz), mogła rozpocząć długi, ale owocny proces mediacji między plemionami. Kiedy stopniowo najważniejsi wojownicy zaczęli spotykać się na różnych kursach organizowanych przez Kanini, okazało się, że ten człowiek z wioski obok, to całkiem spoko gość i może można razem pracować, a nie wzajemnie się zwalczać.

Dziś kiedy patrzę na Polskę, widzę bardzo podobny obraz. Wczoraj tłumy wyszły na ulicę z transparentami „stop nienawiści”. Każdy święcie przekonany, że to „tamci” tą nienawiścią się posługują. Dopóki to inni będą winni, pokój nie nastanie. Jedyny sposób, w jaki możemy zmienić świat, to siebie nawracać i innym głosić Dobrą Nowinę – ale tę naprawdę dobrą: o tym, że miłość kiedyś zwycięży i spotkamy się wszyscy w Sercu Boga, gdzie nie tylko nie będzie nienawiści, ale nie będzie też chciwości, zazdrości, pychy, podejrzliwości… Jedyne co ja mogę zrobić dzisiaj, to zmieniać swoje serce i wyciągać rękę do mojego brata, nie zważając na to, co on dalej z tym zrobi. Tak właśnie robił Jezus.

Ostatnio, odwiedzając jedną z naszych wspólnot, długie wieczorne godziny przegadałam z jedną z moich Sióstr, która ma zupełnie odmienne polityczne przekonania do moich. To była bardzo dobra rozmowa, w której obie z ciekawością próbowałyśmy zrozumieć dlaczego druga osoba myśli inaczej. Starałyśmy się szukać faktów, choć tak trudno je odnaleźć w gąszczu odmiennych opinii wygłaszanych w mediach. Rozeszłyśmy się, nie zmieniając swoich poglądów, ale pewne, że chcemy dalej budować świat miłości i pojednania.

Myślę, że wydarzenia ostatnich dni niestety nie przyniosą upragnionej jedności na poziomie całego narodu. Może jednak dwie osoby z przeciwnych obozów, stojąc na mrozie z takim samym transparentem, poczęstują siebie wzajemnie herbatą, zaczną ze sobą rozmawiać i okaże się, że w głębi serca tak naprawdę obie bardzo pragną dobra. I to będzie mały początek wielkiej zmiany.

Opublikowano Afryka, Refleksje z życia, Sacre Coeur | 1 komentarz

Serduszko Jezusa

Z roku na rok coraz mniej lubię życzenia świąteczne. W moim odczuciu stają się one bardziej odezwą do całego świata i okazją do głoszenia swoich mądrości, niż prawdziwym pochyleniem się nad konkretnym człowiekiem, by to w nim dostrzec Boga i jemu życzyć czegoś bardzo indywidualnego. Na takie za to nie łatwo znaleźć czas i przestrzeń. Tym razem jednak jedne z życzeń jakie otrzymałam bardzo mnie urzekły. Pani Monika z naszej cudownej Rodziny Sacre Coeur (czyli świeckich żyjących naszą duchowością) napisała jedno proste zdanie: „Radosnego odpoczynku przy maleńkim sercu Jezusa”.

Nagle zrozumiałam, że Jezus nie tylko stał się dzieckiem, ale miał też serce dziecka! Serce pełne ufności, proste i czyste. Jak u każdego maleństwa, łatwo nam jest tak na nie patrzeć. Dużo trudniej zdać sobie sprawę, że Serce Jezusa pozostało takie aż do końca. Jezus, umierając na krzyżu w pełnym zaufaniu do Ojca, z prostotą oddał za nas życie, bo czystość dziecka, którą każdy z nas traci, nadal nim kierowała. Zastanowiłam się dzisiaj w jaki sposób mogę naśladować właśnie to maleńkie Serduszko Jezusa, które zaprasza mnie dziś przed żłóbek w Betlejem.

Pierwszym i najważniejszym wydaje mi się zaufanie. Dziecko ma w sobie ogromne pokłady ufności, bo nie doświadczyło jeszcze świata, w którym jest zło i w którym ktoś mógłby mieć złe zamiary. Z czasem dopiero uczy się tej bolesnej prawdy, przekładając niestety ten obraz na Pana Boga. Jezus ufał Ojcu i tylko dzięki temu był w stanie wykonać swoją zbawczą misję. Tymczasem z naszej natury po grzechu wynika fakt, że ciągle nie dowierzamy, że Bóg naprawdę może być dobry i może chcieć naszego szczęścia. Z tego zwątpienia bierze się niebezpieczna myśl, że skoro On nie może mi pomóc, to ja muszę sobie dać radę sama, a to już o krok od tragedii.

Z zaufaniem wiąże się kolejna cecha Serduszka Jezusa, jakim jest prostota. Dziecko nie kalkuluje i nie przelicza co bardziej się opłaca. Maleńka istota bez lęku zdobywa swój mały świat, nie mając świadomości konsekwencji. Widzi dobro tam, gdzie dorosły zobaczy tylko zagrożenie. Myśląc o dziecku, mówimy, że to niewinność, kiedy jednak patrzymy na dorosłego który tak postępuje, raczej użylibyśmy słowa naiwność. Jezus był naiwny w swojej szalonej miłości. Jadał z tymi, z którymi nie wypadało, narażał się tym, którzy mieli władzę i ostatecznie dał się zabić, nie przeliczając ile jeszcze osób mógłby uzdrowić i nakarmić, gdyby nie umierał tak młodo.

Dziecko ma też jeszcze jedną ważną zdolność – przekonanie o byciu kochanym bez względu na wszystko. Niemowlę nie zastanawia się co ma robić, żeby zasłużyć na miłość swojej mamy. Kiedy patrzę na Jezusa, to jest jedna z cech, która mnie najbardziej inspiruje – On nie robi nic, by przypodobać się innym, ale wszystkim daje w nadmiarze z miłości, którą ma w sercu. Taką pewność można w sobie odkryć tylko będąc przekonanym o nieskończonej i bezwarunkowej miłości Boga.

Jeśli macie ochotę posłuchać kogoś mądrzejszego w tym temacie, to polecam kazanie z pasterki by o. Roman Bielecki OP.

Opublikowano Spojrzenie na Boga | 6 komentarzy

Adwentowe urodziny

Dokładnie 239 lat temu urodziła się św. Magdalena Zofia Barat. Przyszła na świat w nocy, podczas pożaru i dlatego często powtarzała, że „zrodził ją ogień”. Dziś jednak zdałam sobie sprawę, że nie był to zwykły ogień, ale ogień Adwentowy! Ogień oczekiwania i tęsknoty. Z moich kalkulacji wynikło, że 12 grudnia 1779 roku była III Niedziela Adwentu, czyli Niedziela Gaudete, Niedziela radości! Nie wiem czy sama Zofia zastanawiała się kiedyś nad znaczeniem dnia, w którym się urodziła, ale wiem, że okresy liturgiczne wyznaczały rytm jej serca, podobnie jak pory roku kształtowały pracę w winnicy jej rodziców.

Mogą wydawać się czymś bardzo mało znaczącym przedwczesne narodziny małej Zofii w niewielkim burgundzkim miasteczku we Francji w III Niedzielę Adwentu. A jednak dla wielu tysięcy Sióstr na całym świecie właśnie ten moment jest w pewien sposób kluczowy, bo bez niego nie byłybyśmy tu gdzie jesteśmy.

Czasem może nam się wydawać, że to co robimy każdego dnia nie ma żadnego wpływu na losy świata, że niewiele znaczy co powiemy czy napiszemy, bo przecież jesteśmy tylko małym ziarenkiem piasku. Każdy z nas został jednak stworzony dla wyjątkowej misji w historii zbawienia. Nie każdy oczywiście zostanie zapamiętany i wyniesiony na ołtarze, ale dopiero po śmierci przekonamy się jak wielkie znaczenie mógł mieć jeden zwyczajny uśmiech, życzliwe słowo, cierpliwe wysłuchanie i wierne „tak”, które stało się naszą odpowiedzią na Boże zaproszenia.

Myślę, że cała tajemnica Wcielenia uczy nas tego, że nie ma nic zbyt małego, by mogło być istotne z Bożej perspektywy. Wszystko może mieć znaczenie, jeśli włożymy w to ogień miłości.

Opublikowano Sacre Coeur | Skomentuj

Światło w ciemności

Zaczął się kolejny Adwent, który rozbłyska światłem. Pan Jezus już od samego początku oświetla wiele ciemności i okazuje mi na wiele sposobów swoją czułość.

Ostatnie dni poprzedniego roku liturgicznego wypełnione były w moim kalendarzu ważnymi wydarzeniami. Odbyło się niesamowite spotkanie kobiet w Gdyni planowane już przez nas od pół roku. Relację i zdjęcia znajdziecie tutaj. Potem od razu udałam się do Konstancina na warsztaty medialne dla rzeczników prasowych, na których dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, a między innymi tego, w jaki sposób sprawdzić jakie dane na mój temat zanotował sobie Facebook, żeby wyświetlać mi spersonalizowane reklamy. Ku mojej radości, wśród różnych lubianych przeze mnie zwierząt futerkowych, znalazł się bardzo zacny gatunek kota, jakim jest ryś! 🙂

Nie wyprowadzając Facebooka z błędu, zamierzam dalej szeroko go cytować w internetach! A jest ku temu okazja, bo czytałyśmy na modlitwie we wspólnocie kawałek książki „Moc wiary”:

„Adwent jest zdecydowanym protestem wobec wszelkiego rodzaju fatalizmów, które usiłują nam wmówić, że „dobrze to już było, a teraz może już być tylko gorzej”. Że „nic nie ma sensu”, gdyż „i tak nie ma inne j przyszłości, jak tylko fatalna”! Adwent mówi o Paruzji, a więc o ostatecznym triumfie światła i dobra, i piękna. I sensu! (…) Czy światło Adwentu może sprawić, byśmy na nowo stali się zdolni razem pracować? Działać? Modlić się? Wyzbyć się podejrzliwości? Nabrać do siebie wzajemnego zaufania? Odnaleźć się we wspólnocie? Czy nie za dużo się spodziewamy po prostym znaku liturgicznym? Nie! Marana tha!”

Zrozumiałam jak bardzo tęsknię za światłem, za zaufaniem, za prostotą, za jednością i otwartością. To, czego tak usilnie szukam w świecie, znajduję w obfitości w Sercu Jezusa. Nic, tylko czerpać i rozświetlać ciemności. W tym roku nie mam żadnych postanowień, nie przygotowałam żadnych rekolekcji, nie chcę niczego więcej, tylko ciągle zmierzać w stronę światła i być tym światłem dla innych. Ktoś się przyłącza? 🙂

Opublikowano Refleksje z życia | 2 komentarze

Serce pełne ognia

„Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął” (Łk 12,49) – to jeden z ulubionych cytatów św. Magdaleny Zofii, który w jednym zdaniu mieści tyle pasji, że trudno przejść obok niego obojętnie. Ona sama mówiła o sobie „zrodził mnie ogień”, bo urodziła się przedwcześnie z powodu pożaru w domu. Ten ogień pozostał w niej do końca życia, a dzięki jej „tak” dla Boga dokładnie 218 lat temu, rozprzestrzenił się po całym świecie w Zgromadzeniu poświęconym Sercu Jezusa. Przypomina mi to mocno w ostatnim czasie, że życie jest zbyt krótkie, by pozwolić sobie na bylejakość. Potrzeba ognia Ducha Świętego, żeby żyć naprawdę w pełni i wybierać to, co rozpala serce, a nie to, co wygodne i znane.

Tylko pozornie to łatwa decyzja, bo zabawy z ogniem to niebezpieczne zajęcie. Matka Generalna na zakończenie ostatniej Kapituły, czyli najważniejszego zebrania w naszym Zgromadzeniu, powiedziała do nas wszystkich: „Zapraszam byście nie bały się ognia, były strażnikami płomienia, podejmując ryzyko, że czasem może was ten ogień poparzyć”. Dziś święto nie tylko nas, Sióstr Sacre Coeur, ale też każdego z Was, kto pragnie z nami nieść w świat ogień Bożej Miłości. Obyśmy nie bali się poparzyć.

Pasji i pełni życia poświęcony jest pierwszy odcinek naszej serii o Duchowości Serca, do której serdecznie Was zapraszam! Tekst mojego autorstwa znajdziecie też na stronie www.siostry-sc.pl

A tu jeszcze bonus muzyczny 🙂

Opublikowano Refleksje z życia, Sacre Coeur | 1 komentarz

Weź nie młodniej, weź się starzej

Ostatnio w końcu posłuchałam piosenki Pawła Domagały, która stała się inspiracją memów krążących po internetach z hasłem: „Weź nie pytaj, weź się przytul”. Sama piosenka jest sympatyczna, ale mnie szczególnie zaintrygował trzeci wers refrenu: „Weź nie młodniej, weź się starzej”. Słyszę w nim mile dźwięczące zaprzeczenie powiedzenia, że „starość się Panu Bogu nie udała”. O tym, że to nieprawda przypominają nam wszystkie osoby, które w swoim życiu zawalczyły o rozwijanie się w miłości. O kilku z nich możecie przeczytać w rozdziale o starości naszej książki „Ile lat ma Twoja dusza”.

Ostatnio miałam okazję przeczytać (w końcu) krótką książeczkę autorstwa s. Małgorzaty Borkowskiej OSB o tytule „Oślica Balaama. Apel do duchownych panów”. Pośród wielu wątków świadczących o tym, że s. Małgorzata wie czego chce i czego oczekuje od kapłanów głoszących Słowo Boże, porusza też różne ciekawe kwestie dotyczące całego społeczeństwa – m.in. kultu młodości. Zwraca ona uwagę na to, że życzenie, by jej wiara była tak silna jak w nowicjacie,  to zupełna pomyłka, bo przecież człowiek ma się rozwijać a nie uwsteczniać. Założenie, że małżonkowie podczas ślubu kochają się najbardziej, a potem całe życie mają walczyć o utrzymacie pierwotnej gorliwości, to bardzo smutna wizja życia.

Pan Bóg nieustannie nas stwarza i czyni coraz bardziej zdolnymi do miłości. To jednak od nas zależy na ile będziemy się chcieli uczyć, wzrastać i przekraczać siebie. Wtedy wcale nie będziemy chcieli młodnieć, ale właśnie dojrzewać i wydawać coraz piękniejsze owoce. Czyż nie chcielibyśmy wszyscy świętować swoich setnych urodzin z takim uśmiechem jak panie bliźniaczki na zdjęciu? 🙂

Zdjęcie: https://www.facebook.com/fotografacamilalima/

Opublikowano Refleksje z życia | 1 komentarz

Naczynia połączone

„Chcesz zmienić świat, zacznij od siebie”. To zdanie znane jest nam wszystkim, ale jakże trudne do wprowadzenia w życie! Zawsze łatwiej jest nam myśleć, że to inni powinni się zmienić, że świat byłby lepszy gdyby ten i tamta żyli wg Ewangelii, a skoro nie żyją, to ciągle jest źle. Przez dwa tysiące lat niewiele się zmieniło – nadal dostrzegamy drzazgę w oku brata, nie widząc belki w swoim oku.

Przeczytałam wczoraj o kolejnym trafnym obrazie, jaki opisuje ks. Tadeusz Dajczer w „Rozważaniach o wierze”: „Fizykalny obraz naczyń połączonych może nam przybliżyć tajemnicę wzajemnych powiązań w ramach Mistycznego Ciała Chrystusa. Systemem naczyń połączonych jest na przykład rodzina jako Kościół domowy. Zwykle Bóg, chcąc oddziaływać na określoną grupę osób, posługuje się w sposób szczególny jedną z nich, aby przez nią obdarzać łaskami innych. Załóżmy, że w określonym systemie naczyń połączonych, jakim jest np. czteroosobowa rodzina, trzy osoby są zamknięte na życie łaski. Są one jak szczelnie zakorkowane probówki. Jeżeli zaś jedna próbuje nawracać się ku Bogu, staje się wtedy dla tych najbliższych sobie osób kanałem łaski. Ma ona dwie możliwości oddziaływania. Może próbować usunąć odgórnie zawory, tak jak usuwa się korek za pomocą korkociągu. Jeżeli jednak ten zawór stanowi żywą tkankę ludzkiej osobowości, to takie jego odgórne wyrywanie będzie zawsze połączone z cierpieniem, z bolesnym i w jakiejś mierze niszczącym ranieniem oraz ograniczającym wolność przymusem. Pan Bóg nie chce tego, On kocha w człowieku realizowaną w wolności decyzję wyboru zmierzającą ku pełniejszej wierze i miłości. Posługując się dalej obrazem systemu naczyń połączonych – Pan Bóg woli, aby te korki były wyważane oddolnie, przez swoisty wzrost ciśnienia łaski w twojej probówce. Zanim będziesz nawracał innych, staraj się przede wszystkim nawrócić samego siebie. Ważny jest stopień twojej wiary, twojego przylgnięcia do Chrystusa. „Nie jest ważne, co robisz – powiedział Jan Paweł II – ważne jest, kim jesteś”. Im więcej będzie dobra w tobie, im bardziej będziesz wierny łasce, tym twoje oddziaływanie na innych będzie skuteczniejsze.”

Widzę w tym źródło życia dla Kościoła i świata, bo to oznacza, że im więcej widzę zła, tym bardziej mam się nawracać, tym bardziej mam pytać o to jak ja mogę być bliżej Boga, jak mogę być lepszym człowiekiem. Wtedy łaska sama zacznie rozlewać się na wszystkie członki Kościoła i później na cały świat, a im bardziej puste i kruche nasze naczynia, tym prędzej Pan Bóg pragnie je napełniać po brzegi, bo „gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20)

Wierzę głęboko, że jeśli czytam Ewangelię i odnoszę wrażenie, że idealnie wręcz odnosi się do życia mojego sąsiada, to ewidentnie czytam ją w niewłaściwy sposób. Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ale tylko wtedy kiedy przenika do mojego serca i sprawia, że to ja chcę się zmieniać. Co oczywiście jest niesamowicie trudne.

Opublikowano Refleksje z życia | Skomentuj

Niedoskonała doskonałość

Człowiek nie jest doskonały. Niby każdy uzna to za oczywiste, ale jednak cały czas potykamy się o rzeczywistość, w której ktoś okazał się być innym niż sobie wyobrażaliśmy i nie spełnił naszych oczekiwań. To, co dzieje się na świecie w ostatnim czasie (a może raczej od zawsze) można w jednym słowie ująć pewnie jako „rozczarowanie”. Ci, którzy mieli świecić przykładem i stanowić dla nas punkt odniesienia, okazali się nie być do tego zdolni. Pytanie tylko czemu się dziwimy. Nie od dziś wiadomo, że „lepiej się uciec do Pana niż pokładać ufność w człowieku” (Ps 118,8), a Kohelet przypomina, że „nic zgoła nowego nie ma pod słońcem” (Koh 1,10)

Nie chodzi o to, by tak bardzo obniżyć nasze oczekiwania, że już nic nas nie zaskoczy, ale raczej o to, by żyć w świecie realnym, a nie wyidealizowanym. W każdym z nas obraz Boga miesza się nieustannie z obrazem nędzy i rozpaczy. Zmieniają się tylko proporcje. Można zakładać, że święty będzie miał więcej z Boga, a zbrodniarz więcej z ułomnej ludzkiej natury, ale głębiny serc przeniknąć może tylko sam Stwórca, więc warto pamiętać o niewydawaniu zbyt pochopnych wyroków.

Zorientowałam się ostatnio, że wiele moich błędów i zagubień w życiu ma swoje źródło w oczekiwaniu doskonałości. Wielokrotnie od innych, ale często też od samej siebie. Wcale nie mam tu na myśli perfekcjonizmu i czepiania się szczegółów, ale raczej brak zgody na to, że człowiek może totalnie zawalić dosłownie wszystko. Właśnie dlatego, że jest tylko stworzeniem. Kiedy odbieram sobie lub innym prawo do popełnienia błędu, okazuje się, że paradoksalnie wtedy właśnie jestem najmniej podobna do Boga.

Czasami wyobrażam sobie jak Jezus funkcjonował na świecie i sądząc po relacjach Ewangelistów, nie raz miał powody żeby popatrzeć na Apostołów wzrokiem pełnym rozczarowania i wykrzyknąć: „z kim Ja pracuję?” Pomijając zdradę Judasza i wyparcie się Piotra, w wielu momentach widzimy uczniów, którzy kłócą się o to kto jest największy, nie rozumieją tego, co Jezus naucza i aż do samego końca myślą kategoriami tego świata. Tymczasem On bardzo świadomie zdecydował się, by uzdalniać powołanych zamiast powoływać uzdolnionych. To właśnie Bóg okazuje się tym, który nie ma żadnego problemu ze słabością i porażkami. Problem zaczyna się wtedy kiedy zaczynamy udawać mądrzejszych niż jesteśmy i nie godzimy się na bycie sobą. Myślę, że wyglądamy wtedy jakbyśmy próbowali nagiąć się do kształtu koła, wierząc, że wszak to figura doskonała.

 

 

Opublikowano Refleksje z życia | 5 komentarzy

Równi i równiejsi

Trafiłam dziś na ciekawy filmik pokazujący, że osoby niepełnosprawne mają problemy bardzo podobne do naszych. Wywołał mój uśmiech wiele razy, ale też skłonił do głębszej refleksji. Gdybyśmy tak naprawdę na poważnie przestali dzielić ludzi na swoich i obcych, na ważniejszych i mniej ważnych, na równych i równiejszych, świat byłby o wiele lepszym miejscem.

Czy wszelkie wojny, głód, morderstwa i tragiczne afery pedofilskie, które nie dają mi spokoju w ostatnim czasie, nie są właśnie wynikiem tego, że ktoś nadużył swojej władzy, a ktoś inny mu na to pozwolił? Ktoś poczuł, że wolno mu krzywdzić innych. Na poziomie globalnym mogę tylko ze smutkiem ubolewać nad tym, że nie potrafimy zbudować społeczeństwa opartego na miłości, zaufaniu i przyjęciu każdego takim jaki jest. Na swoim własnym podwórku muszę jednak przyznać, że mi nie idzie wcale dużo lepiej, bo ciągle przyłapuję się na mniemaniu, że wiem lepiej albo że coś mi się należy.

W ostatnich dniach we wspólnocie mówiłyśmy o tym co jest dla nas najważniejsze w naszym Zgromadzeniu. Wiele z tego co wymieniałyśmy dotyczyło właśnie równości – międzynarodowość, która otwiera nas na inne kultury i inne widzenie świata; walka o sprawiedliwość i pokój, by każdy człowiek mógł żyć godnie i mieć równe szanse; Serce Jezusa otwarte dla każdego bez wyjątku. Powiedzenie, że Bóg kocha każdego tak samo, brzmi jak oklepany slogan. Nie ma jednak nic ważniejszego w Ewangelii niż przykazanie miłości względem każdego bliźniego i nie ma zarazem nic trudniejszego niż zastosowanie go w życiu.

Marzę o świecie, w którym będziemy z taką prostotą i humorem współegzystować z tymi, którzy są „inni”. Dzielić zwyczajne radości i bardzo zwyczajne troski. Miłego oglądania 🙂

Opublikowano Refleksje z życia | 1 komentarz

Pielgrzymi ostatniej godziny

Aleja na Jasną Górę, 8:15 rano, w powietrzu jeszcze przyjemny chłód poranka. Idę dumnie na przedzie pielgrzymki, krokiem żwawym, bo zdążyły zadziałać już leki przeciwbólowe na moje zapalenie ścięgien. W sercu niosę wiele intencji, ale też trud ostatnich dni wędrówki. Nagle pośród myśli o spotkaniu z Matką Bożą i Jezusem, dla którego przecież idę w tej pielgrzymce i któremu oddałam całe moje życie, pojawia się myśl zupełnie inna. Oto zaczynam myśleć o tych, którzy nie szli z nami przez ostatnich 10 dni, ale dojechali w weekend lub nawet ostatniego dnia przed wejściem do Częstochowy. Przecież oni nie musieli znosić przeraźliwego upału, nie przychodzili wieczorami do medyków z objawami „asfaltówki”, nie bolały ich nogi, nie mieli odcisków na stopach i nie zgarniała ich z trasy karetka, nie składali mokrych namiotów i nie gryzły ich komary podczas wieczornych apeli. Jak więc mogą z nami wchodzić na Jasną Górę?? Czy to będzie sprawiedliwe? Może chociaż gdzieś na końcu?

I wtedy nagle zrobiło mi się strasznie głupio, bo jak nigdy przedtem, zrozumiałam przypowieść o robotnikach ostatniej godziny (Mt 20, 1-16). Tak doskonale zobaczyłam siebie upominającą się o swoją należność, choć przecież o denara umawiałam się z Panem Bogiem. A dostałam wiele więcej niż denara, bo to nie w Częstochowie było to, co najlepsze, ale podczas całej drogi – spotkałam pięknych ludzi, doświadczyłam realnej bliskości Jezusa w moim cierpieniu, miałam okazję dzielić się moim przeżywaniem relacji z Bogiem i porozmawiać z osobami, które Go poszukiwały. Doświadczyłam mnóstwa radości i bezinteresownej pomocy, z całego serca uwielbiałam Boga śpiewem i co chwilę się śmiałam. Czy ja naprawdę zazdrościłam tym, którzy przyjechali ostatniego dnia i pośród nas wchodzili na Jasną Górę? Ani trochę!

Tego dnia zrozumiałam jak perfidne potrafią być podszepty szatana, któremu łatwo udaje się sprowadzić moje myślenie do prostego porównania. Kiedy jednak zacznę się zastanawiać, to okazuje się bardzo szybko, że ten kto dojechał na pielgrzymkę, bardzo chciał iść od początku, ale nie dostał urlopu w pracy; ten, który prosi o coś do jedzenia, nigdy nie marzył o byciu bezdomnym; ten, który nawraca się w ostatniej chwili życia, wcale nie przeżył go dobrze, inwestując w wieczne imprezy.

Jest tylko jedno pytanie, które warto sobie zadawać – czy ja żyję najlepiej jak potrafię? Jest pewne powiedzenie, które mówi: „Jeśli ktoś ocenia twoją drogę, pożycz mu swoje buty” i jest w tym wiele prawdy. Patrząc z zazdrością albo litością na drugiego człowieka, nie mam pojęcia co w życiu przeszedł i czy droga, którą idzie jest tą najlepszą. Z pewnością wtedy jednak nie mam czasu, żeby go kochać i w ten sposób sprawiać, że ja będę zmierzać prosto do bram wiecznego szczęścia.

Opublikowano Podróże, Spojrzenie na Boga | 5 komentarzy