Światło w ciemności

Zaczął się kolejny Adwent, który rozbłyska światłem. Pan Jezus już od samego początku oświetla wiele ciemności i okazuje mi na wiele sposobów swoją czułość.

Ostatnie dni poprzedniego roku liturgicznego wypełnione były w moim kalendarzu ważnymi wydarzeniami. Odbyło się niesamowite spotkanie kobiet w Gdyni planowane już przez nas od pół roku. Relację i zdjęcia znajdziecie tutaj. Potem od razu udałam się do Konstancina na warsztaty medialne dla rzeczników prasowych, na których dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, a między innymi tego, w jaki sposób sprawdzić jakie dane na mój temat zanotował sobie Facebook, żeby wyświetlać mi spersonalizowane reklamy. Ku mojej radości, wśród różnych lubianych przeze mnie zwierząt futerkowych, znalazł się bardzo zacny gatunek kota, jakim jest ryś! 🙂

Nie wyprowadzając Facebooka z błędu, zamierzam dalej szeroko go cytować w internetach! A jest ku temu okazja, bo czytałyśmy na modlitwie we wspólnocie kawałek książki „Moc wiary”:

„Adwent jest zdecydowanym protestem wobec wszelkiego rodzaju fatalizmów, które usiłują nam wmówić, że „dobrze to już było, a teraz może już być tylko gorzej”. Że „nic nie ma sensu”, gdyż „i tak nie ma inne j przyszłości, jak tylko fatalna”! Adwent mówi o Paruzji, a więc o ostatecznym triumfie światła i dobra, i piękna. I sensu! (…) Czy światło Adwentu może sprawić, byśmy na nowo stali się zdolni razem pracować? Działać? Modlić się? Wyzbyć się podejrzliwości? Nabrać do siebie wzajemnego zaufania? Odnaleźć się we wspólnocie? Czy nie za dużo się spodziewamy po prostym znaku liturgicznym? Nie! Marana tha!”

Zrozumiałam jak bardzo tęsknię za światłem, za zaufaniem, za prostotą, za jednością i otwartością. To, czego tak usilnie szukam w świecie, znajduję w obfitości w Sercu Jezusa. Nic, tylko czerpać i rozświetlać ciemności. W tym roku nie mam żadnych postanowień, nie przygotowałam żadnych rekolekcji, nie chcę niczego więcej, tylko ciągle zmierzać w stronę światła i być tym światłem dla innych. Ktoś się przyłącza? 🙂

Opublikowano Refleksje z życia | 1 komentarz

Serce pełne ognia

„Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął” (Łk 12,49) – to jeden z ulubionych cytatów św. Magdaleny Zofii, który w jednym zdaniu mieści tyle pasji, że trudno przejść obok niego obojętnie. Ona sama mówiła o sobie „zrodził mnie ogień”, bo urodziła się przedwcześnie z powodu pożaru w domu. Ten ogień pozostał w niej do końca życia, a dzięki jej „tak” dla Boga dokładnie 218 lat temu, rozprzestrzenił się po całym świecie w Zgromadzeniu poświęconym Sercu Jezusa. Przypomina mi to mocno w ostatnim czasie, że życie jest zbyt krótkie, by pozwolić sobie na bylejakość. Potrzeba ognia Ducha Świętego, żeby żyć naprawdę w pełni i wybierać to, co rozpala serce, a nie to, co wygodne i znane.

Tylko pozornie to łatwa decyzja, bo zabawy z ogniem to niebezpieczne zajęcie. Matka Generalna na zakończenie ostatniej Kapituły, czyli najważniejszego zebrania w naszym Zgromadzeniu, powiedziała do nas wszystkich: „Zapraszam byście nie bały się ognia, były strażnikami płomienia, podejmując ryzyko, że czasem może was ten ogień poparzyć”. Dziś święto nie tylko nas, Sióstr Sacre Coeur, ale też każdego z Was, kto pragnie z nami nieść w świat ogień Bożej Miłości. Obyśmy nie bali się poparzyć.

Pasji i pełni życia poświęcony jest pierwszy odcinek naszej serii o Duchowości Serca, do której serdecznie Was zapraszam! Tekst mojego autorstwa znajdziecie też na stronie www.siostry-sc.pl

A tu jeszcze bonus muzyczny 🙂

Opublikowano Refleksje z życia, Sacre Coeur | 1 komentarz

Weź nie młodniej, weź się starzej

Ostatnio w końcu posłuchałam piosenki Pawła Domagały, która stała się inspiracją memów krążących po internetach z hasłem: „Weź nie pytaj, weź się przytul”. Sama piosenka jest sympatyczna, ale mnie szczególnie zaintrygował trzeci wers refrenu: „Weź nie młodniej, weź się starzej”. Słyszę w nim mile dźwięczące zaprzeczenie powiedzenia, że „starość się Panu Bogu nie udała”. O tym, że to nieprawda przypominają nam wszystkie osoby, które w swoim życiu zawalczyły o rozwijanie się w miłości. O kilku z nich możecie przeczytać w rozdziale o starości naszej książki „Ile lat ma Twoja dusza”.

Ostatnio miałam okazję przeczytać (w końcu) krótką książeczkę autorstwa s. Małgorzaty Borkowskiej OSB o tytule „Oślica Balaama. Apel do duchownych panów”. Pośród wielu wątków świadczących o tym, że s. Małgorzata wie czego chce i czego oczekuje od kapłanów głoszących Słowo Boże, porusza też różne ciekawe kwestie dotyczące całego społeczeństwa – m.in. kultu młodości. Zwraca ona uwagę na to, że życzenie, by jej wiara była tak silna jak w nowicjacie,  to zupełna pomyłka, bo przecież człowiek ma się rozwijać a nie uwsteczniać. Założenie, że małżonkowie podczas ślubu kochają się najbardziej, a potem całe życie mają walczyć o utrzymacie pierwotnej gorliwości, to bardzo smutna wizja życia.

Pan Bóg nieustannie nas stwarza i czyni coraz bardziej zdolnymi do miłości. To jednak od nas zależy na ile będziemy się chcieli uczyć, wzrastać i przekraczać siebie. Wtedy wcale nie będziemy chcieli młodnieć, ale właśnie dojrzewać i wydawać coraz piękniejsze owoce. Czyż nie chcielibyśmy wszyscy świętować swoich setnych urodzin z takim uśmiechem jak panie bliźniaczki na zdjęciu? 🙂

Zdjęcie: https://www.facebook.com/fotografacamilalima/

Opublikowano Refleksje z życia | 1 komentarz

Naczynia połączone

„Chcesz zmienić świat, zacznij od siebie”. To zdanie znane jest nam wszystkim, ale jakże trudne do wprowadzenia w życie! Zawsze łatwiej jest nam myśleć, że to inni powinni się zmienić, że świat byłby lepszy gdyby ten i tamta żyli wg Ewangelii, a skoro nie żyją, to ciągle jest źle. Przez dwa tysiące lat niewiele się zmieniło – nadal dostrzegamy drzazgę w oku brata, nie widząc belki w swoim oku.

Przeczytałam wczoraj o kolejnym trafnym obrazie, jaki opisuje ks. Tadeusz Dajczer w „Rozważaniach o wierze”: „Fizykalny obraz naczyń połączonych może nam przybliżyć tajemnicę wzajemnych powiązań w ramach Mistycznego Ciała Chrystusa. Systemem naczyń połączonych jest na przykład rodzina jako Kościół domowy. Zwykle Bóg, chcąc oddziaływać na określoną grupę osób, posługuje się w sposób szczególny jedną z nich, aby przez nią obdarzać łaskami innych. Załóżmy, że w określonym systemie naczyń połączonych, jakim jest np. czteroosobowa rodzina, trzy osoby są zamknięte na życie łaski. Są one jak szczelnie zakorkowane probówki. Jeżeli zaś jedna próbuje nawracać się ku Bogu, staje się wtedy dla tych najbliższych sobie osób kanałem łaski. Ma ona dwie możliwości oddziaływania. Może próbować usunąć odgórnie zawory, tak jak usuwa się korek za pomocą korkociągu. Jeżeli jednak ten zawór stanowi żywą tkankę ludzkiej osobowości, to takie jego odgórne wyrywanie będzie zawsze połączone z cierpieniem, z bolesnym i w jakiejś mierze niszczącym ranieniem oraz ograniczającym wolność przymusem. Pan Bóg nie chce tego, On kocha w człowieku realizowaną w wolności decyzję wyboru zmierzającą ku pełniejszej wierze i miłości. Posługując się dalej obrazem systemu naczyń połączonych – Pan Bóg woli, aby te korki były wyważane oddolnie, przez swoisty wzrost ciśnienia łaski w twojej probówce. Zanim będziesz nawracał innych, staraj się przede wszystkim nawrócić samego siebie. Ważny jest stopień twojej wiary, twojego przylgnięcia do Chrystusa. „Nie jest ważne, co robisz – powiedział Jan Paweł II – ważne jest, kim jesteś”. Im więcej będzie dobra w tobie, im bardziej będziesz wierny łasce, tym twoje oddziaływanie na innych będzie skuteczniejsze.”

Widzę w tym źródło życia dla Kościoła i świata, bo to oznacza, że im więcej widzę zła, tym bardziej mam się nawracać, tym bardziej mam pytać o to jak ja mogę być bliżej Boga, jak mogę być lepszym człowiekiem. Wtedy łaska sama zacznie rozlewać się na wszystkie członki Kościoła i później na cały świat, a im bardziej puste i kruche nasze naczynia, tym prędzej Pan Bóg pragnie je napełniać po brzegi, bo „gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20)

Wierzę głęboko, że jeśli czytam Ewangelię i odnoszę wrażenie, że idealnie wręcz odnosi się do życia mojego sąsiada, to ewidentnie czytam ją w niewłaściwy sposób. Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ale tylko wtedy kiedy przenika do mojego serca i sprawia, że to ja chcę się zmieniać. Co oczywiście jest niesamowicie trudne.

Opublikowano Refleksje z życia | Skomentuj

Niedoskonała doskonałość

Człowiek nie jest doskonały. Niby każdy uzna to za oczywiste, ale jednak cały czas potykamy się o rzeczywistość, w której ktoś okazał się być innym niż sobie wyobrażaliśmy i nie spełnił naszych oczekiwań. To, co dzieje się na świecie w ostatnim czasie (a może raczej od zawsze) można w jednym słowie ująć pewnie jako „rozczarowanie”. Ci, którzy mieli świecić przykładem i stanowić dla nas punkt odniesienia, okazali się nie być do tego zdolni. Pytanie tylko czemu się dziwimy. Nie od dziś wiadomo, że „lepiej się uciec do Pana niż pokładać ufność w człowieku” (Ps 118,8), a Kohelet przypomina, że „nic zgoła nowego nie ma pod słońcem” (Koh 1,10)

Nie chodzi o to, by tak bardzo obniżyć nasze oczekiwania, że już nic nas nie zaskoczy, ale raczej o to, by żyć w świecie realnym, a nie wyidealizowanym. W każdym z nas obraz Boga miesza się nieustannie z obrazem nędzy i rozpaczy. Zmieniają się tylko proporcje. Można zakładać, że święty będzie miał więcej z Boga, a zbrodniarz więcej z ułomnej ludzkiej natury, ale głębiny serc przeniknąć może tylko sam Stwórca, więc warto pamiętać o niewydawaniu zbyt pochopnych wyroków.

Zorientowałam się ostatnio, że wiele moich błędów i zagubień w życiu ma swoje źródło w oczekiwaniu doskonałości. Wielokrotnie od innych, ale często też od samej siebie. Wcale nie mam tu na myśli perfekcjonizmu i czepiania się szczegółów, ale raczej brak zgody na to, że człowiek może totalnie zawalić dosłownie wszystko. Właśnie dlatego, że jest tylko stworzeniem. Kiedy odbieram sobie lub innym prawo do popełnienia błędu, okazuje się, że paradoksalnie wtedy właśnie jestem najmniej podobna do Boga.

Czasami wyobrażam sobie jak Jezus funkcjonował na świecie i sądząc po relacjach Ewangelistów, nie raz miał powody żeby popatrzeć na Apostołów wzrokiem pełnym rozczarowania i wykrzyknąć: „z kim Ja pracuję?” Pomijając zdradę Judasza i wyparcie się Piotra, w wielu momentach widzimy uczniów, którzy kłócą się o to kto jest największy, nie rozumieją tego, co Jezus naucza i aż do samego końca myślą kategoriami tego świata. Tymczasem On bardzo świadomie zdecydował się, by uzdalniać powołanych zamiast powoływać uzdolnionych. To właśnie Bóg okazuje się tym, który nie ma żadnego problemu ze słabością i porażkami. Problem zaczyna się wtedy kiedy zaczynamy udawać mądrzejszych niż jesteśmy i nie godzimy się na bycie sobą. Myślę, że wyglądamy wtedy jakbyśmy próbowali nagiąć się do kształtu koła, wierząc, że wszak to figura doskonała.

 

 

Opublikowano Refleksje z życia | 5 komentarzy

Równi i równiejsi

Trafiłam dziś na ciekawy filmik pokazujący, że osoby niepełnosprawne mają problemy bardzo podobne do naszych. Wywołał mój uśmiech wiele razy, ale też skłonił do głębszej refleksji. Gdybyśmy tak naprawdę na poważnie przestali dzielić ludzi na swoich i obcych, na ważniejszych i mniej ważnych, na równych i równiejszych, świat byłby o wiele lepszym miejscem.

Czy wszelkie wojny, głód, morderstwa i tragiczne afery pedofilskie, które nie dają mi spokoju w ostatnim czasie, nie są właśnie wynikiem tego, że ktoś nadużył swojej władzy, a ktoś inny mu na to pozwolił? Ktoś poczuł, że wolno mu krzywdzić innych. Na poziomie globalnym mogę tylko ze smutkiem ubolewać nad tym, że nie potrafimy zbudować społeczeństwa opartego na miłości, zaufaniu i przyjęciu każdego takim jaki jest. Na swoim własnym podwórku muszę jednak przyznać, że mi nie idzie wcale dużo lepiej, bo ciągle przyłapuję się na mniemaniu, że wiem lepiej albo że coś mi się należy.

W ostatnich dniach we wspólnocie mówiłyśmy o tym co jest dla nas najważniejsze w naszym Zgromadzeniu. Wiele z tego co wymieniałyśmy dotyczyło właśnie równości – międzynarodowość, która otwiera nas na inne kultury i inne widzenie świata; walka o sprawiedliwość i pokój, by każdy człowiek mógł żyć godnie i mieć równe szanse; Serce Jezusa otwarte dla każdego bez wyjątku. Powiedzenie, że Bóg kocha każdego tak samo, brzmi jak oklepany slogan. Nie ma jednak nic ważniejszego w Ewangelii niż przykazanie miłości względem każdego bliźniego i nie ma zarazem nic trudniejszego niż zastosowanie go w życiu.

Marzę o świecie, w którym będziemy z taką prostotą i humorem współegzystować z tymi, którzy są „inni”. Dzielić zwyczajne radości i bardzo zwyczajne troski. Miłego oglądania 🙂

Opublikowano Refleksje z życia | 1 komentarz

Pielgrzymi ostatniej godziny

Aleja na Jasną Górę, 8:15 rano, w powietrzu jeszcze przyjemny chłód poranka. Idę dumnie na przedzie pielgrzymki, krokiem żwawym, bo zdążyły zadziałać już leki przeciwbólowe na moje zapalenie ścięgien. W sercu niosę wiele intencji, ale też trud ostatnich dni wędrówki. Nagle pośród myśli o spotkaniu z Matką Bożą i Jezusem, dla którego przecież idę w tej pielgrzymce i któremu oddałam całe moje życie, pojawia się myśl zupełnie inna. Oto zaczynam myśleć o tych, którzy nie szli z nami przez ostatnich 10 dni, ale dojechali w weekend lub nawet ostatniego dnia przed wejściem do Częstochowy. Przecież oni nie musieli znosić przeraźliwego upału, nie przychodzili wieczorami do medyków z objawami „asfaltówki”, nie bolały ich nogi, nie mieli odcisków na stopach i nie zgarniała ich z trasy karetka, nie składali mokrych namiotów i nie gryzły ich komary podczas wieczornych apeli. Jak więc mogą z nami wchodzić na Jasną Górę?? Czy to będzie sprawiedliwe? Może chociaż gdzieś na końcu?

I wtedy nagle zrobiło mi się strasznie głupio, bo jak nigdy przedtem, zrozumiałam przypowieść o robotnikach ostatniej godziny (Mt 20, 1-16). Tak doskonale zobaczyłam siebie upominającą się o swoją należność, choć przecież o denara umawiałam się z Panem Bogiem. A dostałam wiele więcej niż denara, bo to nie w Częstochowie było to, co najlepsze, ale podczas całej drogi – spotkałam pięknych ludzi, doświadczyłam realnej bliskości Jezusa w moim cierpieniu, miałam okazję dzielić się moim przeżywaniem relacji z Bogiem i porozmawiać z osobami, które Go poszukiwały. Doświadczyłam mnóstwa radości i bezinteresownej pomocy, z całego serca uwielbiałam Boga śpiewem i co chwilę się śmiałam. Czy ja naprawdę zazdrościłam tym, którzy przyjechali ostatniego dnia i pośród nas wchodzili na Jasną Górę? Ani trochę!

Tego dnia zrozumiałam jak perfidne potrafią być podszepty szatana, któremu łatwo udaje się sprowadzić moje myślenie do prostego porównania. Kiedy jednak zacznę się zastanawiać, to okazuje się bardzo szybko, że ten kto dojechał na pielgrzymkę, bardzo chciał iść od początku, ale nie dostał urlopu w pracy; ten, który prosi o coś do jedzenia, nigdy nie marzył o byciu bezdomnym; ten, który nawraca się w ostatniej chwili życia, wcale nie przeżył go dobrze, inwestując w wieczne imprezy.

Jest tylko jedno pytanie, które warto sobie zadawać – czy ja żyję najlepiej jak potrafię? Jest pewne powiedzenie, które mówi: „Jeśli ktoś ocenia twoją drogę, pożycz mu swoje buty” i jest w tym wiele prawdy. Patrząc z zazdrością albo litością na drugiego człowieka, nie mam pojęcia co w życiu przeszedł i czy droga, którą idzie jest tą najlepszą. Z pewnością wtedy jednak nie mam czasu, żeby go kochać i w ten sposób sprawiać, że ja będę zmierzać prosto do bram wiecznego szczęścia.

Opublikowano Podróże, Spojrzenie na Boga | 5 komentarzy

Nie bój się chodzenia po morzu

Stało się. Moja pierwsza w życiu piesza pielgrzymka na Jasną Górę. Jeśli zapytacie co mnie najbardziej zaskoczyło, to z pewnością muszę odpowiedzieć, że moje nogi. Okazało się, że prawie 300 km to dla nich za wiele i przez trzy dni musiały się zadowolić alternatywnymi środkami transportu. Odczułam wtedy jakim błogosławieństwem jest móc iść o własnych siłach, ale odczułam też ciężar intencji, jakie niosłam ze sobą do Maryi. Wiele osób prosiło nas o modlitwę w sprawach bardziej lub mniej trudnych i wszystkich powierzałyśmy na naszym grupowym różańcu. Główną jednak intencją, którą ofiarowywałam Bogu codziennie, były osoby, które rozeznają swoje powołanie. Miałam okazję doświadczyć na własnej skórze jak wielkie walki toczą się na tej płaszczyźnie i jak wiele modlitewnego wsparcia potrzeba – przecież to decyzje na całe życie!

W naszej szarej jezuicko-harcerskiej grupie, jednym z tegorocznych przebojów stała się piosenka Mietka Szczęśniaka „Spoza nas”:

Nie bój się chodzenia po morzu
Nieudanego życia
Wszystkiego najlepszego

Dokładnej sumy niedokładnych danych
Miłości nie dla ciebie
Czekania na nikogo

Przytul w ten czas nieludzki
Swe ucho do poduszki
Bo to, co nas spotyka
Przychodzi spoza nas

Odkrywam w tej piosence głębię, która dotyka największych lęków, jakie pojawiają się przy rozeznawaniu drogi życia. Bać się można i tego co niemożliwe i tego, co prozą życia; bać się można pomyłki i porażki, oczekiwania, braku pewności, ale też tego, że wszystko się ułoży i trzeba będzie wziąć za to odpowiedzialność. Sama wielość dróg i możliwości wydaje się być przytłaczająca, a przecież to, co najważniejsze „pochodzi spoza nas” i pokazuje właściwe ścieżki. A nawet więcej – pochodzi z najgłębszego naszego wnętrza, bo z miejsca, które zamieszkuje w nas sam Bóg.

Przede mną kolejny weekend rozeznawania i towarzyszenia młodym w podejmowaniu najtrudniejszych decyzji. Dziś mam pewność, że to, czego najbardziej potrzebują to narzędzia i wsparcie w duchowej walce, bo to zacięta walka o prawdziwą pełnię życia.

Opublikowano Podróże, Refleksje z życia, Rozeznawanie, Sacre Coeur | 1 komentarz

Zbawienne poczucie humoru

s. Amelie, o. Benoit i Virginie – najlepsi komicy świata!

W niedzielę wróciłam z pielgrzymki śladami św. Filipiny we Francji. Wieczór przed wyjazdem wraz z moją wspólnotą postakademicką w Poznaniu czytałam ten oto fragment książki „Rozważania o wierze” ks. Tadeusza Dajczera:

„Śmieje się Ten, który mieszka w niebie” (Ps 2, 4). Gdy popatrzysz na siebie w świetle wiary, zobaczysz, że wszystkie twoje roszczenia do absolutnej powagi i uznania są naprawdę śmieszne. Poczuciu własnej ważności przeciwstawia się w dużej mierze „cnota” humoru. Okazuje się ona bardzo potrzebna do tego, by wzrastała w nas wiara jako widzenie świata we właściwym świetle i we właściwych proporcjach. Humor to widzenie świata na osi absurdu i niedorzeczności.”

Poszukiwania domu Filipiny w Grane

Dalej autor pisze o jansenizmie, który jest mi bardzo znany z historii mojego Zgromadzenia. Właśnie w tym nurcie wychowała się św. Magdalena Zofia i wiele lat zajęło jej pozbycie się fałszywego obrazu Boga, który jest odległy i zimny, na którego miłość nieustannie musimy zasługiwać, a i tak nigdy nie zdołamy tego zrobić. Dlatego właśnie jako Siostry Serca Jezusa posłane jesteśmy, by pokazywać ludziom Boga czułego, który jest blisko i pragnie dawać nam życie i szczęście zupełnie za darmo – naszą misją jest miłość!

Ks. Dajczer pisze o jeszcze jednym obliczu jansenizmu:

„W myśl poglądów  jansenistycznych chrześcijanin to pokutnik za grzechy, nie może więc pozwalać sobie na radość. W jego życiu winien dominować smutek wynikający z pamięci na własne grzechy. (…) „Cnota” humoru pozwoli ci zwalczyć truciznę smutku, którą szatan usiłuje wsączyć do twojej duszy, a usuwając troskę o siebie, umożliwi ci życie płynącą z wiary radością.”

Tak więc odpowiedzią na zło jansenizmu jest również poczucie humoru i życie radością, jakiej zawsze chciał dla nas Jezus! 🙂

W swoich rozważaniach idzie jednak jeszcze dalej:

„Cnota” humoru, ustawienie czy też zobaczenie świata w kategoriach absurdu stanowi zabieg religijny, który może mieć wartość egzorcyzmu. Gdy walczysz z falą pokus, falą natrętnych myśli, które potrafią cię umęczyć, nie wstępuj w szranki w walce z szatanem, bo on jest silniejszy od ciebie, ale staraj się z niego zakpić, zlekceważyć go. Użyj tego „egzorcyzmu”, jakim jest religijne poczucie humoru. Kpiąc sobie z szatana odrzucasz jego atak w sposób najbardziej skuteczny.

Przepiękne pasmo Vercors

Jakież było moje zdziwienie, gdy na początku naszej pielgrzymki na scenę wyszła nasza Siostra wraz z osobą z Rodziny Sacre Coeur i Ojcem Jezuitą i zaczęli od tego, że Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych orzekła, że od tej pory oprócz dwóch cudów potrzebnych do wyniesienia na ołtarze, potrzebny będzie jeszcze… dowcip! Trzeba będzie bowiem udowodnić, że przyszły święty miał poczucie humoru 🙂 Tak więc we wszystkie kolejne dni mogliśmy być świadkami poszukiwania dowcipu, podczas którego cała trójka w sposób genialny nawiązywała do życia Filipiny, odwiedzanych miejsc i naszego pielgrzymkowego życia. To była prawdziwa uczta duchowa!

Klasztor w Grenoble

Podczas pielgrzymki mieliśmy okazję poznawać nie tylko miejsca, gdzie mieszkała św. Filipina, ale też ją samą, jako kobietę relacji, przekraczania siebie, przyjmowania niespodziewanego i nieustannej modlitwy. Ja poznawałam ją jako tą, która uśmiecha się teraz z góry i przypomina, żebyśmy nie byli tacy poważni 😉

 

Opublikowano Podróże, Sacre Coeur | Skomentuj

Daj się ponieść łasce

Przez ostatni tydzień dzielne niewiasty szybowały w przestworzach na chwałę Bożą,  odnajdując Jego obecność pośród rumuńskich krajobrazów i we wspólnocie. Rekolekcje paralotniowe zakończyły się nie tylko udanymi lotami, ale też pakietem łask, jakie każda z nas otrzymała w obfitości od Taty w Niebie.

Opanowując początki techniki paralotniarstwa, warto wiedzieć, że paralotnia lata sama. To znaczy, że jak wystartujesz i nic nie zrobisz, to ona sama zacznie stopniowo opadać i ostatecznie sama wyląduje. Początkujący pilot uczy się tego, że ma przede wszystkim nie szkodzić. Zbyt nerwowe ruchy i nieumiejętne hamowanie paralotni może spowodować nieszczęście. Nie wspominając już o próbach robienia efektownych akrobacji.

Wbrew pozorom, często w życiu najtrudniejszym nie jest zabranie się do roboty, ale przyjęcie tego, że warto czasem nie zrobić nic i pozwolić Bogu działać. Wielu świętych, począwszy od św. Piotra, przekonało się, że w wierze istnieje bardzo ważny punkt zwrotny. Następuje od wtedy, kiedy z postawy „jak mi wspaniale idzie naśladowanie Jezusa” przejdziemy na „cała łaska jest od Niego, ja mogę próbować nie przeszkadzać”. Oczywiście kolejnym etapem będzie dołożenie też nieco naszych starań, ale to musi przyjść pierwsze – świadomość, że w żaden sposób nie możemy zasłużyć na miłość Boga, bo to absolutnie darmowy dar. Brak naszej współpracy z łaską może się zakończyć nieprzyjemnym lądowaniem w krzakach, jednak pycha i brawura grożą czymś znacznie gorszym – śmiercią na miejscu.

Budząc się rano na przepięknych rumuńskich zboczach i kontemplując mgłę okrywającą dolinę, miałam w sobie pewność, że Dobry Bóg ma nas w swojej opiece i w swoim czasie doprowadzi nas do pełni szczęścia. Oby Mu tylko za bardzo nie przeszkadzać.

Opublikowano Paralotnie, Sacre Coeur | 1 komentarz