Grzeszny Kościół Powszechny

a2(31)Są takie momenty w życiu, kiedy nóż się w kieszeni otwiera. Słuchanie o księżach pedofilach jest na pewno jednym z takich momentów. Przeczytałam ostatnio artykuł o filmie, który wchodzi do kin i porusza właśnie ten temat. Będąc osobą konsekrowaną, mam najgłębszą świadomość, że Kościół to „my”, a nie „oni”. Dlatego szybko ten nóż się w kieszeni zamyka i zostaje tylko wstyd i smutek, bo to przecież mój Kościół. Wielokrotnie od moich uczniów słyszę różne żarty i docinki, które wyraźnie sugerują, że pedofilia to cała prawda o Kościele. Wiemy wszyscy, że to margines, ale ten margines bardzo boli. Jeśli człowiek jest w stanie trzymać Boga w swoich rękach i działać w imieniu Chrystusa w jednym momencie, a w innym dopuszczać się przemocy seksualnej wobec dzieci to wydaje się, że już nikomu na świecie nie można ufać.

W dzisiejszej Ewangelii Piotr mówi: „odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. Jest to szczera prawda, co Piotr wielokrotnie jeszcze udowodni, ale Jezusowi zupełnie to nie przeszkadza. Odpowiada mu: „nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. To jego właśnie chce powołać i uświęcić. Nam sprawiedliwym to się wcale nie podoba. Chcielibyśmy oczyścić Kościół z tego co stawia nas w złym świetle, żeby Kościół był fajny i atrakcyjny. Tylko do kogo my się porównujemy, myśląc w ten sposób? Na pewno nie do Jezusa. Jeśli On by patrzył na nasze grzechy, to nikt z nas by się nie ostał. Musimy więc podtrzymywać się wzajemnie w tym szpitalu połamanych ludzi, bo nie wiemy kto z nas jutro będzie bardziej połamany…

Myślę, że złość, oburzenie, wstyd i smutek są w pełni uzasadnione. Wolno mi to wszystko przeżywać, ale nie wolno mi zrobić jednej rzeczy, jeśli chcę naśladować Jezusa – nie wolno mi powiedzieć „jeśli w tym Kościele są księża pedofile, to ja nie chcę takiego Kościoła”. Ten Kościół właśnie taki ma być – święty Kościół grzesznych ludzi, bo Jezus nie przyszedł powołać sprawiedliwych, ale grzeszników (Mk 2,17). I oby to nam oburzonym zbawienie nie przeszło koło nosa…

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz

Nie ma straconych szans

Ostatnio o-LIVE-IN-THE-MOMENT-facebookdużo się dzieje. To taki moment kiedy przestaję ogarniać. Dzień za dniem przebiega i kolejne sprawy na todo-liście jakoś wolno posuwają się do przodu. W dodatku przemykają ważne wydarzenia. Wczoraj obchodziliśmy dzień życia konsekrowanego – mój pierwszy po ślubach. Może powinno było być jakoś uroczyście, przynajmniej w wymiarze duchowym. Może powinnam była wykorzystać tę cenną okazję, żeby promować życie zakonne, zgromadzenie, charyzmat. Może trzeba było zmontować filmik o radości powołania, czekający od grudnia albo chociaż na szybko sklecić jakąś grafikę na Theofeela. A tu nic. Szkoła, hiszpański, ścianka… zwyczajny dzień bez fajerwerków.

Wieczorem miałyśmy Mszę we wspólnocie. Zostały mi w głowie słowa cytowane za Rohrem, że wszystko już się dokonało. Jezus zbawił świat i nie ma już na co czekać. Zwyciężył On ostatecznie śmierć i zło, więc każdą kolejną chwilę możemy przeżyć bez lęku – nie ważne czy uda nam się wygrać nasze codzienne bitwy, skoro wojna została już wygrana. Pozostało nam żyć w logice obfitości, bo wszystko już dostaliśmy – czerpać pełnymi garściami z każdej chwili i zanosić tę radość innym. Tymczasem my tak bardzo nie umiemy dostrzegać tego prostego piękna. Jesteśmy rozczarowani zwyczajnością, zmęczeni codziennym zmaganiem i zestresowani tempem życia.

Dzisiaj w Ewangelii ci co znają Jezusa, nie mogą pojąć Jego niezwykłej mocy. Nie dostrzegają tego co niesamowite, bo im spowszedniało, bo codziennie mijali Go w drodze do pracy. Pytają „skąd On to ma?”, patrzą i nie widzą. Dlatego nawrócenie, to przemiana spojrzenia. Nigdy nie będą się działy cuda w naszym życiu jeśli nie odkryjemy cudowności najbardziej powszedniego dnia. Tego bez fajerwerków, w którym jednak znajduje się cała pełnia łaski. Dlatego nie ma straconych szans i szczególnych okazji. On zawsze działa tu i teraz.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz

Spojrzenie Serca

spojrzenie_logo_serceMały świat siostry Ewy przestał już być taki mały. Trochę się zaczął rozwijać i postanowiłam, że najwyższy czas postarać się o jakąś dobrą nazwę. Poszukiwania trwały od początku roku i brane były pod uwagę różne opcje – coś biblijnego, coś ze słowem, coś co nawiązywałoby do mnie, mojego imienia, charakteru, stanu życia… zawsze jednak kończyło się stwierdzeniem, że to jednak nie to.

Przełom nastąpił wczoraj na Adoracji. Kiedy tak patrzyłam na Jezusa, a On patrzył na mnie, uświadomiłam sobie co jest najważniejsze – w centrum nie ma być już mój świat, ale Jego spojrzenie.

Rzeczywistość jaka nas otacza jest obiektywna. Czasami sprzyja nam bardziej, czasem mniej. To nie ona jednak decyduje o tym, czy będziemy szczęśliwi. Wszystko jest kwestią spojrzenia. Nasze spojrzenie bywa różne – często sceptyczne, oceniające, niepewne. Co do spojrzenia Boga, możemy być zawsze pewni – On patrzy z miłością, bo On jest Miłością. Chciałbym na tym blogu przekonywać Was, że i my możemy patrzeć na świat z taką miłością. Chcę się dzielić z Wami owocami moich przemyśleń i modlitwy, które płyną z mojego serca. To serce jednak nie jest już tylko moje, bo przez wielki dar konsekracji złączone jest z Sercem samego Jezusa.

Spojrzenie ma w Ewangelii ważne miejsce. Często nasze tłumaczenie tego nie oddaje i łatwo ten sens przegapić. U św. Marka czytamy, że Jezus „przechodząc, ujrzał Lewiego, syna Alfeusza, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!». On wstał i poszedł za Nim.” (Mk 2, 14). Teologia słówka „ujrzał” kiedyś mnie rozwaliła. Podobno to greckie słowo wcale nie oznacza patrzenia, ale uwielbienie. Od niego pochodzi wyrażenie „siedem cudów świata”, można więc powiedzieć, że Jezus spojrzał na Lewiego jak na ósmy cud świata! Tak patrzy Bóg…

Tego ja razem z Wami będę się próbowała uczyć – patrzenia na świat spojrzeniem Serca Jezusa. Serdecznie zapraszam 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz

Wierzę w Miłość

care for your heartWłaśnie zakończyliśmy tydzień jedności chrześcijan. Specjalny czas, kiedy mamy pochylić się nad tym co nas łączy, a nie tym co nas dzieli i spróbować dążyć do tego, żeby tak, jak mocno chciał tego Jezus, stać się prawdziwie Jedną Owczarnią z Jednym Pasterzem. Tymczasem ja dziś niespodziewanie zostałam zmotywowana, żeby przeczytać więcej na temat Świadków Jehowy. Dylemat dotyczył tego, czy prawdą było, co niedawno powiedziałam, o tym, że jest to wyznanie zaliczane do sekt a nie religii. Okazało się to zupełnym błędem. Wszystkie źródła do jakich dotarłam potwierdzają, że jest to w Polsce pełnoprawna religia. Ja wielokrotnie musiałam słyszeć z ust autorytetów w Kościele, że jest inaczej i z dzisiejszej perspektywy widzę to jako pewnego rodzaju nieżyczliwość.

Co prawda wg standardów Kościoła Katolickiego nie możemy Świadków Jehowy nazwać chrześcijanami, gdyż nie uznają bóstwa Jezusa i dogmatu o Trójcy Świętej, ale oni sami o sobie mówią, że są prawdziwymi chrześcijanami. Znam kilka osób tego wyznania i są to naprawdę ludzie prawi i dobrzy. Ważne jest dla nich, by całe ich życie, a nie tylko jakiś wycinek poświęcone było Bogu. Z wieloma rzeczami w ich doktrynie się nie zgadzam, ale widzę mnóstwo rzeczy, które chciałabym naśladować – chociażby determinację w głoszeniu tego co uważają za prawdę. Jest dziś we mnie mnóstwo chęci do tego, by uczyć się dobra od tych, którzy je czynią. Po prostu. Bez uprzedzeń.

Trudno mi w tym kontekście nie przytoczyć słów z najlepszego filmiku jaki ostatnio widziałam, z naszym niesamowitym papieżem w roli głównej. Dotyczą one co prawda religii poza chrześcijańskich, ale tym bardziej muszą być aktualne w kontekście naszych najbliższych braci w wierze. Słowa, które ciągle dźwięczą mi w uszach. Słowa, które za każdym razem poruszają mnie do głębi serca. Słowa, które najpiękniej brzmią w oryginale po hiszpańsku. „Creo en el Amor!” – wierzę w Miłość.  Niezależnie od doktryny, prawd wiary, dogmatów i przekonań, chcemy wszyscy wierzyć w Miłość, bo Bóg jest Miłością.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz

Błogosławione wino

winogrona-wino-kieliszkiCzęsto, jeśli ktoś nie wie jaki był pierwszy cud Jezusa, mówi, że pewnie rozmnożenie chleba dla pięciu tysięcy, jakieś wskrzeszenie albo przynajmniej uzdrowienie. A tu zupełnie coś innego. Pierwszy cud jakiego dokonuje Syn Boży, to zamiana wody w wino na weselu! Dla mnie to właśnie ten najbardziej wymowny moment zniesienia bariery między sacrum i profanum – Bóg wchodzi w moje życie całkowicie, bez żadnych zastrzeżeń. A my dalej tego nie pojmujemy. Ilu z nas naprawdę widzi obecność Boga w piciu wina na imprezie? A On właśnie tam jest i tam dokonuje cudów! Tak więc błogosławiona jest nasza codzienność, która przepełniona jest obecnością Tego, który ma moc czynić cuda. A co więcej, „błogosławiona wina, skoro ją zgładził tak wielki Odkupiciel”, jak słyszymy podczas wigilii paschalnej. Nawet grzech i zło, Jezus przemienia w dobro.

Dzisiaj Asia, moja współsiostra, złożyła w Rzymie swoje śluby wieczyste. Zgodnie z naszą tradycją, jej probacja (czyli grupa międzynarodowa, w której przygotowywała się do ślubów) otrzymała specjalne imię. Ich imię brzmi: „Miłość przemienia wszystko”. Jak to pięknie pasuje do dzisiejszego dnia – Bóg, który jest Miłością, przemienia zwykłą wodę w wyborne wino i przemienia moją grzeszną duszę w święte mieszkanie Ducha Świętego.

W ostatnim czasie odkrywam na nowo fakt, że szczęście polega na cieszeniu się z małych rzeczy. Kieliszek z winem może być do połowy pusty albo do połowy pełny. Czasami jednak warto ucieszyć się tym, że jest w nim chociaż kilka kropel, bo przecież mogłoby nie być nic. A my tak naprawdę nigdy nie wiemy czy przypadkiem te kilka kropli nie wydadzą większych owoców niż sześć wielkich stągwi. Zaufajmy, że każda rzeczywistość jest błogosławieństwem, bo każda, bez wyjątku, jest nieustannie przemieniana przez Miłość.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz

Dar od serca

996754_977404215658829_627620920944466185_nW tym roku wyjątkowo dużo memów widziałam, nawiązujących do praktyczności prezentów przyniesionych przez trzech króli. Trochę absurdalne wydają się dzisiaj te symboliczne podarunki i wolelibyśmy, żeby mały Jezus dostał zapas pieluszek, śpioszki i gryzaczka. Tymczasem tu nie liczy się użyteczność, ale intencja, chęci i radość dawania.

W tradycji hiszpańsko-języcznej to właśnie dziś w los Reyes Magos ludzie obdarowują się prezentami i wydaje się to mieć większy sens niż w Boże Narodzenie. Mam jednak wrażenie, że sama instytucja prezentowa bardzo kuleje w naszym dzisiejszym świecie. Rodzice prześcigają się w coraz droższych upominkach dla dzieci, a dorośli też czują się zobowiązani, żeby coś odpowiedniego sobie sprezentować. W efekcie wszyscy są wykończeni kosztownym i trudnym obowiązkiem, a przecież to „radosnego dawcę miłuje Bóg” (2 Kor 9,7)

Zupełnie inaczej dajemy sobie prezenty bez okazji, kiedy kogoś kochamy. Radość nam sprawia wyszukanie tego, co komuś sprawiłoby radość, czekamy z niecierpliwością na moment otwarcia pudełka. Albo robimy coś własnoręcznie, starając się z całych sił i wiedząc doskonale, że to nie efekt końcowy będzie najważniejszy, ale nasze serce i czas włożone w wykonanie. Prezentem może się wtedy stać drobny gest, niespodziewane spotkanie, krótka wiadomość na dobranoc.

Podobnie jest z naszymi prezentami dla Pana Boga. On nie chce, żebyśmy szli na modlitwę, przyjmowali sakramenty i odprawiali jakieś rytuały, żeby mieć odhaczone, żeby dać Mu to czego oczekuje. To nie Jemu jest to wszystko potrzebne, ale nam. To nie On się na nas obrazi, ale to my będziemy słabi, jeśli się tego pozbawimy.

Pan Bóg pragnie od nas tylko jednego prezentu i on zupełnie nie jest praktyczny – nie można go kupić, zapakować, wręczyć i mieć z głowy kolejny tydzień, miesiąc i rok. On pragnie od nas tylko miłości, a miłość nie daje prezentów, miłość daje po prostu siebie.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz

Pozdrowienia z Tatr :)

Zaszufladkowano do kategorii Podróże | 4 komentarze

Bóg człowiekowi człowiekiem

dziecko_misWielokrotnie w ostatnim czasie słyszałam, że Bóg stał się mały, byśmy nie bali się Jego wielkości, byśmy nie byli przytłoczeni Jego chwałą i zobaczyli Go jako jednego z nas. Tylko, że my się ciągle boimy. Ciągle pokutuje w nas obraz Boga, który chce nas karać i rozliczać, choćbyśmy słuchali nieustannie o Jego miłości. Trzeba naprawdę przyklęknąć przy stajence i spojrzeć małemu Jezusowi w oczy, żeby się przekonać, że taki tyrański Bóg, to jakiś zupełny absurd.

Można też, jak na wczorajszej pasterce o. Proboszcz, zauważyć, że Bogu aż za bardzo udało się stawanie człowiekiem. Tak bardzo się uniżył, że to teraz my musimy się zniżać do Jego poziomu, bo jesteśmy zbyt mądrzy, bogaci i pobożni, żeby się wałęsać po szopkach. Wcale nie jest nam łatwo odwiedzić Boga w tych miejscach, w których możemy sobie pobrudzić ręce – łatwiej przychodzi nam oglądanie trudnej rzeczywistości przez szklany monitor albo telewizor. Musimy pokonać naszą dumę, zarozumialstwo, wygodnictwo i egoizm, by przyklęknąć przy tej stajence i przekonać się, że skoro Bóg stał się dla nas taki mały, to i ja też potrafię.

W moim ostatnio ulubionym filmie „Narodzenie” jest scena kiedy Maryja pyta Józefa. „Jak myślisz, kiedy poznamy, że on nie jest zwykłym dzieckiem? Czy poznamy to po tym co będzie mówił, po tym co będzie czynił?”. W filmie pytanie to pozostaje bez odpowiedzi, ale dziś nasuwa mi się taka: „Poznamy to po tym, że on będzie bardziej człowiekiem”. Podczas gdy coraz częściej doświadczamy rzeczywistości, w której człowiek człowiekowi wilkiem, niezmiennie Bóg człowiekowi człowiekiem.

Życzę nam wszystkim byśmy w te Święta, naśladując Boga stawali się po prostu coraz bardziej ludźmi.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | 3 komentarze

Bóg się rodzi bez Boga

6c1148b999a0f9527181315eb48e75abW trakcie przygotowań do jasełek w szkole przyszedł jeden z moich uczniów z zapytaniem:

  • „Siostro, co będzie bardziej świąteczne: renifer czy aniołek?”
  • „Oczywiście aniołek.” – odpowiedziałam – „Widziałeś kiedyś renifera przy żłóbku Jezusa?”
  • „Oj, Siostro… ale ja pytam co będzie bardziej świąteczne a nie bardziej religijne!”

Ech, ta religia. Ona się jakoś dziwnie wciska wszędzie i nawet świąt Bożego Narodzenia nie da nam spokojnie przeżyć przy naszym karpiu, mikołaju i choince. Takie piękne mamy te polskie tradycje. Tylko ten Pan Jezus jakoś wszystko psuje…

Nie wiem czemu mnie to nadal dziwi – przecież tak było od zawsze. W dzisiejszej Ewangelii czytaliśmy o narodzinach Jana Chrzciciela i o tym, że widząc cud przywrócenia mowy Zachariaszowi, „wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim”. Kiedy narodził się Jezus już nikt prócz pasterzy i kilku przybyszów nie zauważył tego największego wydarzenia w historii ludzkości… Naprawdę dzisiaj z ogromną łatwością przychodzi nam świętowanie urodzin Jezusa bez cienia myśli o Nim samym. I możemy się tylko modlić, by za jakiś czas to świętowanie nie stało się zakazane. Jedna z moich sióstr Francuzek, widząc szopkę na ulicach Budapesztu, w pierwszej chwili pomyślała, że to jakiś zamach, bo takich rzeczy nie widzi się na ulicy…

Na naszej szkolnej wigilii miałam przyjemność poznać pastora Zbyszka od naszych braci baptystów. Mówił o tym, że podobnie jak proroctwa zapowiadały pierwsze przyjście Jezusa, tak proroctwa nadal zapowiadają Jego przyjście powtórne. Możemy się nie interesować wspominaniem wydarzeń sprzed lat, ale nie będziemy mogli pozostać obojętni, kiedy Jezus przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych. Ta rzeczywistość zastanie nas w jakimś punkcie i może ten czas Bożego Narodzenia jest dobrym momentem, żeby zobaczyć w jakim jestem teraz. I czy czasem wśród ferworu przygotowań i smażenia karpia nie zapomnieliśmy o tym co chcemy świętować.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz

„Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła”

the-nativity-story-03Dzisiaj po raz kolejny spotykamy Maryję u Elżbiety. Ten obraz z filmu „Narodzenie” chyba najlepiej oddaje to spotkanie, więc robi karierę w sieci. Ja przez ostatni tydzień obejrzałam ten film 12 razy – warto było 😉

„Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. Maryja jest błogosławiona nie dlatego, że dokonała wielkich rzeczy, ale dlatego, że uwierzyła. Przyjęła to, co zostało jej dane. A z pewnością nie było jej łatwo to przyjąć – musiała mieć w głowie groźbę ukamienowania, a przynajmniej porzucenia. Ona jednak zaufała Panu i przez to stała się błogosławieństwem dla całej ludzkości. Rano na roratach usłyszałam jedną z najpiękniejszych intencji mszalnych w swoim życiu. Brzmiała tak: „o dobre przeżycie czasu choroby”. Ktoś zamówił Eucharystię, aby mieć łaskę przyjęcia tego co trudne do przyjęcia. Nie modlił się o uzdrowienie ani o ulgę w cierpieniu, ale o to, by trudny czas stał się czasem przemiany. Jedyne czego nam trzeba to otwartości na rzeczywistość, która nas spotyka. Naprawdę niczego więcej.

Możemy w życiu dokonywać wielkich rzeczy dla Pana, ale ostatecznie to nie to będzie świadczyć o naszej świętości, ale to w jaki sposób odpowiemy na to co od nas nie zależy, czego byśmy sobie nie wybrali i co po ludzku może wydawać się tylko przekleństwem. To właśnie najlepiej będzie świadczyć o naszym zaufaniu do Tego, który wie co robi. To zresztą żadna nowość – „Abram uwierzył i Pan poczytał mu to za zasługę” (Rdz 15, 6).

Dziś popołudniu zmarł o. Jan Góra. Człowiek legenda. Pewnie niewielu z nas może się pochwalić takim dorobkiem duszpasterskim. Zmarł nagle podczas Mszy Świętej. Podczas tego co robił każdego dnia, wiernie sprawując Najświętszą Ofiarę. Tylko, że Eucharystia to nie jest zwykły moment, to moment w którym najpełniej spotyka się Niebo z Ziemią i Bóg z człowiekiem. To był najlepszy z najlepszych momentów żeby odchodzić i jestem przekonana, że o. Jan przyjął go z pełną otwartością.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz