Wiem, że wszyscy czekacie na relację fotograficzną. Udało mi się zgrać na razie tylko kilka zdjęć, ale będzie sukcesywnie przybywać.
Zapraszam póki co do galerii z Talitha-Kum i galerii pierwszych kilku zdjęć kenijskich.
Wiem, że wszyscy czekacie na relację fotograficzną. Udało mi się zgrać na razie tylko kilka zdjęć, ale będzie sukcesywnie przybywać.
Zapraszam póki co do galerii z Talitha-Kum i galerii pierwszych kilku zdjęć kenijskich.
Poniedziałki w st. Martin’s są wolne w zamian za pracujące soboty, więc i my mieliśmy cały dzień na wycieczkę. Po przejrzeniu przewodników (zdecydowanie to nie moja specjalność, więc tym zajęła się grupa), postanowiliśmy udać się nad jezioro Bogoria do tamtejszego Parku. Oczekiwania chyba były całkiem duże, bo wszyscy spragnieni są zobaczenia egzotycznych zwierząt – ja chyba najmniej, bo już trochę widziałam wcześniej. Niestety rzeczywistość okazała się nieco brutalna, bo widzieliśmy flamingi, flamingi, flamingi, kawałek uciekającej małpy i flamingi…
Wieczorem obejrzeliśmy sobie film Krwawy Diament. Polecam mimo, że jest dość brutalny. Fabuła jest bardzo poruszająca i daje do myślenia – jak to człowiek dla pieniędzy jest w stanie robić niewyobrażalne rzeczy…
W dużym kontraście do filmu stanął mi kolejny dzień, który spędziłam w Marleen Crafts, czyli warsztacie, gdzie pracują dzieci niepełnosprawne. Tu świat przepełniony jest wzajemną miłością, zrozumieniem, odpowiedzialnością za życie innych – w szczególności tych słabszych. Niesamowity jest widok dziecka, które samo ledwo chodzi, pchającego wózek inwalidzki swojego kolegi, który nie jest w stanie chodzić w ogóle.
Poranek minął mi na pieczeniu ciasteczek (które zresztą później wykupiła ze sklepu nasza polska grupa ;)) z kolegą Musa, który jest zdecydowanie największym amantem w całej Effacie i rzuca się na szyję wszystkim napotkanym kobietom. Poza tym w pieczeniu przewyższa moje zdolności kulinarne 😉 Jest specjalistą od mieszania składników i wycinania z ciasta serduszek. Musa jest bardzo mocno sparaliżowany, ale jak tylko jest okazja, tańcuje radośnie na swój specyficzny sposób, machając swoimi łapkami. Wiele z nim radości!
Marleen Crafts prócz swojej małej piekarenki ma też dwa inne działy gdzie pracują dzieci z Effaty – wytwórnia świeczek (do wosku dodawane są specjalne zapachowe i kolorowe kawałki, a następnie wszystko zatapiane jest w różnego rodzaju formach) oraz warsztat zajmujący się wyrobem papieru (dzieci drą na kawałki stare gazety, następnie jest to namaczane, wkładane w specjalne formy i powstaje czerpany papier, z którego robione są kawałki do kartek okolicznościowych. robią też zaproszenia ślubne, jakby ktoś chciał ;)). Wszystko co dzieci zrobią jest wystawiane na sprzedaż w sklepie, w którym można też zakupić pamiątki wytwarzane przez lokalną społeczność w warsztacie skórzanym i drewnianym. Muszę przyznać, że drobiazgi są naprawdę wysokiej jakości w porównaniu chociażby do tego co można dostać na słynnym markecie masajskim w Nairobi. Kolejny kawałek świetnej roboty jaką cały czas podziwiamy w st. Martin’s.
Dziś rano nasza pierwsza Msza z o. Gabrielem, który wrócił z rekolekcji. Brakowało go tu zdecydowanie 🙂 Poza tym dziś dla mnie dzień z papierami, bo będę się starać o pozwolenie na dłuższy pobyt w Kenii. Zdjęcia paszportowe zrobione u lokalnego fotografa – bezcenne 🙂
Dzisiejszy dzień od początku nie był zaplanowany. Głównym punktem programu miała być Msza o 8:30 (która nie trwała jednak 4h a jedynie 1,5h ;)) Potem poszliśmy na miasto w sumie bez większego celu, prócz tego tylko by sprawdzić cenę za matatu do Nairobi. Już na przystanku (tak, dalekobieżne autobusy mają tu przystanki!) czekały nas pierwsze atrakcje, bo trafiliśmy na jakąś demonstrację. Pewien miły człowiek zaczął nam tłumaczyć, że miało to związek z wczorajszym oświadczeniem prezydenta w sprawie bezpieczeństwa matatu i policja właśnie próbuje zatrzymać kierowcę, czemu przeciwstawia się szeroko pojęty tłum. Na szczęście zamieszki się nie rozpleniły za bardzo i bez problemu udaliśmy się do supermarketu. Tam zupełnie przypadkiem natknęliśmy się na Agnieszkę i Dominika (pracujących w Kenijskiej Arce, która tu działa w Effacie. więcej o nich na -> https://thekarolakfamily.wordpress.com/), którzy od razu zaproponowali nam zaproszenie na obiad do ich domu (tak, całej naszej jedenastce ;)) – jednak polska gościnność nie może równać się z żadną inną! Tak więc już dalsza część dnia została zaplanowana i przemiło spędziliśmy czas dopytując o nurtujące nas rzeczy z punktu widzenia przeciętnego polaka. Jakby wrażeń było mało, wracając do domu odwiedziliśmy mamę Allena (znanego niektórym organizatora MAGISu w Kenii w 2009). Zeszło nam się bardzo długo (niektórzy już wymiękali po kolejnej dolewce specyficznej kenijskiej herbaty z mlekiem i imbirem) i nierealne okazało się zrealizowanie pierwotnego planu przespacerowania się na Flora Farm piechotą. No cóż, może innym razem 🙂
Dziś mija też pierwszy tydzień mojego afrykańskiego czasu – dziękuję więc bardzo Wam za czytanie, za pamięć, za modlitwę i wsparcie. To bardzo ważne dla mnie że jesteście! Asante sana!`
Dziś cały dzień z dzieciakami w Talitha-Kum, co wykończyło mnie totalnie. Moje zdolności wychowawcze chyba nie są na najwyższym poziomie, bo brakowało mi już pomysłów na zabawianie maluchów. Zresztą chyba cała nasza grupa poległa nieco na tym polu, bo przetłumaczona pioseneczka „jestem małą papużką”, czyli „I’m a parrot, tiny parrot” 😉 okazała się raczej klapą, a pomysł rysowania aniołków przez dzieci uświadomił nas, że chyba nie wszystkie dzieci wiedzą jak wygladają aniołki (choć talenty się zdarzały – mamy dowody rzeczowe)… dobrze że dzień zakończył się wizytą nad wodospadem, gdzie naszą chlubną rolę zabawiaczy przejął pewnien wielbłąd 😉 Moim ulubionym zajęciem dziś było dokramianie małej Susan, która oprócz virusa HIV jest też niepełnosprawna. Chyba w tym okazałam się lepsza niż w zabawach, bo Susan przybiegała do mnie na każdym posiłku i z uśmiechem podawała mi łyżeczkę.
Zmęczeni, trochę spaleni słońcem, ale szczęliwi, powróciliśmy na naszą farmę. Ja z czterema warkoczykami na głowie autorstwa małej Elizabeth 🙂 Jutro dzień odpoczynku po Mszy w swahili, która ma podobno być iście afrykańska ze śpiewami i tańcami na wysokim poziomie.
Dziś dzień z chłopcami ulicy. Pierwszą połowę spędzilismy na tzw. open forum, czyli spotkaniu organizowanym raz na 3 miesiące dla chłopaków, którzy są już powyżej 18 roku życia i nie mogą dołączyć do normalnego programu dla dzieci. Praca wolontariuszy ze starszymi polega głównie na pracy w terenie – co tydzień we wtorki i czwartki (raz w dzień i raz w nocy) idą na ulicę i spędzają czas z chłopakami. Orientują się oni w tym co się dzieje, jacy nowi pojawili się w okolicy, starają się z nimi współpracować przy odnajdowaniu małych dzieci, które mogłyby trafić do ośrodka. Dzisiejszy dzień skupiony jest wokół lunchu, który chłopaki gotują sami, wcześniej dostają kostkę mydła, możliwość umycia się, ubrania i buty, które ludzie przynoszą do ośrodka. Jest też dla nich otwarte centrum zdrowotne, gdzie mogą się przebadać na HIV. Praca ze starszą młodzieżą wygląda zupełnie inaczej niż z dziećmi. To już dorośli ludzie i prawie niemożliwe jest wydobycie ich z życia na ulicy (choc pojedyncze przypadki się zdarzają), można jednak doraźnie ich wspomagać, robić im pogadanki o życiu, od czasu do czasu wspomóc jedzeniem i ubraniem. Dla nich to całkiem dużo, że wiedzą o możliwości przyjścia do ośrodka w razie poważnych problemów.
Drugą część dnia zeszła nam na odwiedzinach w Dropping Center, o którym już wspominałam. Chłopcy, których spotkaliśmy absolutnie mnie urzekli. W przeciwieństwie do dzieci z Talitha-Kum to niezłe urwisy. Pewnie to tylko pierwsze wrażenie, ale zupełnie nie widać po nich, że jeszcze przed chwilą żyli na ulicy, wąchali klej, dniami nic nie jedli… Jedyne co zdradza ich losy to szramy na całym ciele nie aż tak widoczne na czarnej skórze. Teraz są grzeczni, zdyscyplinowani i pełni radości z odwiedzin gości. Zasady działania tego ośrodka są nieco inne niż tzw. rehabilitation center. Tu trafiają dzieci prosto z ulicy i dla nich droga jest cały czas otwarta w obie strony. Jeśli chcą – wracają na ulicę. Na tym etapie mają czas żeby porównać życie w ośrodku z życiem tam. Wybór wcale nie jest oczywisty, jeśli w ośrodku trzeba pracować, być odpowiedzialnym, słuchać przełożonych, a nie wolno pić i brać narkotyków… dla niektórych od ciepłego łóżka, codziennego posiłku i bezpiecznego dachu ważniejsze okazują się być niezależność i pełna dowolność w tym co robią. Większość jednak po jakimś czasie wraca i jeśli pomyślnie przejdą czas resocjalizacji trwający średnio 3-6 miesięcy, trafiają do centrum Rehabilitacji, gdzie już nie ma takiego otwartego przepływu i stamtąd mozna trafic tylko z powrotem do rodziny lub do rodziny zastępczej. Sama wizyta w DIC (jak w skrócie mówią na Dropping Center) była bardzo miła. Chłopaki nie tylko zrobili nam wzruszający pokaz tańca i śpiewu a potem pokazali swoją ulubioną zabawę w skautów, która z wiadomych względów mnie urzekła najbardziej 😉 Zabawa polega na tym, że jeden z chłopców wciela się w rolę „commander’a”, staje naprzeciwko reszty i wydaje im polecenia jak na mustrze. Wygląda to bardzo komicznie, bo widać jak wszyscy się starają, a mimo to mylą ciągle lewą stronę z prawą 😉
Cały czas piszę o chłopcach, a to z tej przyczyny, że dziewczynek na ulicy podobno nie ma. Jest specjalny ośrodek dla dziewczynek wykorzystywanych oraz pomoc dla matek z dziećmi. Ośrodki obsługują jedynie chłopców.
Nadrobiliśmy też trochę słownictwa w Kikuju (jedno z plemion w Kenii) – „asia” oznacza „nie”, natomiast „nie” oznacza… sami sobie pogooglajcie 😉
Dziś udało nam się zobaczyć dwa ośrodki pełne dzieci, więc wykończyliśmy się szalonymi zabawami 😉
Talitha-Kum to ośrodek dla dzieci żyjących z wirusem HIV, które zostały sierotami. Mieliśmy szczęście, że trwa strajk nauczycieli, bo udało nam się zastać dzieci w ośrodku. Talitha-Kum to miejsce przepełnione miłością, a małe dzieci, przyklejające się na każdym kroku, sprawiają, że człowiek czuje się tam prawdziwie radośnie. Ośrodek ma zaledwie 5 lat i obecnie znajduje się w nim 62 dzieci. Przebywają one tam do osiągnięcia pełnoletności, ale dopiero pojawiają się pierwsze osoby, które tą pełnoletniość osiągają, więc wiele nowych wyzwań stoi przed Siostrami i pracownikami opiekującymi się ośrodkiem. Dzieciaki są kochane i pamiętają wizytę polskiej grupy sprzed dwóch lat – widziałam albumy ze zdjęciami i ramki wiszące w jadalni 😉 Każde dziecko przydzielone jest do jednego z 6 pomieszczeń mieszkalnych, które mają swoją „mamę” oraz nazwę nadaną po świętym (lub zmarłym dziecku z ośrodka). Każda z tych małych grup próbuje funkcjonować jak rodzina – jedząc razem posiłki i dbając o swój mały domek. Tam powracamy w sobotę – będą zdjęcia 😉
Drugim ośrodkiem jaki odwiedziliśmy to centrum rehabilitacyjne dla chłopców ulicy – tam zupełnie inny klimat niż w Talitha-Kum. Dzieciaki dostają szkołę życia, by móc później wrócić do rodzin. Podopiecznymi ośrodka są dzieci znajdowane na ulicy. Najpierw trafiają do tzw. dropping center – tam przechodzą odnowę moralną i przygotowywane są przez przeszkolone osoby do powrotu do domu. Potem na kilka miesięcy przenoszone są do centrum rehabilitacji, gdzie już mają samodzielnie funkcjonować. Następnie wracają do rodzin lub rodzin zastępczych. Średnia wieku dzieci to 9-13. Ciężko patrzeć na to że tak wesołe, przemiłe i sympatyczne dzieci żyły na ulicy, bo nie było dla nich miejsca w prawdziwym domu.
Od razu widać kontrast w obu ośrodkach i genialne, przemyślane podejście całej organizacji st. Martin’s. Tam gdzie dzieci są chore i potrzebują dużo miłości, tam ją znajdują. Tam gdzie dzieci potrzebują twardej ręki i szkoły życia, tam ją dostają. Wszystko to też przy dużym zaangażowaniu środowisk, szkoł i rodzin, z którymi cały czas się pracuje, by dzieci miały gdzie wracać.
Dziś też dzień powrotu na stare śmieci jeśli chodzi o jedzenie. Udało mi się dostać na lunch mój ulubiony napój imbirowy, a wieczorem dostaliśmy moje zdecydowanie najmniej ulubione ugali (radość była w grupie, bo każdy chciał spróbować, ale wydaje się, że entuzjazm nieco ostygł ;)) Zakupiłam też w markecie jedyne słuszne smarowidło na poranny chleb, a mianowicie masło orzechowe 🙂
Kolejne dni pełne wrażeń 🙂
Nasze bagaże dotarły prawie w komplecie, więc mieliśmy dużo radości z odnalezionych rzeczy. Wieczorem natomiast urządziliśmy imieninową ucztę owocową z papajami, pasiflorą i dobrymi pomarańczami – palce lizać za jedyne 1zł od osoby 😉
Dziś natomiast udało się nareszcie zobaczyć trochę więcej ośrodka St. Martin’s i dziś o nim kilka słów. Ośrodek znajduje się w Nyahururu i został założony przez włocha – o. Gabriela (którego niektórzy moga kojarzyć z rekolekcji wielkopostnych na Rakowieckiej) – w odpowiedzi na odkrycie zatrważającej ilości niepełnosprawnych osób, które w tragicznych warunkach zamykane były przed światem z powodu swojej niepełnosprawności. O. Gabriel postanowił, że nie może problemu zostawić i zebrał ekipę współbraci, którzy zapoczątkowali działanie ośrodka. Z czasem rozrósł się on dramatycznie i powstało wiele mniejszych wchodzących w jego skład. Jest miejsce dla dzieci ulicy, dla niepełnosprawnych, dział uzależnienień i walki z HIV/AIDS oraz ośrodek zajmujący się pożyczkami. O każdym z nich będę pisać więcej z czasem. Absolutną podstawą działania St. Martin’s są wspólnoty. To one tak naprawdę mają pomagać swoim członkom, a ośrodek jedynie zajmuje się pośrednictwem i mobilizacją. Brzmi to wszystko naprawdę bardzo przemyślanie i oczy się otwierają na nowe inspiracje. Czekam z niecierpliwością aż zobaczę więcej!
Nasz dzień zaczął się przepiękną Mszą św. w Effacie, czyli ośrodku dla niepełnosprawnych (współprowadzonym przez wspólnotę „Arka”). Niesamowita była atmosfera gdzie dzieci, które nie potrafiły same chodzić czy mówić, chwaliły Pana całym ciałem. Czuć było, że miłość się z nich po prostu wylewa. Dawno nie czułam, że uczestniczę w Eucharystii z tak świętymi ludźmi. Ewangelia na temat 8 błogosławieństw idealnie pasowała do tego miejsca, gdzie prawdziwie szczęśliwymi są ubodzy, odrzuceni, płaczący i cierpiący z powodu niesprawiedliwości…
Reszta przedpołudnia minęła nam na słuchaniu o badaniach na HIV i pomocy osobom uzależnionym. Potem udaliśmy się w dwójkę na spotkanie rodziców dzieci niepełnosprawnych, którzy tworzyli taką wspomnianą lokalną społeczność. Po bardzo błotnistej drodze (cały czas pada, więc błota jest duuuużo) dotarliśmy do domu jednej z członkiń wspólnoty. Spotkanie dotyczyło oszczędzania oraz kredytów jakie ośrodek udziela na rozwój swojego biznesu. Wspólnota musi spełnić kilka prostych (nam by się wydawało) warunków – by wspólnie spotykać się co miesiąc, prowadzić notatki ze spotakań i spisać prostą konstytucję funkcjonowania grupy. Nietety i tym wymaganiom ciężko sprostać w warunkach afrykańskiej mentalności. Dwójka pracowników z osrodka była dziś na spotkaniu, żeby sprawdzić sposób funkcjonowania wspólnoty oraz przedstawić program własnych pożyczek. Polega on tym, że ludzie zbierają regularne składki, a kiedy nazbierają odpowiednią ilość, pożyczają jednemu z członków, który ma za zadanie rozkręcić jakiś mały interes i oddać wspólnocie pożyczkę z prowizją. Wtedy kolejna osoba może znowu pożyczać. Razem z Michałem, z którym tam byłam, nie byliśmy pewni, ale chyba trochę na podobnej zasadzie działają nasze SKOKi.
Całkiem owocne też wyjście na miasto – prócz załadowania sobie telefonu na poczet Internetu, udało mi się zakupić Biblię w kiswahili – mam nadzieję, że z czasem zacznę coś z niej rozumieć 😉
Wszystkich, dopytujących mnie o zdjęcia, proszę jeszcze o chwilę cierpliwości. Nie mam serca robić zdjęć na ulicy, więc póki co chodzę w ogóle bez aparatu. Część naszej grupy robi jakieś foty, więc postaram się od nich coś zgrać, póki mi nie wróci wena do fotografowania (czyli pewnie do soboty, kiedy zaplanowane są zabawy z dziećmi ;))
Wylądowaliśmy! Cało i zdrowo prócz jednego szczegółu – nasze bagaże nie zdążyły dotrzeć do Nairobi przez poważne opóźnienie w Istambule. Pierwszy raz miałam przyjemność być eskortowana do samolotu, który czekał specjalnie na naszą grupę 😉 Dojechaliśmy szczęśliwie do miejsca naszego noclegu – mieszkamy 10km od Nyahururu w miejscu zwanym Flora Farm. Mamy tu wszelkie europejskie wygody prócz ciepłej wody, więc póki co dla mnie dość luksusowo 😉
Z poczuciem dużej tęsknoty za umyciem zębów udaliśmy się do najbliższego miejsca sprzedaży zwanego kioskiem, oddalonego o jakieś 3km od ośrodka, żeby zakupić 11 sztuk szczoteczek do zębów, pastę oraz duże ilości kart do ładowania kenijskiego telefonu – niektórzy z nas są poważnie uzależnieni od Internetu 😉 Okazało się, że szczoteczek mieli jedynie 9, ale reszta zakupów przebiegła pomyślnie. Rozglądaliśmy się też za stoiskami z ubraniami w razie jakby jednak nasze bagaże miały zaginąć na dłużej. Stwierdziliśmy, że rzeczy tu dostępne są dosyć obciachowe, ale jakoś damy radę 😉 Póki co bardzo przydają się skarpetki z samolotu…
Ludzie tu oczywiście przesympatyczni i dużo okazów życzliwości z ich strony, a dzieci z daleka wołają do nas „hawayoo” 🙂 Stęskniłam się za Czarnym Lądem! W najbliższych dniach wraz z 10 osobami, z którymi przyjechałam, będziemy poznawać wszystkie ośrodki należące do st. Martin’s i spróbujemy wpasować się tam gdzie najbardziej będzie nam odpowiadać. Dziś póki co wypoczynkowo, bo jest dzień wolny (zamiast soboty – poniedziałek), więc odsypiamy podróż i próbujemy przyzwyczaić się do klimatu, który mnie zaskoczył, bo jest naprawdę chłodno i sporo pada – wygląda na to, że pora deszczowa wypada jednak inaczej niż mi się wydawało i właśnie się kończy a nie zaczyna… nie ma to jak niedoinformowanie 😉
Dziękuję Wam wszystkim serdecznie za wsparcie modlitewne i finansowe – pamiętam o Was cały czas! Dziękuję też wszystkim, którzy przybyli w piątek pożegnać mnie przed wyjazdem. Czuję niesamowite zaplecze mojego wyjazdu w postaci tylu dobrych duszyczek obok mnie 🙂
Zapraszam do dalszego wędrowania
Było pięknie, malowniczo, przygodowo i w doborowym towarzystwie – czego chcieć więcej! Góry to jednak to, co Tygryski lubią najbardziej 🙂 Wcale nie chciało się wracać…
Drakula rozczarował, ale za to ludzie dopisali w ostatnim czasie. Szczególnie ci najbliżej serca, ale i ci też, których już tak dawno nie widziałam i którzy wczoraj wspierali uśmiechem i modlitwą, a wcześniej ci co zabierali nas na stopa i opowiadali o niemieckich korzeniach rumuńskich wiosek…
W ostatnich dniach zatęskniłam za spokojnym i bezpiecznym brzegiem – za znanymi drogami i utartą rutyną codzienności. Głębia wyglądała tak niepokojąco i samotnie. Dobrze, że przy każdej drodze stała kapliczka z Jezusem – zupełnie płaskim. Odkryłam, że tak wygląda życie na płyciźnie – niby wszystko ok, ale jak spojrzysz z boku, to po prostu przerażająco płasko… a teraz tyle dookoła życzliwości, że nie pozostaje nic, tylko zaufać całym sercem, że na głębi się dzieją cuda jakich człowiek nie jest w stanie sobie wymarzyć.
Odliczanie można zaczynać! Za 15h odrywam się od Polskiej Ziemi… chyba będę tęsknić…
Dziś obchodziliśmy wspomnienie św. Marii Magdaleny. Takie zacne święto, że nie może zostać pominięte! Od jakiegoś czasu to właśnie ona jest mi bardzo bliska i jak myślę o jej życiu po nawróceniu, to mam przed sobą obraz niesamowitej kobiety w każdym calu. Kocha całym sercem i jest wierna do samego końca. Nie boi się stać pod krzyżem chociaż wszyscy inni stchórzyli. Nie dziwne, że to właśnie jej, takiej wspaniałej Przyjaciółce, zechciał Jezus powierzyć największe przesłanie w historii zbawienia – że On żyje! To ona była pierwsza, by to usłyszeć. Patrząc na nią, nawrócenie wydaje się czymś oczywistym. O ile próbując naśladować Maryję możemy mieć wątpliwości jak bardzo uda nam się być jak Ta, której nawet grzech pierworodny nie dotknął… tak z Marią Magdaleną mamy o w wiele prościej. Jeśli Jezus wyciągnął ją z takiego bagna i przemienił jej serce, to i z moim poranionym i ciągle gubiącym się sercem poradzi sobie z pewnością.
Czytaliśmy w dzisiejszej Ewangelii moją ulubioną scenę biblijną. Jakie to prawdziwe, że tyle razy płaczę myśląc, że coś straciłam, a wystarczy podnieść wzrok i zobaczyć, że Bóg już stokrotnie więcej łask mi ofiarował w międzyczasie. I te znamienne słowa Jezusa, które kieruje do mnie każdego dnia: „czego szukasz?”, czyli „czy wiesz co jest naprawdę ważne?”, „co jest twoim celem?”, „jakie są twoje pragnienia”… i „nie zatrzymuj Mnie”, czyli „bądź wolna”, „nie przywiązuj się do niczego”, „żyj dniem dzisiejszym i nie oglądaj się wstecz”… wiele mądrości w tych słowach!
I jeszcze załącznik muzyczny z lat 80tych 😉
[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=K8lHHSV6pDs]