Only through community

Slogan powtarzany w st. Martin na okrągło i wypisany na głównych drzwiach wejściowych przetłumaczyłabym jako „tylko przez wspólnotę”. Kilka tygodni musiało minąć zanim pojęłam o co w tym tak naprawdę chodzi. St. Martin ma wiele ośrodków pomocy – dla dzieci ulicy, dla niepełnosprawnych, dla żyjących z HIV, pracownię Maarlen Crafts… ale tak naprawdę, to jest tylko bardzo malutki ułamek działalności! Tak naprawdę wszystko stoi na ponad setce wolontariuszy, czyli osób z pobliskich terenów, którzy zdecydowali się na współpracuję z st. Martin. To tam dzieje się prawdziwe życie. To oni wiedzą najlepiej komu trzeba pomóc i to oni tą pomoc organizują.

Przypadek z ostatnich dni. Mała dziewczynka zostaje ciężko poparzona gorącą woda. Wolontariusze przynoszą ją do st. Martin, następnie wiozą do szpitala, gdzie przeprowadzona zostaje droga operacja. Kilka tygodni później do tej wioski na spotkanie z wolontariuszami i rodziną dziewczynki przyjeżdża pracownik SM. Teraz zadaniem wspólnoty jest zebranie pieniędzy na pokrycie kosztów operacji. Organizują wielką imprezę o nazwie Harambee (termin szeroko stosowany w Kenii, powstały z okazji kanonizacji założyciela Opus Dei), na którą zapraszają krewnych, znajomych, sąsiadów… każdy daje tyle na ile go stać. I tak to działa.

„Nigdy nie dajemy pieniędzy ludziom” – tłumaczy mi jeden z pracowników odpowiedzialnych za mobilizację wspólnot – „To tylko ludzi rozpuszcza. My zawsze działamy ze wspólnotą. Naszym zadaniem jest pokazać, że oni sami potrafią sobie poradzić. Nawet jak trafimy na takich co twierdzą, że nic nie mają, to my pozwalamy im zrozumieć, że mają. Przecież mogą ofiarować swój czas, sprzedać trochę kukurydzy, służyć swoimi umiejętnościami! Każdy coś ma, musi tylko to odkryć.”

Dziś, kiedy prawie miesiąc minął od mojego wylądowania na kenijskiej ziemi, mogę powiedzieć z czystym sercem, że zrozumiałam. Jestem tutaj właśnie dzięki mojej małej wspólnocie – tych, którzy się za mnie modlą; tych, którzy czytają i są zainspirowani do dobrego działania; tych, którzy dołożyli swoją małą cegiełkę (a uzbierało się na mój pobyt i jeszcze na obdarowanie innych). To jest właśnie to!

Czasami wydaje się, że naprawdę chodzi tylko o pieniądze. Ktoś potrzebuje i ktoś inny może mu dać. A chodzi o wiele więcej! Chodzi o przemienianie wielu serc, otwierania wielu umysłów, pokazywanie, że razem możemy więcej. Gdzie wielu zanosi modlitwy do Boga tam On jeszcze bardziej udziela swojej łaski.

Dziękuję Wam za wszelką życzliwość i proszę o więcej 🙂

Najbliższe dwa tygodnie spędzę w „Community Programme of Active Non Violence and Human Rights” – świeże wieści z ich małego podwórka już wkrótce!

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Czym żyje Kenia

W ostatnim czasie wiele dzieje się w Kenii. Oczy większości Kenijczyków zwrócone są w stronę Hagi, gdzie trwają kolejne miesiące przesłuchań przywódców odpowiedzialnych za zamieszki po wyborach w 2007 roku. Gorące rozmowy na temat kolejnych wieści z sądu są na porządku dziennym, a w zeszłym tygodniu nawet z tej okazji (jak nam się wydaje) oszczędzono nam środowego 3h zaniku prądu, by ludzie mogli zasiąść przed telewizorami. Póki co nic nie wynika z przesłuchań i jakiekolwiek werdykty spodziewane są dopiero w grudniu.

Poza tym, wszyscy w ostatnich dniach żyją wspomnieniem Wangari Maathai – laureatki pokojowej nagrody nobla za działalność ekologiczną w Kenii, która odeszła do Pana w poniedziałek rano. Uratowała w swoim życiu hektary lasów, które poprzedni prezydent beztrosko wycinał w pień. Walczyła też o wolność polityczną i demokrację. Trwa tu żałoba narodowa, która nie objawia się jakoś szczególnie w mojej wiosce, ale Wangari jak najbardziej pojawia się na ustach mieszkańców.

 

[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=IGMW6YWjMxw]

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Modlitwa

St. Martin jest stowarzyszeniem Katolickim, ale bardzo duży nacisk kładą na otwartość wobec innych wyznań. We wtorki wszyscy pracownicy i obecni goście gromadzą się na ekumenicznej modlitwie przygotowywanej przez któryś z departamentów. Czytany jest fragment Ewangelii z nadchodzącej niedzieli, później jest czas na podzielenie się refleksją – czy to z danego fragmentu, czy z wydarzeń minionego tygodnia. Świadectwa ludzi z ich pracy bywają naprawdę inspirujące! Prócz tego zwykle jest też dodatkowa modlitwa. W ten wtorek właśnie modlitwa najbardziej mnie poruszyła. To tekst napisany przez Matkę Teresę, która jest mi bardzo bliska. Dziś zostawiam Was z tym fragmentem:

Panie, Kiedy jestem głodny,
Daj mi kogoś, kto łaknie pożywienia;

Kiedy jestem spragniony,
Przyślij mi kogoś, kto chce pić;

Kiedy jest mi zimno,
Ześlij mi kogoś, kogo mógłbym ogrzać;

Kiedy jestem zmartwiony,
Daj mi kogoś do pocieszenia;

Kiedy ciąży mi mój krzyż,
Daj mi dzielić krzyż mojego bliźniego;

Kiedy jestem biedny,
Zaprowadź mnie do kogoś, kto potrzebuje;

Kiedy nie mam czasu,
Daj mi kogoś, komu mógłbym przez krótką chwilę pomóc;

Kiedy jestem upokorzony,
Niech mam kogoś do chwalenia;

Kiedy jestem zmartwiony,
Ześlij mi kogoś, z kim cieszyłbym się;

Kiedy potrzebuję ludzkiego zrozumienia,
Daj mi kogoś, kto potrzebowałby mego zrozumienia;

Kiedy potrzebuję opieki,
Ześlij mi kogoś, o kogo mógłbym się troszczyć;

Kiedy myślę tylko o sobie,
Skieruj moje myśli na innego człowieka.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, modlitwa | Dodaj komentarz

Kościół na kościele

Jadąc po kenijskich drogach, w zasadzie co chwila spotyka się ogłoszenia, że w pobliżu znajduje się jakiś kościół.Większość to jakieś dziwne samozwańcze odłamy protestanckich wyznań. Dużo z nich jest częścią tzw. AIC (African Initiated Church), czyli zbióru różnych wspólnot rozpoczętych przez Afrykańczyków, w przeciwieństwie do religii przywiezionej z białymi misjonarzami. W moich okolicach jest też sporo parafii katolickich i to całkiem prężnie działających (chociażby Diecezja w Nakuru, którą odwiedzałam).

Tu w zasadzie prawie nie ma możliwości, żeby ktoś nie wierzył w Boga. Mój kolega zapytał mnie ostatnio czy znam jakiś ateistów, bo on chciałby jakiegoś poznać 😉 Z opinii jakie słyszałam, nie wynika to jednak z ich tak wielkiej wiary, ale raczej z potrzeby wspólnoty, które lokalne kościoły im zapewniają. Wydaje się, że wspólnoty na naszych kościołach to raczej niestety brakuje…

Ja póki co wiary nie zmieniam i codziennie na 7:00 staram się być na Mszy w kościele, który mam bardzo niedaleko. Tu Msza po angielsku jest tylko w piątek, więc mam okazję do szlifowania swojego kiswahili, szczególnie jeśli zapomnę przeczytać czytań i próbuję z nielicznych znanych słów wydedukować jaką mamy ewangelię (póki co z marnym skutkiem, ale nie tracę nadziei ;)). Z ciekawostek – jedyna Msza jaka jest tu w ciągu dnia (ta o 7 właśnie) połączona jest z odmawianiem jutrzni. Bardzo to przyjemne połączenie i nadal liturgia zamyka się w 30 min, co na tutejsze Msze jest dość dziwne 😉

 

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Jeden komentarz

Weekend wyjazdowy

Kolejny mój afrykański weekend spędziłam z Johnem (znanym lokalnie jako Yusuf :)) w zachodnio-północnej części Kenii – okolice jeziora Baringo. Moja podróż zaczęła się dość niefortunnie, bo zapodziałam portfel (który później szczęśliwie się znalazł) i musiałam wytłumaczyć zbierającemu kasę w matatu, że zapłacę mu dopiero w Nakuru jak przyjdzie mój kolega, bo nie mam pieniędzy. Pytał mnie 3 razy, bo chyba nie mógł uwierzyć, że mzungu nie ma pieniędzy 😉

śluby w Kericho

Z Nakuru ruszyliśmy w daleką dosyć podróż do Kericho, gdzie odbywały się śluby siostry ze szkockiego zgromadzenia Franciscan Sisters of the Immaculate Conception. Uroczystość była szczególna, bo s. Esther była pierwszą kenijską Siostrą przyjmującą ostateczne śluby w zgromadzeniu. Na tę okoliczność przybyło aż dwóch biskupów, mnóstwo ludzi z całej rozległej diecezji oraz przełożone za Szkocji. Msza trwała 5h (spóźniliśmy się 1h i nadal dotarliśmy przed pierwszym czytaniem ;)) ale była naprawdę przepiękna. W końcowej części prócz przemówień oficjeli odbył się dość osobliwy obrzęd, kiedy Matka Generalna i Siostra składająca śluby zostały przyodziane w tradycyjne stroje i poproszone o wypicie czegoś co podobno było sfermentowanym mlekiem (ciekawa byłam, czy to coś jak nasze zsiadłe…). Wyglądało to zupełnie jak część chrztu na obozie żeglarskim 😉

Z kenijską misją zgromadzenia wiąże się dość ciekawa historia. W roku 1990 dwie Siostry z tej misji zginęły w wypadku samochodowym. Jako, że wszystkich Sióstr było trzy, to prawie zrezygnowano z dalszego podtrzymywania kenijskiego oddziału. Wtedy jednak znalazły się lokalne powołania i  dziś jest kilkanaście Sióstr, z czego s. Esther jest pierwszą, która przeszła przez całość formacji. Pięknie wszyscy podkreślali fakt, że ziarno wrzucone do ziemi musi obumrzeć, bo przynieść owoce i tak dwie Siostry musiały poświęcić życie, by misja mogła tak wspaniale rozwinąć się w Kenii. W procesji z darami zaniesione zostało ich zdjęcie i czuć było ogromną wdzięczność wobec tego co się teraz dzieje dzięki tym tragicznym śmierciom.

Po uroczystości 5 osobową ekipą znajomych Johna udaliśmy się do hotelu oddalonego jeszcze kawałek od Kericho. Po drodze zatrzymaliśmy się w jakimś miejscu oznaczonym jako punkt widokowy, ale chyba największą atrakcją turystyczną okazałam się być ja, bo wszyscy odwiedzający chcieli sobie ze mną robić zdjęcia 😉 Hotel okazał się być prawdziwym hotelem z miejscami do spania – w przeciwieństwie do tych w okolicznych wioskach, gdzie hotelem zwana jest każda mała speluna gdzie podają ugali, chapati i chai 😉 Z ciekawych rzeczy, hotel miał wywieszoną misję i wizję, podobnie jak każda szkoła w tym kraju.

punkt widokowy, ja i John

Kolejnego dnia udaliśmy się z powrotem do Nakuru, gdzie John oprowadzał mnie po różnych projektach prowadzonych przez jego diecezję. Robią tam bardzo dużo ciekawych rzeczy – wiele z nich podobnych do działalności st. Martin. Z ciekawych i nietypowych – projekt oczyszczania wody z fluorku, który jest przyczyną często spotykanego tu brązowienia zębów (fluoroza). Wodę oczyszcza się przez filtry wytwarzane z kości zwierzęcych spalanych w wysokiej temperaturze i drobno zmielonych.  Filtry mogą być stosowane zarówno lokalnie w domu jak i do dużych zbiorników na wodę dla całych społeczności.

Poza odwiedzaniem różnych miejsc, poznałam niezliczoną liczbę osób współpracujących z Johnem. Zwykle przedstawiał mnie mówiąc: „this is Ewa from Nyahururu”. Wtedy osobnik patrzył na mnie spode łba i pytał „do you speak kikuyu?”. Na to ja odpowiadałam z pełnym przekonaniem „Asha”, co jak już wiecie w kikuju oznacza „nie” 😉

Do wieści z bardzo udanego weekendu załączam ulubiony przebój radiowy 🙂

[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=p5_LeT1tTGM]

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

The Kenyan Wedding

Zgodnie z zapowiedzią dziś rano odbył się w Nakuru ślub jednego z podopiecznych Effathy imieniem Mark z niejaką Jane. On z lekkim porażeniem mózgowym, a ona sporo wyższa od niego – tworzyli więc dosyć osobliwą parę.

dziewczynki w procesji

Pierwsze co od razu wydawało mi się bardzo inne niż w Polsce, to ślub o 10:00… taka to jednak tradycja. Zaczęło się z lekkim opóźnieniem, ale za to z wielką pompą. Najpierw w trzech turach weszły procesje tańczących dziewczynek, które zrobiły kilka rundek w stronę ołtarza. Za nimi zaś 7 druhen. Po każdą z nich wychodził jeden z 7 drużbów, wręczał wielką kokardę przypominającą kwiatka i brał pod rękę do ołtarza 🙂

druhna z drużbą

Po wstępnych procesjach w końcu weszli narzeczeni, choć nie razem. Najpierw Pan Młody w towarzystwie swoich rodziców i jak się domyślam innych członków rodziny, potem podobnie Panna Młoda. W zasadzie każdemu ważniejszemu momentowi towarzyszyła burza oklasków, co wprowadzało szczególnie radosny klimat uroczystości.

Jako że Panna Młoda nie była wcześniej katoliczką, naprędce przed samym obrzędem zaślubin odbył się jej chrzest. Dalej w zasadzie całkiem europejsko prócz oczywiście mnogości procesji z każdej okazji – choćby z pudełkiem z obrączkami 😉

Po uroczystości (trwającej bagatela 3 h) Młodzi zrobili sobie sesję z najbliższymi, po czym sami udali się na zdjęcia w plener, a goście zostali uraczeni lunchem, składającym się z gederi, ryżu i wołowiny (ciągle się zbieram do tego posta o jedzeniu ;)). Jak się dowiedziałam tłum ludzi jaki pojawił się na weselu to nie tylko krewni i znajomi Państwa Młodych, ale w zasadzie każdy kto przechodząc zauważył, że jest wesele 😉 Tak więc trudno było się dopchać do czystego talerza, a sztućców było zaledwie kilka sztuk na kilkaset osób, więc zabrałam się za jedzenie rękami, jak reszta gości.

Para Młoda 🙂

Po lunchu i powrocie Państwa Młodych, odbyło się widowisko sztuk wszelakich – od śmiesznych skeczy po naśladowców znanych polityków. W tym czasie Młodzi zajmowali się spożywaniem posiłku przy jedynym na całym weselu stole. Prócz tego jeszcze bardzo ważny obrządek krojenia tortu (któremu towarzyszy znana niektórym pieśń: „kata kata keki kata”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „tnij torta tnij” ;)). Niestety tego już nie doczekałam, gdyż ekipa, z którą byłam zbierała się wcześniej, ale podobno ok 16-17 cała impreza dobiegała końca.

Effatha dance

Udało mi się zdążyć natomiast na taneczny pokaz Effathy, który był rewelacyjny i zdecydowanie moje marnej jakości zdjęcia tego nie oddadzą 😉

Jutro skoro świt znowu wyruszam w stronę Nakuru. Tym razem na spotkanie z, niektórym znanym, Johem w ramach mojego niedzielno-poniedziałkowego weekendu 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | 3 komentarze

Mama Allen

Wczoraj nareszcie udało mi się wprowadzić do nowego lokum, czyli do pani Mama Allen. (Dla przypomnienia – do kobiet w Afryce zwraca się zwykle po imieniu ich dzieci) Mam  teraz swój pokoik i powoli zaczynam się zadomawiać 🙂 Moja nowa gospodyni jest kochana i dba o mnie bardzo dobrze. Wieczorami przygotowuje mi kolacje, w której staram się pomagać i dba nawet żebym od czasu do czasu dostała herbatę bez mleka 😉 A dziś rano podczas gdy ja wybrałam się na poranną Mszę, przygotowała mi placki na śniadanie! 🙂

Wczoraj popołudniu miałam też okazję wybrać się z nią na krótką wycieczkę. Pracuje ona jako weterynarz rządowy, więc pojechałyśmy do biura tzw. District Commissioner, czyli jak mi się wydaje, odpowiednik naszego Wojewody. Podczas gdy Mama Allen załatwiała swoje sprawy, ja zostałam zaproszona do stolika przed wejściem, gdzie napisane było: „Customer Care Desk”. Tam prowadziłam miłą rozmową z panią żołnierz, którą wypytywałam o tajniki służby wojskowej w Kenii. Wygląda na to, że jest tam bardzo podobnie jak u nas z wyjątkiem tego, że w wojsku służy bardzo dużo kobiet. Rozmowa przebiegała bardzo miło prócz tego, że pani miała na kolanach całkiem pokaźny kawałek broni maszynowej (z wyglądu przypominało nieco PM-84)… W pewnym momencie pożegnała się ze mną, zarzuciła broń na plecy i poszła nakarmić dziecko 😉 Ja więc zostałam sama przy biurku obsługi klientów, co wzbudzało żywy uśmiech na twarzach przychodzących. W pewnym momencie wszedł sam DC, który wróciwszy z delegacji i przywitawszy się ze mną, zapytał swojej sekretarki od kiedy to mzungu obsługuje u niego klientów 😉

Najbliższe dni spędzam w st. Martin na dalszym odwiedzaniu różnych ośrodków, by w przyszłym tygodniu na dłużej już zagościć w którymś z programów. W sobotę zapowiada się ciekawy dzień, bo we wspólnocie ślub, o którym już głośno od kilku tygodni.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Nairobi – pierwsze starcie

Droga w stronę stolicy przebiegła całkiem sprawnie. Mieliśmy dla siebie całe matatu, więc bez większych problemów znaleźliśmy się u sióstr Misjonarek św Rodziny. Część naszej ekipy została tam wspomagać budowę ośrodka rekolekcyjnego (podobno nieźle im idzie ;)), część ruszyła do tychże samych sióstr do tzw. „buszu”, a część została pod skrzydłami mojego kolegi Jeremiasza i jego wspólnoty akademickiej. Karolina zaś ruszyła sama w stronę Mombasy, by odkrywać tajniki języka swahili, którym zajmuje się w ramach studiów. Wydaje się, że wszyscy w dobrych rękach 🙂

Ja wieczór niedzielny spędziłam z dziewczynami i wspomnianą już wspólnotą. Ekipa się postarała i przygotowała pyszną kolację. Tak dobrego ryżu z kurczakiem w Kenii nie zdarzyło mi się jeść 😉 (O jedzeniu zresztą jeszcze będzie, bo to godne osobnego posta) . Noc spędziłyśmy w całkiem wypasionym europejskim mieszkaniu, jako że siostra jednego z chłopaków wyszła za Niemca… Jedyne czego brakowało to bieżącej wody – w Nairobi o to ciężko i jest tylko przez kilka godzin dziennie. To zupełnie inaczej niż w mojej wiosce, gdzie bliskość źródeł wodnych jest odczuwalna.

W poniedziałek swój dzień rozpoczęłam od wizyty w ambasadzie i od razu przypomniałam sobie jak to się godzinami można przemieszczać po Nairobi. 3h zajęło mi dojechanie tam i odbicie się od drzwi, bo przyjechał właśnie ambasador i nikt w związku z tym mnie nie chciał przyjąć. Zaprosili na kolejny dzień. No cóż. Dołączyłam więc do dziewczyn w Kiberze, gdzie miałam okazję zobaczyć studio tańca dla najbiedniejszych dzieci w okolicy i coś w rodzaju świetlicy, gdzie dzieci mogą odrobić lekcje i pobawić się przy świetle, którego zazwyczaj brakuje w ich domach. Wydaje się, że dobra inicjatywa! Wieczorny powrót do domu uświadomił mnie, że 3h do ambasady to całkiem malutko, bo tyle zajęło nam pokonanie zaledwie połowy tej trasy…

Wtorek zaczął się dla mnie podobnie jak poniedziałek, tym razem jednak w stronę ambasady ruszyłam sama (byłam z siebie bardzo dumna, że znalazłam właściwe matatu i wytłumaczyłam gdzie mam wysiadać :)). Cała wyprawa okazała się właściwie zbyteczna, bo pani powiedziała mi grzecznie, że na wybory mam zarejestrować się przez Internet, a o przedłużeniu pobytu w Kenii ona nic nie wie… przynajmniej jednak wiem gdzie 9ego powinnam się stawić 🙂 W południe byłam już w centrum, by powrócić do Nyahururu i tu zaczęły się moje powrotowe przygody. Kiedy zaszłam na miejsce, gdzie wg mnie powinny odjeżdżać matatu do mojej wioski, stał tam tylko taki z napisem Nakuru. Kiedy dopytałam o te do Nyahururu pan ochoczo wypisał mi bilet i kazał wsiadać. Niestety przykro się to skończyło, bo zajechałam do Nakuru i miły pan wskazał mi kolejny pojazd, do którego powinnam się przesiąść, więc nadrobiłam kawał drogi… to jednak dopiero początek. Znalazłam się więc na całkiem dużym dworcu w Nakuru, gdzie odjeżdżały różne firmy transportowe. Na moje jednak nieszczęście firma, która mnie właśnie obsługiwała nie miała wielkiego powodzenia, więc czekałam ponad godzinę aż znajdą się inni pasażerowie. Jako, że oprócz mnie był tam tylko jeden inny człowiek, w końcu matatu nie pojechało wcale, a ja zostałam przekazana do innej firmy. W tym momencie odjechaliśmy całkiem szybko, ale nie zajechaliśmy za to daleko. Jakieś 20km od mojej miejscowości coś się zepsuło i wylądowałam na trawce pod przepiękną akacją. Zanim przyjechała po mnie moja obecna gospodyni (Mama Allen) poczekałam sobie trochę. W międzyczasie zaczęło się robić ciemno i wdzięczna byłam kierowcy zepsutego busa, że zdecydował się ze mną poczekać.

Tak więc do mojego nowego domku zajechałam po 7h w podróży – nie licząc 4h wyprawy do ambasady… Jak by to powiedzieli w St Martinowym office’ie: „dizasta!”. Przynajmniej jednak jestem bogatsza o wiele doświadczeń i z pewnością następnym razem pójdzie sprawniej!

Po dwóch dniach w korkach, zgiełku, hałasie i tłoku oraz dłuuuuuugiej podróży, ucieszyłam się powrotem. Good to be back 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Pierwsze pożegnania

Poranek dziś dość śmieszny. Wszyscy zerwali się po 6:00 na hasło, że nareszcie w pobliżu pojawiły się słonie – długo oczekiwane. Ja sobie odpuściłam, ale przekonałam się, że jednak da się zebrać całą ekipą w 3 min z zegarkiem w ręku… ciekawe 😉

Przyszedł czas na pożegnania. Tym razem nie ja wyjeżdżam, ale moja polska grupa. Dzień więc pełen wzruszeń. Zdecydowanie najwięcej dostarczył ich nam o. Gabriel, który spotkał się z nami na całe dwie godziny i opowiadał o życiu z ubogimi i niepełnosprawnymi oraz o tym jak oni mogą nas uzdrawiać – z naszej pychy, z naszego poczucia lepszości, z naszego egoizmu. Opowiadał o tym jak ludzie uzależnieni mogą nas leczyć z naszych uzależnień – od opinii innych, od pochwał, wdzięczności. Opowiadał o tym jak niepełnosprawni mogą pokazywać nam nasze słabości i kruszyć nasze stwardniałe serca. O. Gabriel ma wielki dar do mówienie, o czym wiedzą wszyscy którzy 1,5 roku temu mieli okazję być na Rekolekcjach na Rakowieckiej. Jego sposób interpretacji Ewangelii otwiera oczy i dotyka serca. Wyszliśmy poruszeni.

W dalszym planie mieliśmy wizytę w więzieniu, ale niestety nie dostaliśmy pozwolenia z powodu nieobecności koordynatora… w sumie szkoda, ale dzięki temu wyrobiliśmy się ze wszystkim innym, czyli wizytą w Talitha-Kum, by dzieciakom zawieść wywołane zdjęcia oraz z szałem zakupów pamiątkowych – nasza grupa przetrzebiła sklep Marleenowy od góry do dołu.

Ostatnim punktem na dziś była uroczystość z okazji otwarcia po remoncie ośrodka dla dziewczynek st. Rose. W st. Martin to było prawdziwe święto – wszystkie departamenty ośrodka zostały zamknięte o 13:00 i absolutnie każdy związany w jakikolwiek sposób z nimi udawał się na uroczystą Mszę. Dzieci z DIC przygotowały pokaz musztry (widzieliśmy próby wcześniej ;)), a inne obstawiały śpiewy i tańce. Miło było patrzeć jak kolejny projekt rusza z sukcesem – było co świętować! Nie zabrakło też obowiązkowego ciasta na koniec 🙂

Jutro na dwa dni Nairobi – spotkania z dawnymi znajomymi plus bieganie po urzędach i placówkach dyplomatycznych. Mniam 😉

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Street Program

Ostatnie dwa dni spędziłam w programie dla dzieci ulicy. Całość podzielona jest na wiele różnych odłamów działających w różny sposób. Główne dwa to: dział zajmujący się rehabilitacją dzieci z ulicy i ich powrotem do życia w społeczeństwie oraz dział prewencji, który wspiera potencjalnie zagrożone dzieci i ich rodziny.

Wczorajsze popołudnie spędziłam z działem prewencji – wyruszyliśmy do wioski nieopodal, żeby spotkać się z grupą rodziców. Wyprawa była szczególna (i to chyba było dla mnie najciekawsze ;)), bo udaliśmy się tam motorem. Nie było to jednak tak wielkie przeżycie jak się spodziewałam, bo motor wyciągał 70km/h przy jeździe ze sporej górki 😉 Spotkanie okazało się dość kameralne – na 18 osób przybyło 5, stąd większość punktów musiało być przełożone (w planach było przekazywanie wiedzy z ostatniego szkolenia, na jakim były dwie osoby z grupy). Powodem nieobecności większości były wciąż trwające kontrole policyjne, powodujące spustoszenia na tutejszych drogach. Ja specjalnie nie płakałam, bo jazda motorem była dzięki temu zdecydowanie przyjemniejsza.

Dziś miałam okazję uczestniczyć w pierwszej gałęzi, a w zasadzie jej ostatnim stadium, czyli tzw. reintegracji. Dwóch chłopców oddawaliśmy ich mamie, którą czeka chyba jeszcze trochę konsultacji i wspierania, bo co chwila ktoś mówił, że jest nieodpowiedzialna. Warunkiem odzyskania dzieci było więc przeprowadzenie się do domu babci i zaprzestanie swojego luźnego trybu życia… Oprócz tego odwoziliśmy małą dziewczynkę do jej cioci, co okazało się być ciekawą historią, bo najpierw cioci nie udało się znaleźć, potem powiedziała, że jednak dziewczynką się nie zajmie. W międzyczasie zgarnęliśmy jeszcze jedną starszą dziewczynę, która dopiero co uciekła od ojca, który ją wykorzystywał, więc mieliśmy w samochodzie dwie osoby do zagospodarowania na szybko. Niebawem pojawiła się grupa lokalnych wolontariuszy, by zdecydować o ich losie – niestety większość rozmów odbywała się w Kikuju, więc trochę się wynudziliśmy. Dziewczynki jednak domy znalazły – jedna u kobiety, która jest bezpłodna i już wcześniej wyrażała chęci adopcji, druga zaś tymczasowo u jednej z wolontariuszek. Długi dzień, ale i bardzo owocny, bo dużo udało się poczuć z prawdziwego działania w terenie!

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Jeden komentarz