Wczoraj nareszcie udało mi się wprowadzić do nowego lokum, czyli do pani Mama Allen. (Dla przypomnienia – do kobiet w Afryce zwraca się zwykle po imieniu ich dzieci) Mam teraz swój pokoik i powoli zaczynam się zadomawiać 🙂 Moja nowa gospodyni jest kochana i dba o mnie bardzo dobrze. Wieczorami przygotowuje mi kolacje, w której staram się pomagać i dba nawet żebym od czasu do czasu dostała herbatę bez mleka 😉 A dziś rano podczas gdy ja wybrałam się na poranną Mszę, przygotowała mi placki na śniadanie! 🙂
Wczoraj popołudniu miałam też okazję wybrać się z nią na krótką wycieczkę. Pracuje ona jako weterynarz rządowy, więc pojechałyśmy do biura tzw. District Commissioner, czyli jak mi się wydaje, odpowiednik naszego Wojewody. Podczas gdy Mama Allen załatwiała swoje sprawy, ja zostałam zaproszona do stolika przed wejściem, gdzie napisane było: „Customer Care Desk”. Tam prowadziłam miłą rozmową z panią żołnierz, którą wypytywałam o tajniki służby wojskowej w Kenii. Wygląda na to, że jest tam bardzo podobnie jak u nas z wyjątkiem tego, że w wojsku służy bardzo dużo kobiet. Rozmowa przebiegała bardzo miło prócz tego, że pani miała na kolanach całkiem pokaźny kawałek broni maszynowej (z wyglądu przypominało nieco PM-84)… W pewnym momencie pożegnała się ze mną, zarzuciła broń na plecy i poszła nakarmić dziecko 😉 Ja więc zostałam sama przy biurku obsługi klientów, co wzbudzało żywy uśmiech na twarzach przychodzących. W pewnym momencie wszedł sam DC, który wróciwszy z delegacji i przywitawszy się ze mną, zapytał swojej sekretarki od kiedy to mzungu obsługuje u niego klientów 😉
Najbliższe dni spędzam w st. Martin na dalszym odwiedzaniu różnych ośrodków, by w przyszłym tygodniu na dłużej już zagościć w którymś z programów. W sobotę zapowiada się ciekawy dzień, bo we wspólnocie ślub, o którym już głośno od kilku tygodni.
