Wsparcie dla żyjących z HIV

Bardzo ważnym komponentem departamentu HIV/AIDS jest wsparcie dla osób żyjących z HIV oraz dla sierot, które straciły rodziców w wyniku AIDS. St. Martin pomaga w pewnym stopniu finansowo – pokrywa część opłat szkolnych dla sierot i daje niewielkie środki na rozpoczęcie własnego biznesu dorosłym. We współpracy z departamentem „oszczędności i mikrokredytów” przeprowadza warsztaty na tematy ekonomiczne. Miałam przyjemność uczestniczyć w takim krótkim warsztacie, który dla mnie był bardzo ciekawy. Nad większością rzeczy nawet nie przyszło mi do głowy się zastanowić. Była mowa przede wszystkim o zasobach i tym jak je dostrzec w swoim otoczeniu – czy wiesz, że drzewa za domem są zasobem? i rzeka płynąca niedaleko? i wszystkie krowy? i wszystkie przedmioty w domu które możesz sprzedać?… Ważne żeby umieć policzyć jaka jest wartość tych zasobów, określić te, które przyniosą ci zysk i te, które tracą z czasem na wartości. Z drugiej strony policz wydatki i zobacz jak mają się do tego ile jesteś w stanie zarobić.

To co jednak wydaje się najważniejsze dla osób żyjących z HIV, to grupy wsparcia, czyli miejsca gdzie mogą dzielić się z innymi swoim doświadczeniem i na wzajem wspierać się w trudnościach. Takich grup wsparcia tworzy się w okolicy wiele. Członkowie nie tylko dzielą się problemami i próbują je wspólnie rozwiązywać, ale także razem działają. Często zakładają wspólny biznes – np. małe poletko uprawne.

Raz na jakiś czas ludzie z różnych grup wsparcia zjeżdżają się na kilka dni, by między grupami podzielić się swoim doświadczeniem. Taki zjazd nazywa się „debriefing” i dziś odbywał się w Kinambie. Spotkanie rozpoczęło się modlitwą, która bardzo mnie poruszyła:

Ojcze nasz, żyjemy z wirusem HIV.

Prosimy Cię żebyś uleczył nasze serca.
Pomóż nam odnaleźć zaufanie w nas samych,
akceptując Twoją wolę z wiarą
nie szukając przyczyny tego cierpienia.

Jezu, nasz bracie,
Ty dobrowolnie zginąłeś na krzyżu.
Pozwól nam nieść nasz krzyż razem z Tobą.
Pomóż nam widzieć naszą chorobę nie jako koniec, ale jako nowy początek dzięki miłości.

Duchu Święty zainspiruj nasze serca
żebyśmy dawali nadzieję tym najsłabszym pośród nas
i dbali o tych, który są nadal odrzucani,
tak jak Maryja stojąca pod krzyżem,
ożywiająca nadzieję w swoim sercu.

Po modlitwie był czas na podzielenie się w grupach. Każdy opowiadał historię tego jak dowiedział się, że jest zarażony, jak zareagowała na to rodzina, z jakimi problemami musiał się zmierzyć. Historie, co było dla mnie zaskoczeniem, zdawały się być zaskakująco podobne. Zdecydowana większość w takich grupach wsparcia to kobiety. Mężczyźni za wszelką cenę próbują ukryć swój status osoby zarażonej i nie chcą dzielić się swoimi uczuciami. A to właśnie oni w większości przypadków są winni cierpienia całej rodziny. Typowa historia zaczyna się w małżeństwie gdzie jest już kilkoro dzieci. Mąż zdradza żonę z nie wiadomo kim i dowiaduje się, że ma HIV, ale zwykle okazuje się to nie wcześniej niż wtedy gdy już żona też zostaje zarażona (albo co gorsza – specjalnie jej o tym nie mówi). Wtedy rodzice męża, z którymi wg tradycji zwykle mieszka rodzina, zwalają winę na żonę. Mąż szybko umiera, bo nie chce się leczyć, a kobieta zostaje przepędzona z dziećmi przez swoich teściów. Przerażający to scenariusz…

Bardzo jednak budująca jest postawa tych kobiet, które mimo wszystkiego co przeżyły, są niesamowicie radosne i pozytywnie nastawione do życia. Mówią o tym, że absolutnie nie są chore i żyją jak normalni ludzie i o tym, że każdy dzień jest dla nich nowym darem od Boga. Cieszą się każdą chwilą życia im darowaną. Dbają jak mogą, żeby ich dzieci mogły żyć godnie i żeby nie zostały bez środków do życia w razie ich śmierci. Myślę, że każdy z nas mógłby się czegoś od nich nauczyć. Dla mnie to był bardzo budujący dzień!

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Volunteer’s Day

wolontariusze

Miesiące przygotowań, tygodnie rozdawania zaproszeń, dziesiątki spotkań wielu powołanych zespołów… i nareszcie nastał! Wczoraj pierwszy z dwóch dni poświęconych na świętowanie z wolontariuszami w St. Martin. W związku z tym w sobotę cały dzień spędziłam w jednej z wiosek na ostatnich pracach wykończeniowych. Najpierw łuskałam kukurydzę i przebierałam ryż, co wywoływało żywe zainteresowanie pracujących przy tych czynnościach licealistów, wg których powinnam mieć dwie lewe ręce do wszystkiego. Największe jednak zdziwienie wzbudziłam mówiąc, że mamy w Polsce ziemniaki i umiem je obierać. Pewien gość próbował mi wmówić, że on mi jednak pokaże jak się trzyma nóż, bo przecież my tam mamy maszyny do obierania… od razu uznałam go za buca i stwierdziłam, że nie będę z nim gadać. Podziękowałam Panu Bogu, że wychowałam się w takim mało europejskim domu, gdzie żadnej maszyny nie było – obieraniem zjednałam sobie bowiem szacunek zgromadzonej młodzieży. A w międzyczasie ten gość okazał się być tutejszym księdzem 😉

pakiet wolontariusza

Wiele już pisałam o wolontariuszach i o ich kluczowej roli w działalności całej organizacji. To wolontariusze z prawdziwego zdarzenia – w co nie mogła uwierzyć pewna Siostra zakonna w Nairobi… – nie dostają nic za swoją pracę, prócz dwóch kalendarzy, książki i gadżetu w postaci koszulki czy chusty. Żadnych pieniędzy, żadnego jedzenia, żadnych innych korzyści.

Wczorajsza uroczystość odbywała się jednocześnie w 5 miejscach jednocześnie, stąd pracownicy podzielili się na pięć grup.

Miłosierny Samarytanin w obrazkach

Głównym punktem programu była Msza św, na której zgromadzili się nie tylko wolontariusze, ale również inni mieszkańcy. Jest to doskonała okazja, żeby wszyscy zobaczyli jacy ludzie współpracują z st. Martin i dowiedzieli się nieco o organizacji. Podczas Mszy przedstawiona została myśl przewodnia na kolejny rok – tym razem fragment z przypowieści na temat miłosiernego Samarytanina (Łk 10, 29) – „who loves me?” (w naszym tłumaczeniu mamy tam pytanie „kto jest moim bliźnim?”). Samej myśli towarzyszyła obszerna interpretacja przypowieści, (opisana również w książkowym wydaniu tegorocznej ulotki) oraz ilustracje w tle.

Kata kata 😉

Po Mszy zgromadzili się już sami wolontariusze, aby się ze sobą zapoznać – wszak co roku przybywają nowe osoby. Każdy z wolontariuszy przypisany jest do jednego programu (i tylko jednego), stąd raz w roku też okazja do spotkania różnych wolontariuszy z tego samego obszaru. Odbyły się też przemówienia różnych osób odpowiedzialnych i padały odpowiedzi na nurtujące pytania. Potem obowiązkowe krojenie ciasta 😉 oraz rozdanie wspomnianych wcześniej prezentów i (również obowiązkowy) lunch. Ogólnie dużo wrażeń i miły czas w pięknym miejscu, jakim jest Ol-Moran. Trochę zdjęć wrzuciłam na picasę.

A za tydzień powtórka 😉

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Mashujaa Day

odczyt wystąpienia prezydenta

Dziś w Kenii narodowe święto – Mashujaa Day, czyli dosłownie dzień bohaterów. W myśl nowej konstytucji to święto zastąpiło tzw. Kenyatta Day, czyli dzień na cześć pierwszego prezydenta i powinno być dniem pamięci o wszystkich bohaterach narodowych od polityków i działaczy społecznych po sportowców. Tegoroczne obchody przebiegały w cieniu prowadzonej od pięciu dni wojnie przeciwko somalijskiemu ugrupowaniu ekstremistów islamskich Al-Shabaab (rzekomo powiązanej z Al-Kaidą). Wojska kenijskie wkroczyły na teren Somalii w porozumieniu z rządem tymczasowym, popieranym przez ONZ. Jest to reakcja na wielokrotne ataki i porwania na granicy kenijsko-somalijskiej, między innymi głośna sprawa porwania francuskiej turystki na Lamu, o której śmierci poinformowano wczoraj.

niewiele tych ludzi...

Ja dziś, jak przeciętny Kenijczyk, zasiadłam rano przed telewizorem, żeby śledzić centralne obchody na stadionie Nyayo w Nairobi, których kulminacją było coroczne wystąpienie prezydenta na temat tego jak wspaniale rząd poradził sobie ze wszelkimi problemami ekonomicznymi, społecznymi i w ogóle wszystkimi jakie były w ciągu ostatniego roku 😉 Zapowiedział też jak wspaniale poradzi sobie ze wszystkimi jakie będą.

Po zakończeniu uroczystości wybrałam się z wizytą na stadion w Nyahururu, żeby wziąć udział w lokalnych obchodach dzisiejszego dnia. Niestety tam zastałam pustki i jedynie garstkę mieszkańców wysłuchujących, odczytywanego przez panią komisarz, przemówienia prezydenta. Okazało się, że wszystkie ciekawe wydarzenia lokalne, czyli wystąpienia artystyczne, mnie ominęły – jednak trzeba było wybrać się wcześniej…

W ramach mojego prywatnego świętowania, zajęłam się dziś doprowadzeniem do porządku moich sandałków, które wczoraj w opłakanym stanie wróciły z wizyty w terenie. Niestety nadal co jakiś czas doświadczamy tu ulewnych deszczy, przez co kilkukrotnie musieliśmy wypychać samochód z błota.

Prócz tego, zaświętowałam też kulinarnie, przygotowując sałatkę z tuńczyka, na którą składniki gromadziłam już od kilku dni w oczekiwaniu na majonez, który wraz z Allenem przyjechał z Nairobi. Udało się dostać wszystko od puszkowanej kukurydzy po całkiem europejski ser żółty. Niestety wszystko ma tu trochę inny niż wymagany smak, więc efekt nie był zachwycający… ale spróbowałam 😉

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Jeden komentarz

HIV/AIDS

Po leniwym weekendzie, tydzień też zaczął się rozkręcać bardzo powoli. Od dziś na dwa tygodnie pozostanę w departamencie HIV/AIDS, którego pełna nazwa brzmi Community Programme for HIV/AIDS, Alcohol and Drug  Abuse (program społeczny dla HIV/AIDS oraz uzależnień od alkoholu i narkotyków). Jest to jeden z najstarszych programów w st. Martin i do dziś często właśnie z nim kojarzą się ludziom z terenu pojazdy z charakterystycznym logo. Dopiero wdrażam się w struktury nowego działu, więc dziś dostałam do poczytania raporty z działalności… trochę nad nimi zasypiałam 😉

Program HIV/AIDS dzieli się na 7 dużych działów:

  • Awareness and Advocacy (świadomość i wsparcie) – dział zajmujący się profilaktyką i promocją badań wśród społeczeństwa
  • Community Care and Support for PLWHAs (skrót od People Living With HIV/AIDS – wsparcie dla ludzi żyjących z HIV/AIDS)
  • Community Care and support for Orphans (wsparcie dla sierot) – dział wsparcia dla sierot, które straciły rodziców w wyniku AIDS
  • VCT Component (skrót od Voluntary Counseling and Testing – zajmuje się bezpłatnymi poradami i testami na obecność wirusa)
  • Alcohol and Drug Abuse Component (nadużycie alkoholu i narkotyków) – dział wsparcia i prewencji dla uzależnionych
  • Capacity Building (dział szkoleń) – zajmuje się szkoleniami dla wolontariuszy w zakresie pomocy dla ludzi zarażonych
  • Networking and Collaboration (dział współpracy) – zajmuje się współpracą z instytucjami poza st. Martin, np. domy rehabilitacyjne, szpitale, przychodnie

Od jutra czekają mnie wizyty w terenie, więc mam nadzieję, że poznam działania programu w bardziej praktyczny sposób.

Poza tym dziś w Kenii wyjątkowy dzień, bo to dzień matur. We wczorajszych wiadomościach szeroko komentowany był problem telefonów komórkowych odpowiedzialnych za próby ściągania. Surowo zakazane jest ich używanie, a kto chciałby jakiś przemycić, będzie musiał liczyć się z jego zniszczeniem – dosłownie młotkiem (!), co zostało uroczyście zademonstrowane 😉

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | 2 komentarze

Laikipia

Dziś mój ostatni dzień w programie ANV. Przybliżę Wam kilka spraw z jakimi w ostatnich dniach się tu mierzyliśmy.

Miejscem działań programu jest głównie obszar Laikipia. Kiedyś były tu gęsto posadzone lasy, do momentu kiedy rząd nie postanowił załatwić jakichś swoich interesów i oddał te tereny pod władzę plemienia Kalenjin, które osiedlone jest głównie w okolicach jeziora Baringo, czyli za najbliższą górą. Kalenjin to hodowcy zwierząt, przeznaczyli więc nowe obszary na wypas. Z czasem jednak przybyło tu plemię Kikuju, które zaczęło masowo wykupować ziemie pod uprawy rolne, co jest dla nich charakterystyczne. Dziś Laikipia to miejsce gdzie przebywają ludzie z bardzo różnych plemion – m.in. jeszcze w dużej ilości Turkana i Samburu. Oczywiście taki stan powoduje wiele konfliktów.

Historia jednego z wolontariuszy opowiada o tym jak niedawno od Kikuju została skradziona koza. Kalenjin mieli wyznaczony termin, żeby kozę oddać. Nie oddali. Kikuju zebrali się i uradzili, że od tego czasu będzie całkowity zakaz komunikowania się z Kalenjin i wszelkie oznaki współpracy będą uznane za zdradę. Stan ten trwał bardzo długo. Pewnego dnia jednak lokalna policja aresztowała jednego Kalenjin i bardzo znęcali się nad nim w areszcie. Jego sąsiedzi, którzy wszyscy byli Kikuju, stwierdzili, że tak być nie może. Zebrali się w dużej liczbie i zaplanowali napaść na posterunek policji i uwolnienie sąsiada. Ludzie byli tak zdeterminowani, że nasz wolontariusz musiał dzwonić aż do Nairobi, by powstrzymać krwawe zamieszki przed komisariatem. Człowiek został zwolniony z aresztu. Kiedy Kalenjin dowiedzieli się o sprawie zostali głęboko poruszeni życzliwością sąsiadów. Zwołali spotkanie na szczycie z udziałem wodzów obu plemion i postanowili, że zbiorą środki i zwrócą skradzioną kozę. Od tej pory oba plemiona żyją w najlepszej zgodzie. Brzmi jak bajka, prawda?

Niestety gro spraw jakie przewijają się przez departament nie kończą się jak bajka… to gwałty i molestowania. Jest tego przerażająco dużo. Akty przemocy seksualnej są dokonywane przez wujków, znajomych, obcych ludzi… poruszyła mnie historia dziewczynki, która była gwałcona m.in. przez własnego ojca, który zaraził ją wirusem HIV. Dostał 50 lat więzienia. Dziewczynka ma ok 10 lat i jest przepiękna. Kiedy się uśmiecha, rozpromienia cały pokój. Gdy się na nią patrzy ma się ochotę udusić gołymi rękami człowieka, który odważył się zrobić jej krzywdę… a w jej oczach widać tylko przebaczenie.

Na szczęście dziewczynka nie jest w ciąży. Przypadki ciąż po gwałtach są tu czymś na porządku dziennym. Nikt nie mówi o aborcji. Wszyscy martwią się tylko o to, by dziewczyny skończyły szkołę. Dzieci wychowują dziadkowie, sąsiedzi… tu wszyscy są jedną wielką rodziną. Dzieci są błogosławieństwem – nawet te niby niechciane.

W tym wszystkim piękne jest jak działają wolontariusze przy mobilizacji społeczeństwa. Nad przypadkami rodzinnych tragedii obraduje cała wioska. Wspiera, pomaga, często ratuje życie swoim sąsiadom. St. Martin robi swoje – szkoli swoich wolontariuszy, pomaga w ciężkich przypadkach, czasami podejmuje się mediacji. Ale to ludzie sami chcą pomagać i dbać o pokój w swojej okolicy. Inspirujące!

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Co w biurze piszczy…

Życie afrykańskiej kobiety...

W office’ie departamentu Active Non-Violence dzień jak co dzień. Rano jedna z koleżanek pokazuje zdjęcia ze ślubu swojego brata – piękna uroczystość, bo Angela pochodzi z plemienia Samburu (plemię bratnie do Masajów), więc wszyscy wystrojeni w kolorowe stroje. Wszystko zaczyna się od zabicia byka przez pana młodego, który zostaje oporządzony, a jego mięso zaniesione do domu panny młodej. Później po rytualnych obrządkach i wypiciu byczej krwi, państwo młodzi udają się na Mszę, gdzie ślubu udziela katolicki ksiądz…

What do you think?

Po porannych rozmowach o 10:00 przynoszą herbatę – obowiązkowo cały ośrodek robi wtedy przerwę. Wszyscy wyjmują z kieszeni po 15 szylingów (ok 40 gr) i dają temu, którego akurat kolej, żeby wybierać się do najbliższego hotelu po mandazi do herbaty. Później część jedzie w teren, a część zostaje, żeby obsługiwać tych, którzy przychodzą z problemami. Na ścianie wisi 10 zasad aktywnego przeciwdziałania przemocy (tłumaczenie by efca):

1. Brak przemocy, to akt zaufania Bogu, który nie stosuje przemocy
2. Człowiek został stworzony by kochać i być kochanym
3. Brak przemocy to sposób na odzyskanie równowagi między dobrem i złem
4. Brak przemocy to duchowa podróż
5. Brak przemocy nie zakłada, że świat nie posługuje się przemocą
6. Brak przemocy traktuje obecność zła w świecie bardzo poważnie, taktuje jednak obecność dobra w świecie jeszcze poważniej
7. Brak przemocy zaczyna się od wzięcia odpowiedzialności za swój stan umysłu, swoje uczucia i swoje czyny
8. Brak przemocy to proces zakładający przebaczenie, skruchę i przemianę
9. Aktywny brak przemocy może być odpowiedzią na każdy poziom przemocy
10. Potrzebujemy wsparcia, aby zasady braku przemocy wprowadzić w życie

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Haki yetu kupiga kura!

Slogan, który w wolnym tłumaczeniu oznacza „Naszym prawem jest głosować”, wpisuje się bardzo w działalność departamentu praw człowieka, w którym spędzam czas już drugi tydzień. Tak więc w niedzielę zaraz po porannej Mszy wyruszyłam na kolejną wyprawę do stolicy, aby w polskiej ambasadzie spełnić swój obywatelski obowiązek. Komisję ucieszyło moje przybycie, bo byłam pierwsza na kenijskiej liście 😉

Prosto z ambasady udaliśmy się do Githurai – dzielnicy Nairobi cieszącej się bardzo złą sławą, w której sercu znajduje się warsztat dla samotnych matek, gdzie wyrabiana jest biżuteria m.in. wg specjalnej technologii przetwarzania starych gazet. Warsztat działa w ramach tzw
Fountain Youth Group. Cała ta wizyta za sprawą Michała, który na początku roku spędził tam 2 miesiące i przysłał mnie z prezentami i pozdrowieniami z Polski 🙂 Muszę przyznać, że bardzo ładne rzeczy robią, a Josephat odpowiedzialny za to dzieło zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, więc już zapowiedziałam wizytę na dłużej, kiedy będę znowu w Nairobi.

Reszta mojego weekendu minęła na przemiłych zabawach z małym Paulem – 1,5 rocznym synkiem Ruth (mojej znajomej sprzed dwóch lat). Pocieszny to i bardzo inteligentny dzieciaczek 🙂  Trochę więcej zdjęć już wkrótce…

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Molo

Paulette z Tatą

Jedną z wielu zalet mieszkania z moją kenijską rodziną, a nie domu gościnnym st. Martin, są okazje do uczestniczenia w prawdziwym życiu afrykańskim. Taka właśnie okazja nadarzyła się w tę sobotę, kiedy wraz z Allenem, jego mamą, dwoma wujkami i jeszcze innymi członkami rodziny udaliśmy się do Molo – jakieś 150 km od Nyahururu – na tzw. dzień odwiedzin w szkole, gdzie uczy się Paulette (kuzynka Allena). Jak się dowiedziałam, od jakiegoś czasu bardzo dużą popularnością w Kenii cieszą się szkoły z internatem. Obiegowa opinia głosi, że w takich szkołach uczniowie bardziej skupiają się na nauce niż kiedy mieszkają z rodzicami. Oczywiście za taką opinią szybko idzie podwyższenie poziomu w takich szkołach, stąd mają one bardzo dobre wyniki we wszelkich rankingach. Wśród nich występują różne rodzaje,

Uczennice

charakteryzujące się większą lub mniejszą wolnością swoich uczniów. Szkoła, którą odwiedzaliśmy (prowadzona przez Siostry) należy do jednych z najbardziej rygorystycznych. Raz w trymestrze odbywa się dzień odwiedzin i na tym kończy się kontakt dziewcząt z rodziną i osobami spoza szkoły. Stąd też w sobotę cały teren szkoły był szczelnie pokryty kocami piknikowymi, na których rodziny uczennic świętowały, zajadając się smakołykami przywiezionymi z domu.

Rok szkolny w Kenii jest zbieżny z rokiem kalendarzowym i podzielony jest na trymestry – luty do kwietnia, maj do lipca, wrzesień do listopada. W sierpniu jest przerwa miesięczna, natomiast na grudzień i styczeń dłuższa.

obowiązkowa misja i wizja 😉

Teraz trwamy w połowie ostatniego trymestru i zbliżają się wszelkie ważne egzaminy kończące podstawówkę i szkołę średnią, tak więc dużą popularnością cieszą się tzw. „success cards”, którymi warto obdarować wszystkich przed egzaminami 🙂

widać, że to jedna z lepszych szkół, bo prawie każda rodzina przyjechała samochodem...

Na miłym piknikowaniu minęła mi więc sobota, a już w niedzielę skoro świt wyjazd do Nairobi.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Active Non-Violence

Departament Active Non-Violence and Human Rights zajmuje się wszelkiego rodzaju przypadkami agresji we wspólnotach mieszkańców. Są to różne przypadki od wykorzystywania dzieci, po przemoc wobec kobiet i różnego rodzaju sporów rodzinnych czy sąsiedzkich. Ich małe biuro oklejone jest plakatami z obrazkami, przekonywujące o tym, że bicie swojej żony to przemoc, a nie normalna sprawa. Co ciekawe, skierowane są one zarówno do mężczyzn jak i do kobiet (niewyobrażalne dla mnie, że kobiety trzeba przekonywać, że mają prawo do tego, żeby nie być bite…). Biuro od rana pełne jest ludzi przychodzącymi ze swoimi sprawami. Wszystkie przypadki zapisywane są w jednej z trzech ksiąg: przemoc seksualna, przemoc w rodzinie i inne przypadki. Niestety z samych przypadków niewiele wiem, bo jak zwykle wszyscy posługują się językiem kikuju… Przeglądając jednak księgi, które prowadzone są po angielsku, zaskoczyło mnie jak wiele przypadków dotyczy tego, że mąż bierze sobie kolejną żonę i któraś jest zaniedbana lub nowe dzieci mają się lepiej niż poprzednie.

W pobliskich wioskach istnieją pewne samoistne struktury, które st. Martin wykorzystuje w celach przekazywania społecznościom swojej wiedzy. Są grupy starszyzny, grupy młodych, grupy gromadzące się wokół kościołów. 80% mieszkańców do jakiejś grupy należy, stąd najłatwiej dotrzeć do nich przez liderów. Są oni specjalnie szkoleni w zakresie praw obywatelskich, radzenia sobie z konfliktami, współpracy i wprowadzania pokoju. Jedno z takich szkoleń odbywa się w tym tygodniu w pobliskim ośrodku rekolekcyjnym w Tabor Hill. Jego uczestnikami jest ok 20 liderów z pobliskiej wioski Mairoinia. Dziś miałam przyjemność dołączyć do nich na dzień szkoleniowy. Było to dla mnie dość interesujące, będąc wieloletnim szkoleniowcem w stanie spoczynku 😉 Szkolenie było na całkiem wysokim poziomie – myślę, że nie powstydziłby się go przeciętny trener na agresywnym polskim rynku szkoleniowym. Tematem szkolenia jest rozwiązywanie konfliktów i dziś w zasadzie cały dzień minął na dyskusji dotyczącej ich przyczyn. Ciekawy był dla mnie bardzo szeroko rozwinięty wątek różnic plemiennych z szerokimi przykładami rytualnych mordów, zwyczajów traktowania kobiet czy po prostu niczym nie uzasadnionych niechęci plemion wobec siebie. Szczególnie istotne jest to wszystko w obliczu zbliżających się w przyszłym roku wyborów prezydenckich. Nikt nie chce by powtórzył się czarny scenariusz z 2007 roku, kiedy zamieszki powyborcze pochłonęły ok 800 ofiar śmiertelnych i wiele więcej rannych i dotkniętych psychicznie. Dużo też było mowy o tym jak w Afryce wiele osób pozwala na to, by ich prawa były zaniedbywane (padało wielokrotnie określenie „happy slaves”). Znaczną część programu zajęło opracowanie case’a dotyczącego wydarzeń z 1993 roku w Nigerii, kiedy nastąpiły spięcia między rządem, pewnym plemieniem nigeryjskim i firmą Shell wydobywającą tam ropę. Niestety poważną przeszkodą w dobrym skorzystaniu ze szkolenia była dla mnie jak zwykle bariera językowa. Materiały, slajdy i wszelkie wypiski flipchartowe były co prawda po angielsku, ale cała sfera mówiona odbywała się w swahili, więc rozumiałam tylko piąte przez dziesiąte… Ogólnie jednak dzień owocny 🙂

Jeszcze tydzień w ANV przede mną.

p.s. Dorzuciłam trochę nowych zdjęć na picasę z różnych aparatów mojej polskiej ekipy. Wydaje się, że to koniec zaległości, więc kolejne foty będą już na bieżąco.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Jedzonko

Z bólem serca niestety muszę przyznać, że jedzenie w Kenii wg mojej opinii jest… fatalne! Pamiętałam to już sprzed dwóch lat i w tej kwestii nic się nie zmieniło. Części naszej grupy nawet smakowało, więc zaczynam się zastanawiać czy to ja się nie robię wybredna na stare lata, ale wszak o gustach się nie dyskutuje.

Sztandarową kenijską potrawą jest mąka kukurydziana zmieszana z wodą, co zwie się ugali. Zwykle podawana jest z mięsem wołowym (które tu jest obrzydliwie twarde i żylaste!) oraz zielonym zielskiem o nazwie sukumawiki (od sukuma – pchać i wiki – tydzień, co daje nam popchnąć tydzień do przodu 😉 )Często zamiast zielska występuje też podgotowana kapusta (niektórzy wiedzą, że tego nie trawię ;)), a ugali może zastąpić ryż albo ziemniaki.

Z bardziej jadalnych rzeczy są moje ulubione chapati, czyli coś w rodzaju naleśników, ale bez jajek oraz mandazi, czyli trochę przypominające pączki, słodkie bułki smażone w głębokim tłuszczu.

Tutaj miałam przyjemność kosztować też dań charakterystycznych dla Kikuju, czyli gederi – potrawa z ziemniaków, mąki kukurydzianej, grochu i kukurydzy oraz mokimo, czyli właściwie coś bardzo podobnego, jedynie z ziemniakami tłuczonymi i zieloną mąką (jakiś dziwny wynalazek ;)).

Szczęście w nieszczęściu z takim jadłospisem, muszę przyznać, że Mama Allen gotuje fantastycznie. Nawet ugali w jej wykonaniu jestem w stanie spożyć i przechodzi mi przez gardło. Gotuje mięso z dużą ilością warzyw i ma do niego anielską cierpliwość.

Z napojów, jest tu tylko jeden jedyny słuszny, czyli herbata z mlekiem. Tutaj czarną herbatę bez dodatku mleka piją jedynie ludzie w skrajnej biedzie, których na mleko nie stać… no i dziwaczni mzungu 😉 Muszę się pochwalić, że umiem już przyrządzać całkiem niezłą „kenyan tea” i powoli zaczynam się do niej naprawdę przyzwyczajać. A to bardzo istotne, bo podczas standardowego dnia w SM wypija się co najmniej 3 kubki. Niestety nie tylko bawarka pozostała Kenijczykom po kolonizacji brytyjskiej, ale również smutne pieczywo toastowe, które ciężko spożyć bez dodatku masła orzechowego.

W każdym razie nie tracę ducha i jem co podadzą, a w skrajnej desperacji sięgam po znaną i lubianą potrawę o nazwie makaron z tuńczykiem (to chyba potrawa włoska ;)) Zrobiłam też zapasy rooibosa, herbaty zielonej oraz cytrynowej, dostępnych bez recepty w pobliskim supermarkecie 🙂

p.s. Na https://picasaweb.google.com/E.Bartosiewicz znajdziecie kilka zdjęć z zeszłotygodniowego wypadu do Nakuru oraz piątkowego spaceru po Naivashy, gdzie znajduje się tzw. chodzone safari 🙂 Reszta zdjęć czeka na przebranie…

p.p.s. Nowa oprawa graficzna z dedykacją dla mojej Mamy 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz