Jedną z wielu zalet mieszkania z moją kenijską rodziną, a nie domu gościnnym st. Martin, są okazje do uczestniczenia w prawdziwym życiu afrykańskim. Taka właśnie okazja nadarzyła się w tę sobotę, kiedy wraz z Allenem, jego mamą, dwoma wujkami i jeszcze innymi członkami rodziny udaliśmy się do Molo – jakieś 150 km od Nyahururu – na tzw. dzień odwiedzin w szkole, gdzie uczy się Paulette (kuzynka Allena). Jak się dowiedziałam, od jakiegoś czasu bardzo dużą popularnością w Kenii cieszą się szkoły z internatem. Obiegowa opinia głosi, że w takich szkołach uczniowie bardziej skupiają się na nauce niż kiedy mieszkają z rodzicami. Oczywiście za taką opinią szybko idzie podwyższenie poziomu w takich szkołach, stąd mają one bardzo dobre wyniki we wszelkich rankingach. Wśród nich występują różne rodzaje,
charakteryzujące się większą lub mniejszą wolnością swoich uczniów. Szkoła, którą odwiedzaliśmy (prowadzona przez Siostry) należy do jednych z najbardziej rygorystycznych. Raz w trymestrze odbywa się dzień odwiedzin i na tym kończy się kontakt dziewcząt z rodziną i osobami spoza szkoły. Stąd też w sobotę cały teren szkoły był szczelnie pokryty kocami piknikowymi, na których rodziny uczennic świętowały, zajadając się smakołykami przywiezionymi z domu.
Rok szkolny w Kenii jest zbieżny z rokiem kalendarzowym i podzielony jest na trymestry – luty do kwietnia, maj do lipca, wrzesień do listopada. W sierpniu jest przerwa miesięczna, natomiast na grudzień i styczeń dłuższa.
Teraz trwamy w połowie ostatniego trymestru i zbliżają się wszelkie ważne egzaminy kończące podstawówkę i szkołę średnią, tak więc dużą popularnością cieszą się tzw. „success cards”, którymi warto obdarować wszystkich przed egzaminami 🙂
Na miłym piknikowaniu minęła mi więc sobota, a już w niedzielę skoro świt wyjazd do Nairobi.




