Świętowanie życia Gladys Nduta Wachira

Miała 34 lata, była nauczycielką, matką małego Alexa, śpiewała w chórze swojego kościoła PCEA, miała pięcioro rodzeństwa – w tym siostrę Hildę, moją koleżankę z SM. Przez dłuższy czas przebywałam chora w szpitalu w Nyahururu. O poranku 13 listopada 2011 odeszła do Pana… to fragment życiorysu z małej książeczki, którą każdy dostał do ręki wchodząc na nabożeństwo pogrzebowe. Prócz tego można było w niej wyczytać program uroczystości, pieśni jakie będą śpiewane oraz hołd napisany przez rodzinę i przyjaciół.

Od pierwszych minut było inaczej niż u nas. Uroczystości rozpoczęły się od… sesji zdjęciowej przy trumnie. Wyczytywane były kolejne grupy do zdjęcia – najbliższa rodzina, dalsza rodzina, kuzyni, ciotki, przyjaciele… ja wpasowałam się w znajomych Hildy z pracy (niestety zdjęcie nie bardzo wyszło, bo wszyscy fotografowie ustawili się przy trumnie…).

Po zdjęciach rozpoczęło się nabożeństwo w Presbiterian Church of East Africa. Pomiędzy modłami charyzmatycznego pastora (których niestety nie rozumiałam) następowały kolejne występy chóru, nauczycieli z niedzielnej szkoły, dzieci ze szkoły Alexa…

Pierwszy raz widziałam jak rodzina i przyjaciele tańczą wokół trumny zmarłego… Różne grupy przygotowały też przemówienia. Nauczycielka ze szkoły przeczytała: „kochana Gladys, czy na pewno zdążyliśmy ci podziękować za to jak dobrze byłaś z nami? czy zdążyliśmy podziękować za twój uśmiech, który wszystkim dawał nadzieję? czy zdążyliśmy podziękować za twoją pomocną dłoń, której nie żałowałaś mimo choroby? dziś ci dziękujemy”.

Rodzina dostała pamiątkę z uroczystości i całe mnóstwo zgromadzonych gości wyruszyło w stronę domu rodzinnego Gladys, gdzie miał dokonać się pochówek (podobno w Kenii istnieją cmentarze, ale przyznam, że żadnego jeszcze nie widziałam) Za domem na małym poletku kukurydzy przygotowany był już wykopany dół. Nauczycielki przeniosły trumnę (pierwszy raz widziałam żeby robiły to kobiety), która wspólnymi siłami została wsunięta na miejsce swojego wiecznego spoczynku.

Potem odbyły się dwa obrzędy gdzie pastor wyczytywał kolejne grupy. Najpierw każdy miał okazję wrzucić do grobu trochę ziemi – niektórzy symbolicznie ręką, a niektórzy bardziej hojnie – łopatą, do momentu aż grób został całkowicie usypany. Drugim obrzędem było umieszczanie na grobie róż, które wkrótce pięknie udekorowały miejsce pochówku. Wszystko to odbywało się przy śpiewach, które zupełnie nie przypominały naszego pogrzebowego zawodzenia. Goście wyśpiewywali chwałę Panu Bogu, grając na bębenku i klaszcząc.

Na koniec oczywiście każdy mógł się posilić – nie ma uroczystości bez jedzenia! I tak ok 16:00, kiedy udawałam się do domu, wcale nie wyglądało jakoby miała się wkrótce zakończyć ta okoliczność trwająca od 10:00…

Trudno było tego dnia nie poczuć, że prawdziwie świętowaliśmy życie Gladys, a nie opłakiwaliśmy jej śmierć. Skoro takim była dobrym człowiekiem i tyle radości przyniosła na świat, to jakże nie dziękować Bogu za taki dar życia. Skoro teraz udawała się do lepszego świata, by spędzić wieczność z kochającym Bogiem, to jakże nie cieszyć się z tak pięknej chwili. Oczywiście były i łzy, bo ktoś stracił kogoś bliskiego, ale trudno było wśród tych łez nie dostrzec wiecznej radości.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Z wizytą w st. Rose

Mary (z przodu) i Apokot

Dziś po raz pierwszy na dłużej odwiedziłam ośrodek st. Rose, czyli dom dla dziewczynek ulicy. Tak naprawdę to nie z ulicy, ale raczej z rodzin, które nie potrafią się nimi zająć – często to ofiary gwałtów i przemocy rodzinnej. Nie wiem czemu nie zanotowałam tego wcześniej, ale dziewczynek jest tylko 4. Każda z nich zupełnie inna, ale wszystkie potrafiące się pięknie uśmiechać.

Mnie najbardziej urzekła Mary, która jest naprawdę piękna i radosna. Kiedy dotarłam rano do ośrodka, trwała lekcja matematyki. Mary zadziwiła mnie swoją bystrością, mimo, że wygląda na najmłodszą spośród domowniczek. Jej historia jest dosyć smutna, bo jej matka oskarża jej ojca o molestowanie, więc dziewczynka jest w ośrodku dopóki trwa proces. Badania lekarskie jednak niczego nie potwierdziły, więc wygląda na to, że matka po prostu chciała pozbyć się jej z domu i przy okazji wymusić jakieś pieniądze od ojca… Tragiczna historia jak się widzi tą uśmiechniętą istotę – kto by mógł nie chcieć takiego dziecka!

Wracając do lekcji matematyki… poziom każdej z dziewczynek jest zupełnie inny, więc w zasadzie odbywa się indywidualne nauczanie. Apokot np. nie umie w ogóle pisać, więc zastałam ją na kopiowaniu cyferek, co przychodziło jej z trudem, Mary dodawała po kilka liczb, Maggie próbowała mnożyć, a Eliza nadal dodawała jednocyfrówki.

Dziewczynki po lekcji przygotowały obiad. Był naprawdę całkiem smaczny. Jedna z nauczycielek opowiadała, że kiedy Eliza przyjechała do ośrodka, nie umiała zrobić nic – nawet samodzielnie się ubrać. Dziś świetnie sobie radzi i jest najlepszą kucharką w ośrodku. Serce się cieszy, kiedy się słyszy takie opowieści! Po obiedzie przyszedł czas na kolejną lekcję, która składała się z konkursu śpiewania i tańczenia 😉 Niestety jak na złość nie mogłam sobie przypomnieć żadnej angielskiej piosenki, więc stanęło na „taki mały taki duży”, co wyszło mi raczej kulawo, ale jako gość i tak wygrałam konkurs 😉

Dzień ogólnie sympatyczny, ale chyba jednak jeden wystarczy. Co jutro, zobaczymy.

Na koniec dodatek muzyczny. Mary zwana jest przez niektórych pieszczotliwie Merimella na cześć piosenki, która zdecydowanie mnie prześladuje, bo mam wrażenie, że słychać ją z głośników każdego przejeżdżającego motoru 😉

[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=UJxGohCjCRI]

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Court Users Open Day

Nie wiem czy kiedykolwiek słyszałam wcześniej o czymś takim jak dzień otwarty użytkowników sądu. Rzeczywiście okazało się, że nie jest to dzień kiedy można tylko pozwiedzać sąd i spotkać się z prawnikami, ale przede wszystkim wielki festyn, gdzie swoje stoiska mają wszelkie organizacje mające cokolwiek wspólnego z sądem.

Z tej właśnie przyczyny swoje stoisko na piątkowym Dniu Otwartym miało również st. Martin pod przewodnictwem Departamentu Praw Człowieka. Moja rola w tym dniu była raczej drugorzędna, bo pomagałam PRowi w przygotowaniu stoiska do sprzedaży. Dzień jednak okazał się ciekawy.

szycha przy naszym stoisku

Wśród stoisk, jakie można było odwiedzić były m.in. policja, więzienie dla kobiet i mężczyzn, lasy państwowe, fundacje ekologiczne, organizacja obrony praw dziecka czy różne organizacje pozarządowe. Każde stoisko próbowało zaprezentować się z jak najciekawszej strony, pokazując oryginalne stroje czy np. wyroby pracy więźniów. Był też zaproszony gość honorowy – przedstawiciel sądu najwyższego w Nakuru i muszę przyznać, że traktowany był jak poważna szycha 😉

sadzenie drzew

Oprócz zwiedzania stoisk przygotowany był bardzo bogaty program artystyczny, gdzie szkoły, zespoły i specjalne grupy artystyczne prezentowały scenki lub piosenki związane z kwestiami prawnymi. Całość uroczystości zaczęła się od przemarszu z sądu do siedziby policji i obrzędem sadzenia drzew przez różne ważne persony pod nowo-budowanym budynkiem aresztu dla dzieci (podobno poważnym problemem procesu prawnego jest mieszanie aresztowanych dorosłych i dzieci). Po powrocie gość odwiedził wszystkie stoiska i zasiadł w specjalnym namiocie by podziwiać program artystyczny.

Ciekawym punktem programu były dla mnie występy kobiet z więzienia. Radość jaką widać było u nich zupełnie nie pasowała mi do wizji kobiety zamkniętej w więzieniu. Tańczyły, śpiewały i brały udział w scenkach, które dotyczyły życia więziennego. Z podziwem patrzyłam na niesamowity dystans jaki miały do siebie i do prawnego świata. Dużym też uznaniem wśród publiczności cieszyła się para klaunów (przynajmniej tak ich odebrałam ;)) – w kenijskim wydaniu dwie postacie wymazane białym kremem i przebrane za babcie.

Jak zwykle po więcej zdjęć (tym razem pokaźna kolekcja) zapraszam na picasę.

Weekend minął mi za to na zabawach z dziećmi. W sobotę wybrałam się w końcu z wizytą do Talitha-Kum, a dziś odwiedziłam Rehab, gdzie odbywał się mecz w piłkę nożną T-K kontra chłopaki z ulicy.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Ewangelia naszego życia

Termin ten jest powszechnie stosowany w SM. Prawie tak samo ważne jak Ewangelie opisane przez Apostołów są historie każdego z nas, jeśli potrafimy dostrzec w nich działalność Jezusa. Stąd tak istotne jest tutaj dzielenie. W każdy wtorek jest okazja do tego, żeby na wspólnym spotkaniu opowiedzieć swoją historię.

Wzruszyło mnie świadectwo Michael’a. To Amerykanin, który mieszka w Effathie i jest tu głównie po to, żeby… pisać książki. W styczniu kiedy przyjeżdżał, plan był bardzo ambitny – w ciągu roku miało powstać 10 pozycji! Mamy listopad i dopiero co przyjechały świeże, ciepłe jeszcze egzemplarze drugiej książki. Pierwsza książka to opowieść o dzieciach z Talitha-Kum. Ostatnia to zbiór listów na temat edukacji, który powstał przy współpracy setek wolontariuszy, nauczycieli, dzieci ulicy i pracowników St Martin.

Wczoraj Michael opowiadał o swoim doświadczeniu jeszcze z USA. Od dawna pracował tam z bezdomnymi i miał pomysł, żeby spędzić jakiś czas na ulicy – po to by bardziej zrozumieć jak może czuć się człowiek nie mający domu. Początkowo planował miesiąc, ale mama przekonała go, że nie spałaby tyle czasu i tydzień wystarczy w zupełności. Michael poradził się swojego znajomego bezdomnego co powinien robić, przez jakiś czas się nie mył i wyruszył do oddalonego miasta, żeby rozpocząć swoje doświadczenie.

Pierwsze co zauważył, to że ludzie się go boją. Kobiety chwytały za swoje torebki, brały dzieci na ręce, przechodziły na drugą stronę ulicy… inni się litowali – dawali coś do jedzenia patrząc na żałosnego młodego człowieka który nie poradził sobie w życiu. Wszyscy dookoła traktowali go jak bestię, więc coraz bardziej zaczynał ją przypominać. Rodziła się w nim złość, zrezygnowanie, zazdrość i powoli wściekłość. Pewnego razu ledwo powstrzymał się od rzucenia kamieniem w szybę samochodu, którego kierowca popatrzył na niego z obrzydzeniem,

Po pewnym czasie Michael odkrył system wydawania posiłków – każdego dnia szło się do innego kościoła, gdzie można było dostać coś do jedzenia. W każdym było podobnie. Albo ludzie się bali i prawie rzucając kromką chleba uciekali czem prędzej, albo patrzyli z politowaniem. Była tylko jedna kobieta, która się wyróżniała. Była przy wydawaniu posiłków, ale nie rozdawała jedzenia. Przechadzała się jedynie wśród długiej kolejki bezdomnych, podając każdemu rękę i pytając jak się ma. Michael opowiadał, że kiedy podeszła do niego, poczuł coś, czego nie poczuł przez cały tydzień – zobaczył spojrzenie pełne szacunku dla człowieka który jest po prostu człowiekiem, spojrzenie które nie ocenia, ale kocha. Jezusowe spojrzenie w oczach tej obcej kobiety.

W niedzielę przeczytamy: „Byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.” A może: „Byłem bezdomnym, a nie spojrzeliście na Mnie jak na człowieka”?…

Piszę do Was tę historię chyba głównie dlatego, że osadzona w naszych realiach. To już nie anonimowe murzyńskie dziecko, które w dalekim świecie nie może iść do szkoły. To opowieść o bezdomnym z Dworca Centralnego. Dlatego i mnie dotyka bardziej…

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Patriotycznie

Punktem kulminacyjnym obchodów dzisiejszego Dnia Niepodległości było pieczenie ciasta marchewkowego – może nie wybitnie polskie to ciasto, ale jedyne jakie umiem dobrze zrobić 😉 Niestety imbir okazał się marnym zastępnikiem cukru pudru, ale jako tako efekt jest. Myślę, że każdy patriota będzie w stanie rozszyfrować hieroglify.

Tymczasem na moim domku w Nyahururu zawisła ogromna polska flaga, którą Allen miał jeszcze sprzed dwóch lat (kto by pomyślał!), co nadało odpowiednich barw wieczorowi w tym szczególnym dniu.

Ranek był zdecydowanie mniej patriotyczny, ale za to bardzo pracowity, bo trwały intensywne przygotowania do największego święta w st. Martin – obchodów wspomnienia św. Marcina. Tak więc 11:11 11.11.11 zastała mnie przy zmywaniu naczyń przed jutrzejszymi uroczystościami…

Pozdrawiam Was serdecznie – dziś w szczególnej łączności 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Uczta dla duszy

Środowa Msza w Effath’ie to zawsze uczta dla duszy. O. Gabriele ma bardzo szczególny dar do mówienia. Komentarz do Ewangelii z najbliższej niedzieli jest zawsze bardzo krótki, kilku-zdaniowy… trafia jednak prosto do serca i napełnia nadzieją.

Wszystko jest miłością. O czymkolwiek byśmy nie mówili. Oliwa do lamp dziesięciu dziewic, to miłość – jedyne co nam potrzebne na spotkanie z Bogiem. Talenty powierzone sługom to nic innego jak miłość, którą mamy się dzielić – im więcej dajemy tym więcej dostajemy w zamian. Kiedy jednak zatrzymamy ją dla siebie, umiera.

A skąd mamy czerpać miłość? Kim są Ci, od których nieroztropne panny miały nabyć oliwy? Kim są bankierzy, którzy pomnażają talenty? Odpowiedź jest zaskakująco prosta – to biedni, opuszczeni, chorzy, zagubieni, cierpiący… to będąc z nimi dostajemy miłość i siłę. To oni pomnażają w nas zapasy miłości – dostajemy z powrotem to co im daliśmy wraz z ogromnym nadmiarem.

Wydaje się to takie proste, kiedy się patrzy na Washukę, która podbiega do Ojca śliniąc go i pociągając za jego stułę. W tym czasie Musa głośno się śmieje i klaszcze, a Mary, choć nie może ruszyć żadną częścią swojego ciała, patrzy z szerokim uśmiechem na bieg wydarzeń.

Prawdziwa Jezusowa uczta.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Weekend w Mombasie

Ile razy zdarzy mi się wyjechać z mojej wioski i słyszę pytanie: „How is Nyahururu?”, pierwsza odpowiedź jaka przychodzi do głowy, to „Cold”. Taki urok tego miejsca, że jest po prostu zimno… popołudniami ostatnio prawie codziennie pada – wtedy robi się jeszcze zimniej i błota wszędzie mnóstwo. Dla odmiany ostatnie 3 dni spędziłam w Mombasie, gdzie jest niemiłosiernie gorąco. Wilgotność powietrza jest taka, że człowiek od razu jest spocony i ma ochotę na zimny prysznic. Zdążyłam zatęsknić za moim zimnym Nyahururu 😉

Fort Jesus

Weekend MAGISowy był bardzo udany. (dla niewtajemniczonych – „magis” oznacza „więcej” i jest typową nazwą dla wielu różnych aktywności prowadzonych przez jezuitów dla młodych ludzi. tym razem chodzi o spotkanie wyjazdowe kenijskiej wspólnoty studenckiej, które opiera się głównie na modlitwie, dzieleniu się swoim życiem oraz próbie wspólnego szukania Boga w różnych okolicznościach) Miło było spotkać kilka osób, których nie widziałam od poprzedniej wizyty w Kenii w 2009. Sam program ciekawy pod wieloma względami, a miejsce w którym byliśmy, naprawdę piękne. Podróż zajęła mi długo, bo wyruszyłam w czwartek zaraz po lunchu, a w Mombasie byłam w piątek o 6:00 rano. Zapowiadało się dużo zwiedzania, bo mieliśmy cały dzień do rozpoczęcia programu o 17:00, ale jak to po afrykańsku (a na wybrzeżu jeszcze bardziej) – pole pole, nie spieszy nam się wcale… tak więc na miasto ruszyliśmy ok południa zwiedzić tzw. Fort Jesus, zbudowany w XVI w. przez Portugalczyków i wpisany w tym roku na listę UNESCO. Nasz przewodnik całkiem ciekawie opowiadał, więc nie płakałam nawet bardzo, że zapłaciłam za wstęp 8 razy więcej niż Kenijczycy…

Po tym krótkim zwiedzaniu i lunchu mieliśmy niby całe popołudnie, żeby się zebrać i wyruszyć promem na drugą stronę Mombasy, ale zupełnie nie zdziwił mnie fakt, że dotarliśmy tam po 19:00. Było już ciemno, gdy próbowaliśmy trafić do Dioni Forest Lodge, ośrodka położonego malowniczo w środku lasu, gdzie roiło się od fajnych małpek i małych zielono-żółtych gekonów (korciło mnie, żeby spakować jakiegoś do plecaka dla Piotrka ;))

wizyta w sierocińcu

W programie prócz modlitwy, Mszy i typowego dla magisu dzielenia (tzw. magis circle), znalazły się też dwa wyjścia – jedno do lokalnego sierocińca, gdzie mieliśmy okazję nieco pomóc i pobawić się z dziećmi oraz oczekiwana wyprawa na plażę. Co ciekawe, dla większości trudniejszym doświadczeniem okazało się to drugie, bo nigdy nie byli wcześniej na wybrzeżu i pierwszy raz próbowali pływać. Dla mnie za to trudnością okazało się patrzenie na mnóstwo białych turystów przechadzających się po plaży i leżących na leżaczkach w hotelach ze znakami „wstęp wyłącznie dla gości hotelowych”, wokół których kręcili się sprzedawcy muszli, chust i koralików… jakoś to nie mój świat…

stoisko z chustami na plaży

Ogólnie łatwo nie było – będąc jedyną białą w towarzystwie trudno nie czuć się wiecznie obserwowanym i ocenianym. Ciężko kiedy nie zna się zabaw, nie rozumie się rozmów i nie umie się po afrykańsku zatańczyć. Dużo jednak życzliwości mnie spotkało i gościnności. Odkryłam też ile dobra może wyniknąć z tego, że nie ja będę dawać coś innym, ale pozwolę sobie na to, żeby ktoś mógł dać coś mi – czasem potłumaczy, czasem wytłumaczy, czasem się zainteresuje i zapyta jak się mam. Jak często nie doceniam tego, że umiejętność przyjmowania też jest wielką łaską.

Salon 😉

Wieczorem bawiłam się dobrze na ognisku, gdzie każda z grup, na jakie byliśmy podzieleni, przygotowała krótki program artystyczny. W niedzielę nieco zwiedzania, trochę konferencji, chipsy z kassawy, sok z młodych kokosów i wizyta w moim prywatnym salonie fryzjerskim – teraz od razu czuję się bardziej afrykańsko 😉

I tak koniec weekendu i powrót z paczką kokosów do zimnego biura. To jednak już moje zimne biuro i bardzo je lubię 🙂 Zdjęcia jak zwykle dostępne na picasie.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Plany, plany, plany…

Wczoraj był dziwny dzień. Podczas gdy na Okęciu lądował kapitan Wrona, ja czekałam w strugach deszczu na transport do domu, czytając artykuł w kenijskim Daily Nation o kradzieży studzienek kanalizacyjnych w Łodzi… Zaiste dziwny dzień. Może po to, by przypomnieć, że święci byli ludźmi z krwi i kości. Czasami całym sercem robili to co zostało im powierzone w codziennych obowiązkach… a czasami po prostu mokli na deszczu…

Ja dziś kolejny dzień w Departamencie PRowym. Wiele nie ma tu co opisywać, bo to dział zajmujący się przyjmowaniem zagranicznych i krajowych gości, przygotowywaniem materiałów o Saint Martin i dbaniem o szeroko pojętą współpracę z innymi organizacjami. Ja znalazłam się tu na dwa tygodnie wyjątkowo za sprawą tego w czym teoretycznie powinnam się odnajdować, czyli komputerów 😉 Robię dla nich małą bazę danych gości, żeby mieli w jednym miejscu informacje o odwiedzających. Żebyście nie myśleli, że w tym czasie nie czekają mnie żadne wyzwania, powiem, że zdecydowałam się bazę zrobić zgodnie z ich życzeniem w Accessie 😉

W międzyczasie pojawiły się nowe propozycje i zaczął się klarować plan na to co dalej. Z planów na przyszłość najbliższą – jutro zaraz po pracy pakuję plecak i udaję się do Nairobi, a potem nocnym autobusem do Mombasy na weekend z tutejszym Magisem. Spodziewajcie się obszernej relacji z tego wydarzenia w okolicach wtorku.

Co do dalszej przyszłości, nadeszły w końcu dobre wieści z Nairobi, że będę mogła na czas jednego trymestru zostać panią nauczycielką 🙂 Szkoła st. Aloysius  to liceum założone przez jezuitów dla młodzieży ze slumsów Kibera, których nie stać na edukację. Mają dla mnie całkiem sporo propozycji, w tym uczenie informatyki (cokolwiek to znaczy w takiej szkole ;)) Wygląda więc na to, że będzie to zupełnie inny czas niż w SM, kiedy będzie dużo okazji, żeby dawać i się dzielić. Start 4 stycznia!

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Modlitwa o dobry dzień w pracy

Piękna modlitwa znaleziona w jednym z biur Saint Martin. Tego mi było trzeba przez wiele lat!

Boże, daj mi dzisiejszego dnia:
energię potrzebną do zmierzenia się z moją pracą,
wytrwałość potrzebną do tego, żeby wykonywać ją dobrze,
samodyscyplinę, która pomoże mi pracować ciężko:

     nawet jeśli nikt mojej pracy nie zobaczy
     nawet jeśli nikt mojej pracy nie pochwali
     nawet jeśli nikt mojej pracy nie uszanuje

samodyscyplinę, która pozwoli mi wyprodukować wszystko najlepiej jak potrafię
uprzejmość, która pozwoli, że będzie ze mną łatwo żyć i pracować

Pomóż mi dzisiejszego dnia być otuchą dla smutnych
Pomóż mi dzisiejszego dnia być przyjacielem dla samotnych
Pomóż mi dzisiejszego dnia zachęcić tych, którzy są zniechęceni
Pomóż mi dzisiejszego dnia pomóc tym, którzy są w potrzebie
Pomóż mi dzisiejszego dnia wzmocnić tych, którzy są słabi

Niech Twój Święty Duch doda mi
sił i odwagi
przez Chrystusa Pana naszego
AMEN

Dobrego tygodnia pracy! Choć ten wyjątkowo krótki 😉

W bonusie zupełnie przypadkiem znalezione nagranie z kawałka Mszy w moim kościele – enjoy! 🙂

 

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, modlitwa | 11 komentarzy

Kościół a AIDS

Dziś mój ostatni dzień w departamencie HIV/AIDS. Już na samym początku siedząc w biurze, przysłuchiwałam się rozmowie na temat, który przez całe dwa tygodnie pojawił się tylko raz – na temat prezerwatyw, abstynencji seksualnej i wierności. Zapytałam wtedy co afrykański Kościół na to wszystko i ku mojemu zdziwieniu odpowiedź brzmiała: nic, Kościół nie zajmuje się takimi sprawami. Mając na uwadze jak bardzo nasz Kościół w Polsce jednak zajmuje się takimi sprawami, postanowiłam zgłębić temat i wypożyczyłam z biblioteki dwie książki: „Życie z nadzieją – Kościoły Afrykańskie i HIV/AIDS” oraz „AIDS i Kościół w Afryce” (ta autorstwa jezuitów).

To co było przede wszystkim myślą przewodnią obu książek, to odpowiedź Kościoła na AIDS jako troska o osoby już zarażone. Na początku lat ’80 kiedy problem HIV zaczął stawać się znany światu, reakcja Kościoła była czymś zupełnie nie do przyjęcia. Ludzie żyjący z wirusem zostali potraktowani jak grzesznicy niegodni być częścią świętego Kościoła (jakie to nie Jezusowe do granic możliwości!). Sama natomiast epidemia przez niektórych traktowana była jako karę za grzeszność całych pokoleń – ci przekonani byli, że wszyscy wkrótce pomrzemy. Inni natomiast w przeciwnym duchu próbowali wypierać sytuację ze swojej świadomości – powstał nawet obiegowy akronim American Idea to Discourage Sex (amerykański pomysł na zniechęcenie do seksu).

Ku mojemu jednak zdziwieniu tak mało było – i wciąż jest – mowy na temat tego jak zapobiegać. Mam wrażenie, że dużo tu pomylenia i mijania się z tym co istotne. Albo kościół surowo podkreśla używanie prezerwatyw jako najbardziej śmiertelny grzech i tym samym powoduje jeszcze większą tragedię rozprzestrzeniania się choroby, albo nie mówi o tym wcale i prowokuje postawy, w których ludzie uważają za moralny każdy rodzaj aktywności seksualnej jeśli tylko mają ze sobą prezerwatywę… tylko nikt jakoś nie mówi o wg mnie najistotniejszym, czyli o wierności i nieodłącznym powiązaniu seksualności z miłością i małżeństwem!

We wspomnianej wyżej rozmowie pojawił się właśnie taki wątek w kontekście Ugandy. Dopóki polityką nadrzędną wobec AIDS było promowanie wierności, statystyki zaczęły się diametralnie poprawiać. Kiedy jednak promowane zaczęły być prezerwatywy, okazało się, że sytuacja znowu się pogarsza, bowiem ludzie wrócili do rozwiązłości, a same prezerwatywy nie wystarczą żeby chronić przed HIV – wszak jeszcze trzeba umieć ich używać, muszą być odpowiednio przechowywane, być dobrej jakości…

Jezuici wypowiadają się w podobnym tonie. Biskup Maurice E. Piat pisze tak: „Prezerwatywa w najlepszym razie będzie marnym półśrodkiem, wątpliwym środkiem kontroli szkód, ale w żaden sposób nie rozwiązuje ona problemu u samego źródła. Zrobilibyśmy wiele więcej inwestując nasz czas w rozwój pedagogicznych środków promocji zmiany postaw w kierunku abstynencji seksualnej przed ślubem i wierności w małżeństwie”.

To jednak wszystko jakby na marginesie głównego wątku obecnego bardzo mocno na wszystkich forach gdzie poruszany jest temat AIDS – zaakceptowania i pokochania tych, którzy bez względu na okoliczności noszą w sobie śmiertelnego wirusa.

Ezra Chitando pisze tak: „Surowość teologiczna jest odpowiedzialna za wolne tempo, z jakim kościół afrykański zbliżał się do pierwszej linii walki przeciwko AIDS. Podczas gdy kościół trwonił cenny czas na, przykładowo, debatę o moralności prezerwatyw, ludzie tracili życie. Podczas gdy przedstawiał HIV jako Bożą karę za grzechy dla bezbożnego pokolenia, doprowadził część z nas żyjących z AIDS prosto na cmentarz. Podczas gdy komponował coraz to nowe marsze pogrzebowe, zdusił życie w tych, którzy mogliby jeszcze trochę pociągnąć. Kiedy niektórzy gorliwi głosiciele wyszydzali ludzi z AIDS, tym samym odizolowali ich od bycia dziedzicami Izraela”

Jak wszystkiemu temu przyglądam się z boku, to mam wrażenie, że przed Afryką jeszcze daleka droga do społeczeństwa wolnego od HIV. Jeśli wciąż trudno im pogodzić się z tak oczywistą rzeczą jak dbałość o chorych, to kiedy poradzą sobie z tak bardzo nieoczywistą rzeczą jaką jest profilaktyka…

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz