Bóg się rodzi na ulicy

Młodzież ulic Nyahururu

Wieczór wigilijny. Na skraju parku w Nyahururu pali się ognisko (tylko nie wyobrażajcie sobie kuligowych klimatów – jest 20st ;)) Zaraz obok rozlewnia piwa i kilka małych sklepików. Wokół ognia siedzą ludzie, do których nie podeszlibyśmy w ciemnym zaułku. Są brudni, obdarci, większość na środkach odurzających. Przypominają naszych bezdomnych, ale są w większości młodsi ode mnie. Nie mają domu, nie mają rodziny, nie czekają na święta i prezenty pod choinką. Nie mają absolutnie niczego prócz swojej godności i wolności.

Za ogniskiem ołtarz zbity z kilku starych desek, ksiądz siedzący na kamieniu. Ktoś bardziej pijany zaczyna się wydzierać – od razu podbiega do niego dwóch innych, tłumacząc, że ma być cicho, bo dzieją się ważne rzeczy. Na Podniesieniu słychać dobiegające odgłosy ostatnich przedświątecznych zakupów… prawdziwe zgorszenie dla ultra-konserwatystów…

Młodzież ulicy czuje się bardzo dumna, że to dziś oni mogą nas gościć na wieczerzy. Z radością rozdają nam świeczki, które zapalimy na początku Mszy. Dziś to ich dzień. Bóg schodzi z wysokości śnieżnobiałych ołtarzy i suto zastawionych stołów świątecznych – dokładnie tak jak dwadzieścia wieków temu, postanawia urodzić się na ulicy.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

U progu Bożych Narodzin

Spieszę Wam donieść, że w moim miasteczku pojawiły się pierwsze oznaki Bożonarodzeniowego świętowania w postaci wielkiej gwiazdy na kościele oraz przeuroczej (jak dla mnie) szopki, która najwyraźniej jeszcze nie skończona, ale w swoim wystroju zawiera masajskie chatki, palmy i w tle krajobraz z Mt. Kenya 🙂

Poza tym w supermarkecie słyszałam dziś jakieś świąteczne piosenki, więc to mnie utwierdza w przekonaniu, że jednak jutro jest wigilia, a nie środek lata, na co wskazywałby upał, który robi się coraz większy.

Ja się powoli przygotowuję do skromnej wieczerzy wigilijnej, na którą zamierzam przygotować rybę po grecku (i będę próbowała wytłumaczyć, że to polska potrawa ;)) Mam też opłatki, świecę, Pismo Święte, sianko, więc całkiem nie najgorzej. Tych zaś, których mi zabraknie przy wigilijnym stole, będę miała bardzo mocno w sercu!

Wam wszystkim życzę niesamowitej radości z Bożego przychodzenia do Waszych serc oraz chęci niesienia tego światła tym, którzy są obok Was. Niech obudzi się w Was duch Bożego Narodzenia, o którym pisała Matka Teresa w jednych z najsłynniejszych swoich słów…

Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata
i wyciągasz do niego ręce,
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać,
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad,
które jak żelazna obręcz uciskają ludzi
w ich samotności,
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei „więźniom”,
tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego,
moralnego i duchowego ubóstwa,
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze,
jak bardzo znikome są twoje możliwości
i jak wielka jest twoja słabość,
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg
pokochał innych przez ciebie,

Zawsze wtedy,
jest Boże Narodzenie.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Z dwóch stron o prawie

podczas Dnia Otwartego Sądów

podczas Dni Otwartych Sądów

Chcę Wam dziś napisać o dwóch wydarzeniach z ostatnich tygodni.

Pierwsze z nich, to przedświąteczne spotkanie w więzieniu, które odbyło się w sobotę. Zapowiadało się bardzo ciekawie, bo tematem imprezy było: Christmas Extravaganza 🙂 Wybrałam się tam bez aparatu, by móc po prostu pobyć z ludźmi i by oni nie czuli się wiecznymi obiektami zdjęć jak zwierzątka na safari… Tak więc zdjęć nie ma i wiele też nie ma do opowiadania, bo przebieg przypominał wszystkie inne państwowe uroczystości, czyli trochę jakichś występów, trochę przemówień oficjalnych gości i obowiązkowy lunch na końcu.

Pobyt ten jednak skłonił mnie do refleksji na temat systemu więziennictwa. Patrząc na sytuacje więzienia w Nyahururu i pierwszego lepszego więzienia w Polsce, nasuwa mi się, jako zupełnemu laikowi, spostrzeżenie, że tu w takim bardzo łagodnym więzieniu zamyka się ludzi za byle głupotę. W Polsce natomiast standardem są wyroki w zawieszeniu, a przy mniejszych przestępstwach jakieś grzywny albo nawet i nie to. Obserwując to co się w tych więzieniach dzieje, mam wrażenie, że to dwa różne światy – tu więźniowie przez cały okres swojej kary uczą się (kończą szkoły podstawowe, średnie, sami wzajemnie dzielą się swoją wiedzą), pracują (od uprawiania kukurydzy, po szycie toreb i wybijanie rejestracji), ciągle są zajęci – jeśli nie powyższymi, to innymi zajęciami prowadzonymi przez różnych terapeutów. Większość więźniów, jak się wydaje, przechodzi tu gruntowną rehabilitację i układa sobie później normalne życie. Pewnie nie można tego porównywać z więźniami w Polsce, którzy odsiadują wyroki za poważne przestępstwa i zazwyczaj opuszczają więzienie jeszcze bardziej zepsuci… może jednak jakby takiego typa zamknąć na jakiś czas za kradzież torebki, to okazałoby się, że nie dojdzie to tego, że w przyszłości zacznie przemycać narkotyki… taka moja refleksja.

kawiarenka "świadomości"

Drugim wydarzeniem w jakim miałam przyjemność uczestniczyć, to kolejne szkolenie w Tabor Hill gdzie zjechała się cała śmietanka świata prawniczego z Nyahururu. Byli sędziowie, szefowie Departamentu Praw Dziecka, naczelnicy więzień, policjanci. St Martin zwołał ich wszystkich razem by rozmawiać o współpracy. Całość zorganizowana była w ciekawej konwencji kawiarenek. Każda kawiarenka miała swojego prowadzącego i swój temat przewodni: świadomość, komunikacja, partnerstwo i konflikty. Każda z utworzonych grup miała możliwość wzięcia udziału w każdej dyskusji. Kiedy przysłuchiwałam się temu, co ci ludzie mają do powiedzenia, to wyraźnie słychać było, że są bardzo wykształceni, mający swoją wizję rozwoju świata w którym pracują i są głęboko zaangażowani w pomoc osobom po obu stronach konfliktu z prawem. Dobre doświadczenie i wiele nauki dla mnie. Tym razem zdjęcia są, bo wybrałam się tam właśnie w roli fotografa – zainteresowanych zapraszam do mojej galerii.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Subukia pełna róż

Holy Mary of Subukia

Powróciłam szczęśliwie ze świata pół-ciszy 🙂

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy pamiętali o mnie w modlitwie! Franciszkanie z Subukii to naprawdę fantastyczni ludzie. Bardzo dobrze minął mi czas z nimi i bardzo pomogli też dobrej mojej modlitwie. Codziennie rano i popołudniu miałam okazję być z nimi w kaplicy, a w międzyczasie udawałam się na spacery pod górkę do cudownego źródełka Maryi z Subukii, krocząc wzdłuż długiej Drogi Krzyżowej (tabliczki nadal czekają na wykończenie, a znając afrykański pośpiech, będą gotowe akurat na Wielki Post ;)) Odwiedziłam też ciekawe miejsce jakim jest droga światła – kompozycja zrobiona z kolorowych kafelków dokładnie na równiku.

nowa światynia

Wśród pięknego krajobrazu jednak nie brakuje ciężkiej pracy – robotnicy uwijają się przy budowie ogromnej świątyni, inni odbudowują schody na górce… a franciszkanie w pocie czoła zbierają kukurydzę 🙂

 

 

Piękna mojemu wyjazdowi dodały też wielkie pudła róż, które zostały podarowane franciszkanom i wkrótce rozstawione zostały po całym Sanktuarium.

Zapraszam do zobaczenia kilku zdjęć, jak zwykle na picasie. Dla wielbicieli zjawisk botanicznych też specjalny album roślinny 🙂

 

Modlitwa o Pokój

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twojego pokoju,
Abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
Wybaczenie tam, gdzie panuje krzywda;
Jedność tam, gdzie panuje zwątpienie;
Nadzieję tam, gdzie panuje rozpacz;
Światło tam, gdzie panuje mrok;
Radość tam, gdzie panuje smutek.

Spraw abyśmy mogli,
Nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
Nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
Nie tyle szukać miłości, co kochać;

Albowiem dając, otrzymujemy;
Wybaczając, zyskujemy przebaczenie,
A umierając, rodzimy się do wiecznego życia.

Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

św. Franciszek z Asyżu

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Adwent po afrykańsku

Jeśli ktoś zapytałby mnie jak wygląda Adwent w Kenii, to musiałabym odpowiedzieć, że nie wygląda. Możliwe, że w jakiś sposób ten czas zaznacza ksiądz na kazaniach, ale jako, że tych zazwyczaj nie rozumiem, to z mojego punktu widzenia absolutnie nic nie zdradza, zbliżających się wielkimi krokami, świąt Bożego Narodzenia.

Choinek tu brak – znajomi Polacy podobno przez 9 lat nie zdołali zmusić sadzonki do przyjęcia się… W radiu stare znane przeboje, ale żadnych christmas songs, nie ma śniegu pruszącego w świetle latarni, porannych rorat. Nie ma też przedświątecznego szału zakupowego i charakterystycznego pośpiechu by wszystkie sprawy zamknąć przed końcem roku. Tu życie płynie jak dawniej. Jedyne co da się zauważyć to powrót słońca, które od tygodnia nas nie opuszcza, ku mojej wielkiej radości 🙂

Może to jednak czas by odkryć, że Adwent to oczekiwanie na Jezusa, a nie na świętego mikołaja, śnieg, jingle bells, czy ubieranie choinki…

Aby właściwie odnaleźć się w adwentowej rzeczywistości, dziś jadę na kilka dni do Subukii (miejscowość ok 25 km od Nyahururu) na moje prywatne mini-rekolekcje. W jednym z najpopularniejszych w Kenii sanktuariów maryjnych przebywa w tej chwili dwóch polskich franciszkanów, których miałam już okazję wcześnie poznać. To piękne miejsce położone na całkiem sporej górce dokładnie na równiku. W zeszłym miesiącu w naszym Marleenowym warsztacie powstały nowiutkie tabliczki do drogi krzyżowej, która prowadzi do cudownego źródła wody. (Jeśli ktoś chciałby wesprzeć budowę kościoła tam, proszę, dawajcie znać – szczegóły na ich stronie)

Cieszę się na te kilka dni podsumowania z Panem Bogiem czasu jaki minął na Czarnym Lądzie i przygotowania na to co przede mną. Będę pamiętać o Was w moich modlitwach i ja proszę o to samo.

Mam nadzieję szczęśliwie powrócić do Was w piątek 🙂

Natomiast tych z Was, którzy w Warszawie, serdecznie zapraszam na „Rekolekcje na Koniec Świata” od wtorku do czwartku na Rakowieckiej!

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Pożegnania, powitania i kolacja przy świecach

Siedząc dziś w st. Martinowym biurze, nie mogłam w to uwierzyć. Dziś ostatni dzień… niesamowite jak szybko minęło!

Pożegnalne spotkanie było piękne. Prócz normalnych modlitw i wspólnych pieśni, dużo pożegnań, gratulacji, podziękowań. Żegnali się goście, którzy nie wracają już w styczniu – więc i ja również – oraz dwóch emerytów. Były opowieści Maurice’a i Njoroge z wyjazdów do Europy, gratulowaliśmy dwóm nowym babciom i kilkunastu nowym rodzicom, którzy dorobili się potomstwa w tym roku. Z ciekawych rzeczy – były też gratulacje dla matek, których synowie stali się mężczyznami, czyli przeszli przez rytuał przejścia i obrzezanie. To dla kobiety podobno czas kiedy staje się poważana w swoim społeczeństwie i ma prawo decydowania ze starszyzną.

Ogólnie wszyscy żegnali się w serdecznej atmosferze na prawie miesiąc, kiedy st. Martin będzie zamknięty.

Wieczorem zostałam zaproszona na pożegnalną kolację w Effathie. Od dwóch dni nie ma tam prądu, więc całość odbywała się przy świecach, co nadało imprezie bardzo romantyczny klimat 🙂 Prócz naszych pożegnań było też powitania. Ruto z Subukii właśnie wyszedł z więzienia po kilkunasto-miesięcznej odsiadce. Kiedy wrócił do domu, jego rodzina go nie przyjęła. Wylądował na ulicy, a stamtąd w biurze st. Martin, gdzie zdecydowano go przyjąć do Effathy na święta. Piękny to prezent na święta i dla niego i dla wspólnoty.

Trudno się rozstać z tymi ludźmi, z którymi już tyle zdążyłam przeżyć przez te 3 miesiące… trzeba jednak iść dalej, gdzie czeka nowe i nieznane 🙂

Nie pozostaje mi nic innego jak zakończyć SMową modlitwą, która ma swoje bardzo ważne miejsce w tej wspólnocie:

Nasz Ojcze
usuń z naszych serc chciwość
i pozwól nam dawać darmo,
gdyż darmo otrzymaliśmy

Jezu, nasz bracie,
pozwól nam Cię naśladować
w trosce o potrzebujących
pamiętając zawsze,
że największym jest ten, który bardziej służy
a pierwszy jest ostatnim z ostatnich

Duchu miłości,
połącz nas razem
przeciwko temu, który próbuje nas podzielić
oraz daj nam przebaczenie i miłosierdzie

Dziękujemy Ci, Boże,
za radość dzielenia życia z biednymi
oraz za leczenie naszych serc
Amen

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Nie mów mi…

Dziś dzielę się z Wami kolejną wtorkową modlitwą. Mnie poruszyła w wielu miejscach.

Nie mów mi…

Nie mów mi co Jezus może dla mnie zrobić,
ale pokaż mi co zrobił dla ciebie

Nie mów kazań o tym, że Bóg jest dobry,
ale daj mi doświadczyć Jego dobroci w twoim życiu

Nie głoś Świętej Ewangelii Jezusa,
ale udowodnij mi, że odmieniła twoje serce

Nie wyznawaj miłosierdzia Bożego
ale daj mi być świadkiem przebaczenia w twojej wspólnocie

Nie nalegaj na idealne współczucie,
ale pokaż mi swoje współczujące serce dla słabych

Nie mów o pokorze,
ale przekonaj mnie cierpliwością dla własnych słabości

Nie uwielbiaj Świętego Imienia Bożego,
ale daj mi usłyszeć pochwały i uznania dla twoich wrogów

Nie imponuj mi wielkimi inicjatywami dla ubogich,
ale pokaż mi jak ich kochasz i troszczysz się o nich

Nie potępiaj zła i grzechu,
ale daj mi usłyszeć wyznanie swoich własnych win

Nie proś mnie bym podążał za Duchem Świętym,
ale zaakceptuj mnie, a poznam twojego Ducha

Nie mów mi bym uwierzył w twojego zbawiciela,
ponieważ to czego potrzebuję to przyjaciel, który został zbawiony

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, modlitwa | 5 komentarzy

Szkoła naszych marzeń

Kilka tygodni temu przyszły z drukarni wielkie pudła z tysiącami małych książek pt. „Dear…”. Michael twierdzi, że to bardzo szczególna książka. Kiedy pani edytor przyniosła wstępną wersję po korekcie miała łzy w oczach – podobno to się nigdy nie zdarza, bo edytorzy to ludzie o kamiennych sercach 😉 Kiedy tekst szedł do złożenia okazało się, że wszystko idealnie się wpasowuje w ramy strony, nie potrzebne były poprawki. Nawet fotograf zadowolony był ze swoich zdjęć, które w dziwny sposób pasowały do tytułów, mimo, że wcześniej ich nie znał… To specjalna książka. Gorąco polecam Wam jej przeczytanie. Dwa egzemplarze wraz z innymi pozycjami z st. Martin, znajdziecie w DĘBowej biblioteczce (w razie problemów z dotarciem do nich, dawajcie znać). Poniżej dla zachęty tłumaczenie pierwszego z 8 listów, które składają się na książkę.

List pierwszy:
„Od współzawodnictwa do współpracy”

Jestem prostą matką ze wsi, która chce jak najlepiej dla swoich dzieci i chce dać im lepsze życie niż moje własne. Kiedy mój najstarszy syn był wystarczająco duży, wzięłam go za rękę i poprowadziłam go do szkoły, mając nadzieję, że to zapewni mu przyszłość, na którą zasługuje. Pracowałam dorywczo, nie jadałam wszystkich posiłków, rezygnowałam z różnych zakupów po to by móc opłacić pobyt w szkole. Spędzałam coraz mniej czasu z nim po to, by on mógł spędzać więcej czasu ze swoimi nauczycielami. Życie było ciężkie, ale nigdy tego nie żałowałam. Jeśli szkoła była w stanie dać mojemu dziecku jasną przyszłość, żadne poświęcenie nie było zbyt wielkie.

Niestety nie mogę tego samego powiedzieć o mojej koleżance Jane, jej poświęcenie było tragedią. Jane była wdową. Miała dwóch synów, Job’a i Timothy’ego. Jej najstarszy syn, Job, nie miał wystarczająco dobrych wyników, aby dostać się na studia na publicznej uczelni i chciał studiować prywatnie. Niestety jego mamę nie było na to stać. Pewnego poranka poszedł do kuchni, gdzie mama przygotowywała śniadanie. Wywiązała się kłótnia między nimi. Job zażądał, by matka sprzedała swoją ziemię i zapłaciła za jego studia. Ona odmówiła, tłumacząc, że jeśli sprzedałaby ziemię, zostaliby bez niczego. On nalegał, mówiąc, że bez dyplomu, on zostaje bez niczego. Job stał się tak wściekły, że złapał nóż kuchenny i dźgnął swoją matkę. Kiedy sąsiedzi przyszli, ona już nie żyła. Zapytali Timothy’ego o to co się wydarzyło i byli tak rozwścieczeni przez to co usłyszeli, że wzięli ten sam nóż i zabili Job’a.

Niektórzy mogą myśleć, że to tylko kolejna historia chłopca ze skrzywioną psychiką albo linczu dokonanego przez sąsiadów, ale inni, jak ja, nie mogą powstrzymać się od refleksji:  gdybym ja była na jej miejscu i mój syn zażądałby pójścia na studia, czy mogę być pewna, że ten sam los nie spotkałby mnie? W końcu Jane była moją koleżanką; wiem, że robiła wszystko co najlepsze dla swoich dzieci. Job był kolegą mojego syna; wiem, że był dobrym człowiekiem. Jane z pewnością miała wpływ na zachowanie swojego syna, ale jeśli statystyki pokazują, że 80% dziennego czasu dziecka jest kontrolowane przez szkołę, a tylko 3% dostępne jest dla rodziców, kto jest bardziej odpowiedzialny? Mawialiśmy kiedyś, że „trzeba całej wioski, żeby wychować dziecko”, ale dziś „wioska” została zastąpiona przez „szkołę”.

Po zadaniu sobie tych pytań, zaczęłam bardziej krytycznie patrzeć na szkoły, zastanawiając się czy ich owoce są rzeczywiście tak dobre, jak obiecują. Zaczęłam odczuwać, że moje dzieci nie wynoszą stamtąd takich wartości, jakie przyniosą im szczęście. Nie uczą się jak używać swoich talentów dla dobra społeczeństwa, ale jak używać społeczeństwa dla swoich własnych celów. Nie uczą się o swoim powołaniu do służby, ale o swoim powołaniu do władzy. Nie uczą się jak być szczęśliwymi z tym co mają, ale jak pożądać tego czego nie mają. Nie uczą się jak się dzielić, ale jak gromadzić; nie jak współpracować, ale jak współzawodniczyć. Nie uczą się jak mówić „my”, ale „ja”.

Nasze dzieci mogą spędzić całe lata ucząc się jak dobrze zdawać egzaminy, ale najważniejsze rzeczy w życiu (i nawet w edukacji) nie mogą być zmierzone czy przeegzaminowane. Nasze dzieci mogą skończyć szkołę wiedząc jak uzupełnić puste miejsca po znakach zapytania, ale są nieprzygotowane do prowadzenia szczęśliwego życia, bycia odpowiedzialnymi obywatelami, podejmowania właściwych decyzji dla siebie, swoich rodzin i społeczeństwa.

Kiedy Jane i Job zginęli, Timothy został sam. Jego dalsza rodzina pojawiła się natychmiast i nie była zainteresowana nim, a raczej jego własnością. Z radością wzięli dom Jane, ale nie bardzo wiedzieli co zrobić z Timothy’m. Na szczęście Mark i Lucy, rodzice z sąsiedztwa, usłyszeli jego historię i zgodzili się nim zająć, witając Timothy’ego jako swojego czwartego syna.

Mark był genialnym uczniem, ale przestał chodzić do szkoły przez problemy finansowe. Patrzył na swoich znajomych studiujących na najlepszych uczelniach, podczas gdy sam pracował na rodzinnym polu. Żeby ulżyć sobie w bólu bycia zostawionym w tyle, popadł w problemy alkoholowe. W końcu jednak przyjął pomoc i dołączył do wspólnoty wsparcia.

Przez cały czas uzależnienia i abstynencji żona Marka była obecna, próbując wydobyć z niego to co najlepsze. Z jej pomocą, nauczył się mierzyć ze swoimi słabościami, zamiast je ukrywać. Z taką nową akceptacją, Mark był zdolny do wyciągnięcia ręki w stronę Timothy’ego i pomóc mu zmierzyć się z jego własnym bólem.

Mark i Lucy nie mają żadnych dyplomów i nie studiowali na żadnym uniwersytecie, stali się jednak doskonałymi nauczycielami w szkole życia. Gdzie Mark nauczył się takiej wytrwałości? Kto nauczył Lucy takiej cierpliwości? Kto nauczył ich hojności przyjęcia dziecka takiego jak Tymothy w swoim domu?

Ktokolwiek to był, z pewnością był prawdziwym nauczycielem. Gdziekolwiek się tego nauczyli, musiała to być prawdziwa szkoła, szkoła naszych marzeń.

Z poważaniem,
Joan

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Świat niepełnosprawnych

Ostatnie dni mijają mi bardzo spokojnie. Prócz kilku spotkań podsumowujących rok i wypisywania świątecznych kartek, w zasadzie nic się już nie dzieje. Z dużą radością przyjęłam więc zaproszenie na kilkudniowe szkolenie w Tabor Hill z programem CPPD (Community Programme for People with Disabilities – Program dla Osób Niepełnosprawnych). Uczestnikami szkolenia są rodzice osób niepełnosprawnych oraz pracownicy placówek, gdzie takie dzieci się znajdują – szkoły, domy opieki.

Dzisiejszy dzień był bardzo intensywny. Rozpoczęliśmy wstępem „duchowym”, gdzie członek ekipy odpowiedzialnej za duchowość w SM (tzw. grupa Betania) opowiadał dużo o tym jak niepełnosprawni są darem i ile dobra dzieje się w świecie za ich pośrednictwem.

Większość warsztatów poświęcona była informacjom na temat prawidłowego i nieprawidłowego rozwoju dziecka oraz podstawowych wad rozwojowych takich jak porażenie mózgowe, rozszczep kręgosłupa czy wodogłowie. Dla mnie, jako osoby zupełnie poza tym światem, wszystko bardzo ciekawe i pouczające. Nie mam przekonania co do uczestników, ale sądząc po pilności notowania, zakładam, że dla nich również.

Oprócz tego był też czas na sesję terapeutyczną, więc okazja do podzielenia się swoim doświadczeniem. Ja też opowiedziałam o swoich przeżyciach spotkania z niepełnosprawnymi, które opisywałam we wspomnieniach z 2009 (str 15).

Jutro zapowiada się ciekawa sesja praktyczna, ale niestety rano muszę wracać do Nyahururu, bo czeka mnie wyprawa do Nakuru w celu przedłużenia wizy (inaczej mnie deportują ;)). Na koniec podzielę się z Wami krótkim, ale poruszającym wierszem.

God gave this child to you to guide,
to love, to walk trough life beside.
A little child, so full od charm,
to fill a pair of loving arms.
God picked you out because He knew
how safe His child would be with you.

W tłumaczeniu – niestety bez rymów…

Bóg dał Ci to dziecko byś je prowadził
byś je kochał i szedł z nim obok przez życie
małe dziecko tak pełne uroku
by móc wypełnić kochające ramiona
Bóg Ciebie wybrał, bo dobrze wiedział
jak bezpieczne będzie Jego dziecko z Tobą

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Jeden komentarz

St. Martin Day

Z dokładnie 2-tygodniowym opóźnieniem przynoszę Wam relację z obchodów największego święta w st. Martin – dnia św. Marcina. Zajęło mi to tyle czasu pewnie dlatego, że jestem bardzo wyjątkowo niezadowolona z oprawy zdjęciowej i nie mogłam się za to zabrać. Oto jednak jest 🙂

Dla nas wszystko zaczęło się już w piątek, kiedy zamknęliśmy biura, by wszystko przygotować. Trzeba było rozstawić namioty, przygotować scenę, umyć naczynia po rocznym zimowaniu w garażu i oczywiście zająć się warzywami, bo jak wiadomo – bez jedzenia nie ma imprezy 😉

W sobotę od rana schodzili się zaproszeni goście. To dzień, kiedy pracownicy zapraszają swoje rodziny i kiedy jest okazja by spotkać w jednym miejscu cały Zarząd SM. Nikt też nie wychodzi bez prezentu w postaci całkiem obfitej paczki z dwiema książkami, kalendarzem na ścianę i kalendarzykiem.

Głównymi punktami programu były występy różnych ośrodków – Effatha zatańczyła i pokazała specjalnie na tę okazję nakręcony filmik, Talitha-Kum przygotowała występ artystyczny, a ośrodki dla chłopców całą serię zabawnych scenek. Wszystko przeplatane było wypowiedziami długoletnich pracowników o tym jakie cuda dzieją się kiedy ludzie zaczynają razem pracować i budować lepszą rzeczywistość.

Bardzo udany występ zaprezentował specjalnie zorganizowany chór najmłodszych pracowników SM. Szczególnie spodobała mi się piosenka jaką zaśpiewali z zapalonymi świeczkami – załączam Wam oryginał do posłuchania 🙂

[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=yiSix6Stilo]

Punktem kulminacyjnym oczywiście była Msza, którą odprawił sam biskup. Niestety mówił też kazanie, które nie było najwyższych lotów w porównaniu z tym co mógłby powiedzieć o. Gabriel… Największą furorę robili jednak podopieczni Effathy, którzy jak zawsze występowali w roli ministrantów i żywo reagowali na różne części Mszy – zwłaszcza śpiewy 🙂 Podczas Mszy modliliśmy się też za wszystkich zmarłych, którzy byli wolontariuszami albo beneficjentami SM – ich nazwiska zostały skrzętnie wypisane na ogromnej tablicy.

Na koniec jedzenie oraz spontaniczne tańce, jakie się wywiązały pod holem 🙂

Spragnionych zdjęć jak zwykle zapraszam na picasę.

Jak się tu mawia: po st. Martin Day już prawie święta… i rzeczywiście to się sprawdza. Do zamknięcia zostały jeszcze dokładnie dwa tygodnie, a życie płynie tu coraz bardziej pole, pole (w swahili wolno, wolno)… Prawie nie ma już wyjazdów w teren. Zajmujemy się głównie wypisywaniem świątecznych życzeń i ostatnimi podsumowaniami. Ja za to obmyślam plany na mój czas po zamknięciu, a wygląda na to, że trochę tego będzie 😉

 

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz