Jeśli ktoś zapytałby mnie jak wygląda Adwent w Kenii, to musiałabym odpowiedzieć, że nie wygląda. Możliwe, że w jakiś sposób ten czas zaznacza ksiądz na kazaniach, ale jako, że tych zazwyczaj nie rozumiem, to z mojego punktu widzenia absolutnie nic nie zdradza, zbliżających się wielkimi krokami, świąt Bożego Narodzenia.
Choinek tu brak – znajomi Polacy podobno przez 9 lat nie zdołali zmusić sadzonki do przyjęcia się… W radiu stare znane przeboje, ale żadnych christmas songs, nie ma śniegu pruszącego w świetle latarni, porannych rorat. Nie ma też przedświątecznego szału zakupowego i charakterystycznego pośpiechu by wszystkie sprawy zamknąć przed końcem roku. Tu życie płynie jak dawniej. Jedyne co da się zauważyć to powrót słońca, które od tygodnia nas nie opuszcza, ku mojej wielkiej radości 🙂
Może to jednak czas by odkryć, że Adwent to oczekiwanie na Jezusa, a nie na świętego mikołaja, śnieg, jingle bells, czy ubieranie choinki…
Aby właściwie odnaleźć się w adwentowej rzeczywistości, dziś jadę na kilka dni do Subukii (miejscowość ok 25 km od Nyahururu) na moje prywatne mini-rekolekcje. W jednym z najpopularniejszych w Kenii sanktuariów maryjnych przebywa w tej chwili dwóch polskich franciszkanów, których miałam już okazję wcześnie poznać. To piękne miejsce położone na całkiem sporej górce dokładnie na równiku. W zeszłym miesiącu w naszym Marleenowym warsztacie powstały nowiutkie tabliczki do drogi krzyżowej, która prowadzi do cudownego źródła wody. (Jeśli ktoś chciałby wesprzeć budowę kościoła tam, proszę, dawajcie znać – szczegóły na ich stronie)
Cieszę się na te kilka dni podsumowania z Panem Bogiem czasu jaki minął na Czarnym Lądzie i przygotowania na to co przede mną. Będę pamiętać o Was w moich modlitwach i ja proszę o to samo.
Mam nadzieję szczęśliwie powrócić do Was w piątek 🙂
Natomiast tych z Was, którzy w Warszawie, serdecznie zapraszam na „Rekolekcje na Koniec Świata” od wtorku do czwartku na Rakowieckiej!
