Efcowy Świat protestuje

Drodzy czytelnicy,

Niestety nie mam technicznej możliwości, aby mój blog był dziś nieczynny w proteście przeciwko cenzurze w Internecie. Przyłączam się jednak jak mogę. Proszę przeczytajcie artykuł na temat ustawy i podpiszcie petycję

[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=RmyRKi5GtMc]

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Jeden komentarz

Życie na Langacie

Pumba na podwórku

Życie w stolicy to jednak nie to samo, co w małym Nyahururu. Jest dużo plusów: w centrum mnóstwo sklepów, kawiarni, klubów; można tu dostać prawie wszystko; dużo znajomych; wydarzenia kulturalne – na za tydzień już zaplanowane wyjście do teatru 🙂

Są też niestety minusy: popołudniami wszystko stoi w jednym wielkim korku (jest gorzej niż w Warszawie); życie jest dużo droższe niż na prowincji; w całym Nairobi są duże niedostatki wody – w kranie pojawia się dwa razy w tygodniu, wtedy  napełnia się zbiornik, który powinien wystarczyć na resztę tygodnia, ale często nie wystarcza.

Jest też o wiele cieplej – w ciągu dnia ok 25 st albo nawet więcej, ale nie wiem, czy to plus czy minus 😉

Mieszkam teraz u cioci mojej koleżanki, która jest policjantką, dom więc (całkiem przestronny) mieści się wewnątrz policyjnego osiedla. Całe jest ogrodzone, a przy wjeździe umundurowana straż – prawie jak strzeżone osiedle na Kabatach 😉 Ciekawym lokatorem, którego widuję często w okolicy, jest pewien guziec, czyli zwierzaczek znany z Króla Lwa jako Pumba 🙂 Jest tu całkiem zielono i spokojnie jak na Nairobi. Mam blisko do szkoły, podstawowego sklepu i kościoła. W pobliżu jest też szpital i cmentarz, ale ufam, że te okażą się zbędne 😉

Dziś też pierwsze odwiedziny znajomych z Nyahururu, więc nie ma kiedy się nudzić 😉

p.s. W poniedziałek mój blog będzie nieczynny w proteście przeciwko ustawie ACTA (europejskiej wersji amerykańskiego SOPA/PIPA), która prowadzić może do cenzury w Internecie. Do zobaczenia we wtorek!

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Jedyna szansa

Wczoraj cały dzień trwały rozmowy wstępne z kandydatami do klas pierwszych. Zaangażowani byli wszyscy nauczyciele – ja też znalazłam swoje miejsce w jednej z pięciu komisji. Rozmowy miały na celu zweryfikowanie dokumentów i wysłuchanie historii dzieci i ich opiekunów. Od samego rana w szkole gromadziły się tłumy chętnych.

Wysłuchałam kilkunastu opowieści o losach porozbijanych rodzin, wczesnej śmierci rodziców, tragediach mniejszych i większych. Najbardziej poruszyła mnie historia drobnego chłopaczka, który ze względu na brak pieniędzy nie rozpoczął szkoły zaraz po zdaniu egzaminów i cały rok spędził z dalszą rodziną na wiosce, ucząc się jak szyć buty. Był tak pogodny i uśmiechnięty, że wszyscy po cichu kibicować mu będą w dalszej rekrutacji. Był też chłopak, który twierdził, że nie zna nikogo ze swojej rodziny, bo od zawsze mieszkał z babcią, a i ona już nie żyje oraz dziewczyna, która wiele przeszła wiele zanim trafiła do st. Aloysius. Wiele też wzruszających historii czytałam w listach maturzystów, które piszą już po zakończeniu szkoły – kiedyś je Wam przytoczę.

Wszyscy pytani o to kim chcą zostać w przyszłości, odpowiadali, że lekarzami, prawnikami, pilotami… mieli dużo nadziei w oczach i aż chciałoby się przyczynić do tego, by ich marzenia (choć bardzo wygórowane, jak na warunki ich życia), mogły się spełnić. Dla większości to jedyna szansa, żeby pójść do szkoły, potem na studia i żeby robić w życiu cokolwiek więcej niż sprzedawać warzywa na targu (co w tutejszym świecie oznacza byciem buisness woman ;)) czy uprawiać kukurydzę.

Niestety jednak, jak zawsze przy takich okazjach, znajdują się ludzie, którzy chcą wykorzystać dobre serca darczyńców. Przypomniało mi się przydzielanie stypendiów socjalnych na studiach, kiedy student mówi, że rodzice są biedni i ledwo wiążą koniec z końcem, a potem odjeżdża spod wydziału jaguarem… tu jednak stawka jest wyższa – dla większości z tych dzieciaków st. Aloysius to być albo nie być. Tymczasem naszym niełatwym zadaniem jest wybranie tych, którzy są najbardziej potrzebujący, bo wszystkich przyjąć nie możemy. Środki do tego, by przekonać szkołę o byciu potrzebującym są często zaskakujące. Niektórzy uśmiercają swoich rodziców, przedstawiając fałszywe świadectwa zgonu (tacy rodzice zwykle w pewnym momencie zmartwychwstają…); inni podszywają się pod swoje rodzeństwo, przedstawiając ich lepsze wyniki egzaminów jako swoje; jeszcze inni zmyślają historie, które mogłyby wzruszyć komisję. Niestety to wszystko bardzo trudno zweryfikować.

Teraz kandydatów czeka ostatni etap, czyli pisemny egzamin z matematyki, angielskiego i swahili w sobotę. Niech jedyna szansa trafi się tym, którzy najbardziej potrzebują.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Zasada pierwsza: nigdy, przenigdy się nie spiesz

Kathy i dwie z jej projektantek

Wczoraj rano miała być próba szkolnego chóru. Z moim zamiłowaniem do śpiewania, postanowiłam się wybrać i przynajmniej zobaczyć jak to wygląda. Miałam być w szkole o 9:40, więc odpowiednio wcześniej zjadłam śniadanie i już miałam wychodzić, kiedy otrzymałam propozycję, że mnie podrzucą (samochód już stał gotowy). To mnie oczywiście zgubiło – dotarłam 10:10 z poczuciem złości na siebie, że się spóźniłam i może trzeba było jednak pójść piechotą. Tymczasem okazało się, że chór jednak się nie spotyka i może jest szansa na to we wtorek…

na wieszakach kolorowo

Popołudniu umówiona byłam z koleżanką na 3:30. Nie zrażona wydarzeniami poranka (i mnóstwem podobnych…), wyszłam z domu dużo wcześniej. Niestety mimo soboty okazało się, że korki są ogromne, a na matatu musiałam czekać długo. O 3:20 napisałam smsa, że się spóźnię, o 3:45 byłam na miejscu. Koleżanka dojechała na 4:40… to jednak nic w porównaniu z imprezą, na którą się wybierałyśmy – zaplanowana na 4:00, zaczęła się przed 7:00… Afryka. Zastanawiam się ile jeszcze musi minąć miesięcy, żebym się nauczyła, że tak tu po prostu jest – pole, pole. Nie trzeba się złościć, denerwować, próbować to zmieniać – trzeba to przyjąć i się wyluzować 😉

Przymierzanie, przymierzanie

Impreza otwarcia sklepu była całkiem sympatyczna – okazało się, że inna moja koleżanka zaczęła swój biznes i szyje bardzo ładne rzeczy. Ma już kilka projektantek, z którymi współpracuje. Sama kilka sukienek przymierzyłam i, zachęcona otrzymaniem połowy trzynastki za poprzedni rok (jednak praca w budżetówce to miła rzecz ;)), zamówiłam dwie.

Na koniec dzisiejszego wpisu, trochę prywaty – najlepsze życzenia dla mojego chrześniaka Antosia w dniu jego pierwszych urodzin 🙂 W prezencie – jedna z lepszych reklam w Kenii w ostatnich latach:

[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=uIBHuqeis3U]

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Czym żyje Kenia odc. 2

Jeśli mówi się w Polsce, że media publiczne mają zbyt duży wpływ na świadomość Polaków, to w Kenii jest już prawdziwe szaleństwo. Niektórzy mają kablówki i wiele różnych programów, ale o 19:00 i 21:00 i tak zasiadają przed najpopularniejszą stacją Citizen TV, żeby obejrzeć wiadomości – najpierw w swahili, potem po angielsku. Kolejnego dnia natomiast po prostu nie wypada nie wiedzieć jaki to wybuchł skandal, jaki polityk odszedł z jakiej partii, jaki wiec przyciągnął najwięcej obserwatorów…

Podzielę się z Wami kilkoma ciekawostkami z ostatnich miesięcy.

Straj lekarzy

Kenia w ostatnim czasie żyje strajkami. Od października strajkowali nauczyciele akademiccy – uczelnie były pozamykane na terenie całego kraju przez długie tygodnie. Zagrożone były grudniowe egzaminy studentów. Strajk w końcu zawieszono, mimo braku porozumienia z rządem. Potem przyszedł czas na lekarzy. Szpitale pozamykane, ludzie narzekają na brak opieki medycznej. Był dramat – na szczęście nie trwał zbyt długo. Najdziwniejszy jednak dla mnie był strajk kierowców matatów w okresie przedświątecznym. Protest miał dotyczyć cen paliwa, które (jak wszędzie) osiągają jakieś niewyobrażalnie absurdalne granice przyzwoitości. Nie mogłam zrozumieć jak mogą protestować ludzie, którzy biorą pieniądze za pojedynczy przejazd i podwyżki paliwa wkalkulowują w ceny biletów, a okres przedświąteczny jest dla nich najlepszym czasem na zarobek. Niemożliwe przecież żeby tak się troszczyli o pasażerów! Jak się później okazało, nie myliłam się. Strajk był pomysłem związków zawodowych i ostatecznie w ogóle nie doszedł do skutku 😉

Kolejną ciekawostką w telewizji są reklamy społeczne. Większość szanujących się firm w kraju próbuje się podłączyć do swojej reklamy z jakimś społecznym przesłaniem. W ten sposób możemy dowiedzieć się jak należy myć zęby i ręce, jak przygotować dziecko do szkoły, jak oszczędzać, jak ugotować obiad czy (moje ulubione) jak poruszać się po autostradzie (w Kenii nie ma ani jednej – dobrze jeśli jest kawałek równego asfaltu ;))

Najlepszy uczeń w swoim regionie

Wydarzenie z ostatnich tygodni – zostały ogłoszone wyniki egzaminów kończących podstawówkę (Kenya Certificate of Primary Education Exam). Odpowiedni minister wyczytał w telewizji najlepsze i najgorsze szkoły w podziale na przeróżne kategorie oraz samych uczniów, którzy uzyskali największą ilość punktów. Nie minęła godzina zanim dziennikarze dotarli do tych najzdolniejszych, żeby zdobyć pierwszy wywiad. Pokazywano przez kilka dni jak rodziny i szkoły świętują na ulicach i noszą prymusów na rękach. Tutaj za bycie w czołówce czeka cię kilkutygodniowa sława – zdjęcia w gazetach, wywiady, kwiaty… nie dziwne, że uczniowie chcą się uczyć 😉

Z dzisiejszego świata szkoły. Zostałam wezwana do pracowni pomóc z komputerami. Jeden nie mógł się uruchomić – „disk error”. Okazało się, że próbował się zbootować z dyskietki. Pamięta ktoś jeszcze czasy, kiedy człowiek miał takie problemy? 🙂

Na koniec kenijska wizja przyszłości – jedna z fajniejszych kampanii telewizyjnych o tym, że Kenia powinna myśleć o przyszłości.

[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=UrNz5q6Cv98]

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Program dla maturzystów

Kolejne dni w szkole i kolejne początki. Dziś Mszą św. rozpoczęliśmy program pracy społecznej dla licealistów, którzy w zeszłym roku skończyli szkołę. Zanim rozejdą się do uniwersytetów, do których st. Aloysius pomaga im się dostać, przez pół roku pracują jako wolontariusze w różnych organizacjach w Kiberze – wśród nich są szkoły, szpitale, świetlice. Maturzyści przez 4 dni w tygodniu pracują, a w piątek spotykają się w szkole, żeby podzielić się swoimi doświadczeniami i wspólnie się pomodlić. Poszczególne grupy będą miały swoich duchowych opiekunów, których zadaniem będzie prowadzenie dzielenia i nadzorowanie pracy  w ośrodkach. Ja mam prowadzić grupę na spółkę z o. Terry’m – jezuitą z USA, który był jednym z założycieli st. Aloysius w 2004 roku. Pierwsze spotkanie już w najbliższy piątek.

Chcę się jeszcze podzielić z Wami świąteczną opowieścią o. Terry’ego, która wydała mi się bardzo ładna.

W pewnej szkole amerykańskiej wystawiane były jasełka. Wśród dzieci był jeden niezbyt bystry chłopiec o imieniu Herold. Rodzice zdecydowali się dać mu bardzo prostą rolę, żeby nie zepsuł całego przedstawienia – miał być gospodarzem gospody, gdzie Maryja z Józefem próbowali się zatrzymać i miał wypowiedzieć tylko jedną kwestię: „niestety nie mamy miejsc w gospodzie”. Kiedy przyszło do wystawienia jasełek, wszystko szło zgodnie z planem. Maryja z Józefem zapukali do drzwi, gospodarz wypowiedział bezbłędnie swoją kwestię i św rodzina udała się w dalszą drogę. Kiedy jednak odchodzili, drzwi gospody otworzyły się ponownie. Stanął w nich Herold i krzyknął: „Maryjo, Józefie, poczekajcie! Możecie zatrzymać się w moim pokoju!”…

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Pierwszy dzień w szkole

Szkoła st. Aloysius Gonzaga to piękny duży budynek z zielonym dachem umiejscowiony w Langacie, 20 min na piechotę od miejsca gdzie teraz mieszkam. Zaraz za rogiem widok na Kiberę – największy slams w Afryce Wschodniej. Pogłoski głoszą, że jego populacja to 2mln (czyli tyle co populacja Warszawy), wg Wikipedii 800 tys – co i tak nie jest mało jak na powierzchnię 2 km kw. Z tych właśnie slamsów pochodzą uczniowie mojego liceum. Co roku szkoła przyjmuje do klasy pierwszej  35 dziewcząt i 35 chłopców osieroconych z powodu AIDS. Ponieważ szkoła pokrywa wszystkie koszty nauki, konkurencja jest ogromna. Na 70 miejsc potrafi być ponad 400 chętnych. Przy weryfikacji brane są pod uwagę wyniki egzaminu kończącego podstawówkę, rozmowy z kandydatem, wyniki wewnętrznego egzaminu i wizyty domowe. Celem jest wydobycie tych, którzy są zarazem najbardziej zdolni, jak i najbardziej potrzebujący.

Póki co, nie widziałam jeszcze pracowni komputerowej i nie spotkałam się z nauczycielem informatyki, więc wczuwam się na razie bardziej w rolę ucznia, chodząc na wszystkie możliwe lekcje swahili (z których wiele nie rozumiem, bo to w końcu liceum, a mi przydałaby się podstawówka ;)) Nauczyciele są bardzo sympatyczni, więc miło mi się przesiaduje w pokoju nauczycielskim 🙂 Wkrótce, mam nadzieję, że będzie się więcej wyjaśniać.

Pozdrowienia z gorącej stolicy!

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Sylwestrowo

O kenijskim sylwestrze zaczęłam myśleć już jakiś czas temu. Po głowie chodziła mi Mombasa, bo podobno w ostatnich latach to najbardziej trendy witać tam nowy rok 😉 Kiedy jednak pomyślałam o samotnym pokonywaniu tylu kilometrów dla jednej nocy, to postanowiłam zostać w Nyahururu. Spodziewałam się, że taka decyzja oznaczać będzie sylwestra, może nie w towarzystwie Dwójki i Polsatu, ale za to oglądając Citizen TV 😉 Nic bardziej mylnego…

Zabawy z dzieciakami

Ostatniego wieczoru 2011 roku zaliczyłam nawet dwie imprezy. Pierwsza odbywała się na Flora Farm (ucieszyłam się na powrót na stare śmieci ;)) i zaczęła się już o 17:00! A właściwie nawet wcześniej, bo o tej godzinie okazało się, że wszystkie samochody już odjechały i na imprezę muszę dojechać z kolega na motorze. Na miejscu były już dzieciaki z DIC, Rehab, st. Rose i Effathy oraz o. Gabriele i kilkoro sióstr i ojców z Tabor Hill. Zabawa zaczęła się od wielkiego ganiania się po trawie, ku wielkiej uciesze dzieci i dorosłych.

Msza na koniec roku

Następnie zaserwowano bardzo dobry obiad i odbyła się Msza kończąca stary rok. Ciekawym dla mnie elementem ogłoszeń była relacja trójki podopiecznych Effathy, którzy wrócili z Polski i opowiadali o tym jak tam zimno i jakie ludzie noszą długie kurtki 😉 Próbowali też zaśpiewać polską piosenkę, patrząc na mnie i licząc na wsparcie, ale niestety pamiętali tylko refren, który brzmiał „tiruriru”, więc z przykrością stwierdziłam, że nie znam… Było tez obowiązkowe ciasto i trochę tańców 🙂

Impreza w TK

Impreza zakończyła się o 21:00 i większość poszła spać (byłam zbulwersowana!), więc postanowiłam się udać się do Talitha-Kum, gdzie wiedziałam, że tańce jeszcze trwają.  Bardzo to była dobra decyzja, bo dzieciaki bawiły się do północy, a potem zaserwowano ciasta, mandazi i tort noworoczny 🙂 Włoszki, które przyjechały na kilka tygodni, przywiozły nawet panettone (coś jak nasze ciasto drożdżowe). Miałam też okazję zobaczyć obchody urodzin z mijającego tygodnia, kiedy solenizanci rywalizują ze sobą w tym kto szybciej nadmucha balona do stanu, żeby pękł 😉 Jedyne na co mogłam narzekać, to zimno, bo noc była bardzo chłodna, czego trochę nie przewidziałam i na świętowanie wybrałam się w sandałkach.

Pierwszy dzień nowego roku też nie minął na próżnowaniu – pół dnia spędziłam na miłym obiedzie z sąsiadami w knajpie przy wodospadach, gdzie zeszło nam się do wieczora zajadając nyama choma i tańcząc 🙂

Sylwestrowe zdjęcia znajdziecie tam gdzie zawsze.

Teraz czas na nowe wyzwania – w czwartek zaczynam pracę w Nairobi, trzymajcie kciuki!

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

…i znowu rok się kończy

Dziś miałam czas. Pierwszy raz od wielu lat. By usiąść, by posłuchać śpiewających ptaków, by ucieszyć się słońcem, by sobie powspominać i się zamyślić… by przeczytać wszystkie coroczne wpisy podsumowujące z przełomu grudniowo-styczniowego. Uśmiechnęłam się nie raz – jeśli mogę coś powiedzieć o ostatnich latach, to były ciekawe 😉

Przypomniałam sobie np, że rok 2008 był dla mnie rokiem św. Ignacego. Jeśli tak, to rok 2011 ochrzciłabym rokiem Matki Teresy. Wiele mądrości i pokory wniosła do mojego życia w tym roku. Jest ona dla mnie niedoścignionym wzorem tego jak zawierzać swoje życie Jezusowi i być narzędziem w Jego rękach. Nie można mierzyć jej świętości liczbą osób, którym podarowała nadzieję i światło, ale należy ją mierzyć ilością światła, jakie wlała w serca ludzi na całym świecie, by mogli je nieść dalej.

To był dla mnie rok spełnienia wielkich marzeń. Takich, w które momentami sama nie wierzyłam. Takich, które nie byłyby możliwe bez Waszej pomocy, wsparcia, mobilizacji. Dziękuję za to, że ten rok mogłam z Wami dzielić w mniejszym czy większym stopniu. To jednak nie te wielkie marzenia, ale te bardzo malutkie, codzienne, sprawiły, że ten rok był szczęśliwy. Dziękuję więc tym, którzy byli najbliżej w moich malutkich radościach i malutkich smutkach. A najbardziej dziękuję Panu Bogu, który przychodził do mnie na tak wiele zaskakujących sposobów i prowadził mnie mocną ręką od pierwszego dnia po ostatni.

Za chwilę Sylwester – w tym roku bez kreacji, bez obcasów, bez znanych przebojów i nawet bez fajerwerków, bo z racji trwającej wolny w Somalii, zostały zakazane… ale za to z ogromną wdzięcznością, otwartym sercem i gorącymi nadziejami.

W 2007 roku napisałam takie ładne życzenia. Pozwolę sobie więc dziś zacytować samą siebie (cóż za niebywała próżność ;))

„Proszę dla siebie i dla Was wszystkich: o mądrość, byśmy potrafili dobrze rozpoznawać właściwą drogę; o wytrwałość, byśmy nie dawali się skusić na przyjemniejszy spacerek na skróty; o wiarę, byśmy nigdy nie wątpili, że ta podróż ma sens i o gwiazdy na niebie, by oświetlały drogę w ciemności i przypominały, że każdy dzień jest cudem.”

W załączeniu do życzeń trochę zaległych zdjęć, do których dopiero się zabrałam – Dzień Uwielbienia w Talitha-Kum oraz kilka zdjęć mojej parafialnej Szopki.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Jeden komentarz

Święta na kenijskiej prowincji

Boże Narodzenie w Kenii było od początku do końca nietypowe. Moja mini-wigilia z rybą po grecku i opłatkami musiała odbyć się w godzinie lunchowej, bo wieczorem zaproszeni byliśmy do pastora na kolację. W pierwszy dzień świąt natomiast wyruszyliśmy razem z moją kenijską rodziną do babci, która mieszka w okolicach Molo, a dokładniej na terenie zwanym Baraka Farm, czyli Błogosławiona Farma (a może Farma Błogosławieństw :)) Prócz naszej trójki dotarły jeszcze dwie córki, kilka wnuczek i wnucząt oraz jedna mała prawnuczka. To bardzo niewielka część całej rodziny. Z powodu jednak ogromnej inflacji i strasznych podwyżek kosztów transportu, reszta postanowiła spędzić święta w swoich domach. Na zdjęciu Mama Allen i jej mama w drugim rzędzie od prawej.

Na farmie spędziłam spokojne dwa dni bez prądu, wody, cywilizacji… robiłam zdjęcia biegającym kurom, jadłam grillowaną kukurydzę, słynne nyama choma (danie wybitnie kenijskie – trochę jak nasza karkówka z grilla ;)) oraz obowiązkową na święta kozę. Największą dla mnie jednak radością kulinarną były śniadania, na które serwowano ciasto i mandazi (nie jakieś tam sklepowe badziewie, ale prawdziwe, pyszne, ręcznie robione przysmaki :)) Wynika to z faktu, że nikt nie będzie udawał się do miasta po chleb, ale dla mnie to oznaka prawdziwego świętowania.

Zakon w Molo

Drugi dzień świąt zaskoczył mnie niespodziewaną wizytą u Sióstr (jakiegoś amerykańskiego zgromadzenia, którego nazwy nawet nie spamiętałam), które zaprosiły nas na Mszę i herbatkę. Okazało się, że jedna z Sióstr była kiedyś w Polsce i wspomina z rozrzewnieniem Częstochowę, a ksiądz odprawiający Mszę przez ostatnie miesiące pisał pracę na temat L’Arche w st. Martin 😉 Świat jest mały – mniejszy od Piaseczna!

Ś.P. Dziadek

Babcia Allena, to sympatyczna pani przed 80-tką. Emerytowana nauczycielka, więc mówiąca po angielsku, bardzo żywotna i uśmiechnięta. Z zachwytem patrzyłam jak wieczorem przy świetle lampy naftowej struga z kawałka drewna nożem wykałaczki. Swojego męża straciła 40 lat temu, a w ostatnich 10 latach również dwójkę dzieci. Jest też bardzo dzielna, mieszkając tam gdzie mieszka. Okolice Molo to jedno z najbardziej w ostatnich latach wyludnianych miejsc w Kenii. Są tu bardzo żyzne tereny, gdzie niegdyś kwitło życie i gdyby nie 2007 rok pewnie kwitło by dalej… W zróżnicowanej etnicznie części Kenii, przy każdych wyborach wybuchały jakieś zamieszki. Te jednak które nastały w 2007 roku (kiedy większość Kenii doświadczyła wojny domowej) okazały się gwoździem do trumny mieszkańców Molo.  Większość się spakowała i postanowiła nigdy przenigdy tam nie wracać. Babcia Allena wróciła. Odbudowała swoją całkiem przepastną posiadłość i próbowała poukładać sobie życie. Niestety po tylu latach wciąż nękają ją kradzieże – ginęło jej bydło, okradali jej dom, pozbawili nawet paneli słonecznych, które niegdyś były źródłem prądu. Wydaje się jednak, że pogody ducha i nadziei nikt nie zdołał jej odebrać!

Jestem wdzięczna za takie święta, które z wielu powodów trudne, ale jednak pozwalające zobaczyć, że w Bożym Narodzeniu jest dużo więcej do odkrycia niż prezenty, kolędy i świecąca choinka…

Zdjęć nie ma wiele, ale trochę znajdziecie na picasie.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz