Jedyna szansa

Wczoraj cały dzień trwały rozmowy wstępne z kandydatami do klas pierwszych. Zaangażowani byli wszyscy nauczyciele – ja też znalazłam swoje miejsce w jednej z pięciu komisji. Rozmowy miały na celu zweryfikowanie dokumentów i wysłuchanie historii dzieci i ich opiekunów. Od samego rana w szkole gromadziły się tłumy chętnych.

Wysłuchałam kilkunastu opowieści o losach porozbijanych rodzin, wczesnej śmierci rodziców, tragediach mniejszych i większych. Najbardziej poruszyła mnie historia drobnego chłopaczka, który ze względu na brak pieniędzy nie rozpoczął szkoły zaraz po zdaniu egzaminów i cały rok spędził z dalszą rodziną na wiosce, ucząc się jak szyć buty. Był tak pogodny i uśmiechnięty, że wszyscy po cichu kibicować mu będą w dalszej rekrutacji. Był też chłopak, który twierdził, że nie zna nikogo ze swojej rodziny, bo od zawsze mieszkał z babcią, a i ona już nie żyje oraz dziewczyna, która wiele przeszła wiele zanim trafiła do st. Aloysius. Wiele też wzruszających historii czytałam w listach maturzystów, które piszą już po zakończeniu szkoły – kiedyś je Wam przytoczę.

Wszyscy pytani o to kim chcą zostać w przyszłości, odpowiadali, że lekarzami, prawnikami, pilotami… mieli dużo nadziei w oczach i aż chciałoby się przyczynić do tego, by ich marzenia (choć bardzo wygórowane, jak na warunki ich życia), mogły się spełnić. Dla większości to jedyna szansa, żeby pójść do szkoły, potem na studia i żeby robić w życiu cokolwiek więcej niż sprzedawać warzywa na targu (co w tutejszym świecie oznacza byciem buisness woman ;)) czy uprawiać kukurydzę.

Niestety jednak, jak zawsze przy takich okazjach, znajdują się ludzie, którzy chcą wykorzystać dobre serca darczyńców. Przypomniało mi się przydzielanie stypendiów socjalnych na studiach, kiedy student mówi, że rodzice są biedni i ledwo wiążą koniec z końcem, a potem odjeżdża spod wydziału jaguarem… tu jednak stawka jest wyższa – dla większości z tych dzieciaków st. Aloysius to być albo nie być. Tymczasem naszym niełatwym zadaniem jest wybranie tych, którzy są najbardziej potrzebujący, bo wszystkich przyjąć nie możemy. Środki do tego, by przekonać szkołę o byciu potrzebującym są często zaskakujące. Niektórzy uśmiercają swoich rodziców, przedstawiając fałszywe świadectwa zgonu (tacy rodzice zwykle w pewnym momencie zmartwychwstają…); inni podszywają się pod swoje rodzeństwo, przedstawiając ich lepsze wyniki egzaminów jako swoje; jeszcze inni zmyślają historie, które mogłyby wzruszyć komisję. Niestety to wszystko bardzo trudno zweryfikować.

Teraz kandydatów czeka ostatni etap, czyli pisemny egzamin z matematyki, angielskiego i swahili w sobotę. Niech jedyna szansa trafi się tym, którzy najbardziej potrzebują.

O Ewa Bartosiewicz

Informatyk i teolog. Podróżniczka i marzycielka. Wielka fanka serialu The Chosen i zielonej herbaty. Nieustannie zakochana w Jezusie i zapalona do głoszenia Jego Ewangelii.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Afryka, Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *