Jedzonko

Z bólem serca niestety muszę przyznać, że jedzenie w Kenii wg mojej opinii jest… fatalne! Pamiętałam to już sprzed dwóch lat i w tej kwestii nic się nie zmieniło. Części naszej grupy nawet smakowało, więc zaczynam się zastanawiać czy to ja się nie robię wybredna na stare lata, ale wszak o gustach się nie dyskutuje.

Sztandarową kenijską potrawą jest mąka kukurydziana zmieszana z wodą, co zwie się ugali. Zwykle podawana jest z mięsem wołowym (które tu jest obrzydliwie twarde i żylaste!) oraz zielonym zielskiem o nazwie sukumawiki (od sukuma – pchać i wiki – tydzień, co daje nam popchnąć tydzień do przodu 😉 )Często zamiast zielska występuje też podgotowana kapusta (niektórzy wiedzą, że tego nie trawię ;)), a ugali może zastąpić ryż albo ziemniaki.

Z bardziej jadalnych rzeczy są moje ulubione chapati, czyli coś w rodzaju naleśników, ale bez jajek oraz mandazi, czyli trochę przypominające pączki, słodkie bułki smażone w głębokim tłuszczu.

Tutaj miałam przyjemność kosztować też dań charakterystycznych dla Kikuju, czyli gederi – potrawa z ziemniaków, mąki kukurydzianej, grochu i kukurydzy oraz mokimo, czyli właściwie coś bardzo podobnego, jedynie z ziemniakami tłuczonymi i zieloną mąką (jakiś dziwny wynalazek ;)).

Szczęście w nieszczęściu z takim jadłospisem, muszę przyznać, że Mama Allen gotuje fantastycznie. Nawet ugali w jej wykonaniu jestem w stanie spożyć i przechodzi mi przez gardło. Gotuje mięso z dużą ilością warzyw i ma do niego anielską cierpliwość.

Z napojów, jest tu tylko jeden jedyny słuszny, czyli herbata z mlekiem. Tutaj czarną herbatę bez dodatku mleka piją jedynie ludzie w skrajnej biedzie, których na mleko nie stać… no i dziwaczni mzungu 😉 Muszę się pochwalić, że umiem już przyrządzać całkiem niezłą „kenyan tea” i powoli zaczynam się do niej naprawdę przyzwyczajać. A to bardzo istotne, bo podczas standardowego dnia w SM wypija się co najmniej 3 kubki. Niestety nie tylko bawarka pozostała Kenijczykom po kolonizacji brytyjskiej, ale również smutne pieczywo toastowe, które ciężko spożyć bez dodatku masła orzechowego.

W każdym razie nie tracę ducha i jem co podadzą, a w skrajnej desperacji sięgam po znaną i lubianą potrawę o nazwie makaron z tuńczykiem (to chyba potrawa włoska ;)) Zrobiłam też zapasy rooibosa, herbaty zielonej oraz cytrynowej, dostępnych bez recepty w pobliskim supermarkecie 🙂

p.s. Na https://picasaweb.google.com/E.Bartosiewicz znajdziecie kilka zdjęć z zeszłotygodniowego wypadu do Nakuru oraz piątkowego spaceru po Naivashy, gdzie znajduje się tzw. chodzone safari 🙂 Reszta zdjęć czeka na przebranie…

p.p.s. Nowa oprawa graficzna z dedykacją dla mojej Mamy 🙂

O Ewa Bartosiewicz

Informatyk i teolog. Podróżniczka i marzycielka. Wielka fanka serialu The Chosen i zielonej herbaty. Nieustannie zakochana w Jezusie i zapalona do głoszenia Jego Ewangelii.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Afryka, Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *