Szalony tydzień wizyt wszelakich

Wizyty rozpoczęły się już we wtorek, kiedy gościłyśmy we wspólnocie przedstawicielki Zarządu Generalnego w postaci Cath z Wielkiej Brytanii i Carmen Margarity z Puerto Rico 🙂 Oprócz indywidualnych bardzo sympatycznych rozmów z Siostrami, były też spotkania całej wspólnoty, a to okazało się nie takie proste do skoordynowania, bo 2/5 z nas posługuje się językiem francuskim, a 3/5 angielskim. Wizytujące Siostry oczywiście zgrabnie manewrowały między jedynym i drugim (cały Zarząd posługuje się – przynajmniej biernie – trzema językami: angielskim, francuskim i hiszpańskim), ale my nie rozumiałyśmy się wzajemnie 😉 W końcu stanęło więc na rozmowie po polsku i tłumaczeniu na angielski. Ja za to nauczyłam się nowego francuskiego zwrotu używanego często przy obiedzie: tres bon 😉

Z kolejną krótką wizytą na herbatkę w środę przybyli Patryk i Przemek (dzięki chłopaki! :)). Zapraszam ponownie 🙂

Natomiast już w środę wieczorem udałyśmy się z wizytą my – do naszych zasłużonych Sióstr, które wyprzedziły nas w drodze do Królestwa. Było to uwieńczenie naszej wielotygodniowej pracy na cmentarzyku, kiedy mogłyśmy stanąć i spojrzeć na płonące znicze, ułożone kwiaty i uprzątnięte alejki. Odmówiłyśmy specjalną modlitwę w intencji naszych bliskich zmarłych oraz ponad setki Sióstr spoczywających na cmentarzyku, które wymieniłyśmy z imienia i nazwiska.

_________________________________________________

Tymczasem gdzieś w tle tego-tygodniowego świętowania i rozważania dyskusje na temat szatańskiego warzywa, które z roku na rok przybierają coraz ostrzejszą formę. Dla mnie, wychowanej jednak po części w Stanach, to wszystko zadziwiające i zupełnie nietrafione jeśli chodzi o założenia halloweenowe. Nikt z moich znajomych w USA nie był satanistą, a wszyscy, łącznie ze mną, bawili się znakomicie chodząc po domach i zbierając cukierki. To była okazja, żeby sąsiadka, która normalnie nie ma dla mnie czasu uśmiechnęła się życzliwie i obdarowała słodkościami. To był czas kreatywnego krojenia lampionów i wymyślania strojów… Zarówno w Stanach jak i na zachodzie, obchody halloweenowe przypominają znacznie bardziej nasze zabawy karnawałowe niż wywoływanie duchów! Wiem, że to nie polskie (podobnie jak choinka), wiem, że pogańskie (podobnie jak topienie marzanny), ale spróbujmy szukać dobra we wszystkim. Jestem głęboko przekonana, że Chrześcijanin może zarówno po Bożemu świętować Halloween jak i skandalicznie bezbożnie świętować Boże Narodzenie i Wielkanoc. Zostałam zachęcona do tego, żeby w ogóle się w tym temacie wypowiadać, po przeczytaniu artykułu, który w znacznej mierze moje poglądy odzwierciedla. Szkoda tylko, że w Wyborczej, bo zostanie spalony na stosie antyklerykalnych głosów mediów…

_________________________________________________

Tymczasem nasze polskie tradycje zaduszkowe mają się doskonale! W piątek z wizytą przyjechała Tunia i wybrałyśmy się do galerii jezuitów na otwarcie nowej wystawy zaduszkowej. Poprzednia, poświęcona sztuce współczesnej, choć traktowała o losach człowieka żyjącego, tchnęła grozą duchowej śmierci i pustki. Natomiast nowa wystawa fotografii, choć bezpośrednio traktowała o śmierci – zdjęcia przedstawiały opuszczone cmentarze, zniszczone groby i połamane krzyże – była po brzegi wypełniona obietnicą życia! Tym razem wyszłam podbudowana.

Wczoraj natomiast udałyśmy się do mojej pobiedziskiej parafii św. Ducha, gdzie po wieczornej Mszy zapowiedziane były Zaduszki Poetyckie. Byłyśmy obie bardzo pozytywnie zaskoczone przygotowaniem młodzieży z pobliskiego gimnazjum, które recytowały wiersze oraz poziomem gry zespołu, który w przerwach zapodawał piękne piosenki na dwie gitary, pianino i wokal księdza wikarego 🙂

A na koniec upiekłyśmy wyśmienity biszkopt – oczywiście z jabłkami 😉 Weekend równie udany jak ciasto. Dzięki, Tunia 🙂

Ja natomiast zakończyłam tydzień jeszcze jedną wizytą! – tym razem w poznańskim duszpasterstwie akademickim. Miło było znowu posłuchać studenckiej scholi i studenckiego kazania… oj miło 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Sacre Coeur | Dodaj komentarz

Medalik, Duch Św. i Miecz, czyli tydzień czwarty

dwie Ewy naszej wspólnoty 🙂

Ten tydzień rozpoczęłyśmy od poważnego świętowania. Była wspólnotowa Msza, potem uroczyste śniadanie, uroczysty obiad i uroczysta kolacja. Wszystko to za sprawą przyjęcia mnie i Gosi (drugiej Kandydatki) do Zgromadzenia. Dostałyśmy medaliki ze św. Matką Założycielką – Magdaleną Zofią Barat, które możemy teraz z dumą nosić 🙂

Również z innych powodów, tydzień rozpoczął się całkiem ciekawe, bo tym razem zamiast elektroniki samochodowej, wdrażana byłam w tajniki fachu hydraulicznego. Pojęcie spirali hydraulicznej nie jest mi już obce 😉 A pomyśleć, że jeszcze niedawno wydawało mi się, że zakonnice to panienki z dobrych domów, co zajmują się tylko wyszywaniem i pieczeniem ciast 😉

________________________________________________

W czwartek zupełnie przypadkiem trafiłyśmy na Mszę dla kandydatów do bierzmowania z naszej parafii. Twarze nam już znane, bo w ramach przygotowań mają obowiązek raz w tygodniu być na różańcu i Mszy, więc co i rusz się na nich natykamy. Tym razem był ich jednak cały kościół i był to widok raczej tragiczny. Tu ktoś gadał, tam się śmiali, gdzieś indziej ktoś coś klikał na telefonie. Nawet ci, którzy się przyzwoicie zachowywali, zdawali się być zupełnie niezainteresowani tematem. Pierwsza moja reakcja była złością: „po co wy tu w ogóle jesteście, jeśli zupełnie tego nie czujecie? czy ktoś wam kazał przyjmować bierzmowanie? pewnie się boicie, że ślubu wam nie dadzą – a po jakie licho wam ten ślub w kościele jak Pan Bóg was zupełnie nie obchodzi!?”. Potem jednak złość mi przeszła i uświadomiłam sobie bardzo smutną prawdę – ja byłam dokładnie taka sama w ich wieku…

Swojego bierzmowania nie pamiętam prawie wcale. Pamiętam, że nie znosiłam swojej katechetki. Kazała nam na uroczystość założyć spódnice, więc – na złość jej – uszyłam sobie specjalnie spodnie. Sam sakrament nic dla mnie nie znaczył. Pan Bóg niby był w jakiś sposób ważny, ale jeszcze wtedy nie wiedziałam w jaki i zdecydowanie bardziej się Go bałam niż potrafiłam kochać…

I mam dziwne przeczucie, że ta Łaska i ten Duch, którego wtedy otrzymałam zupełnie niezasłużenie, do dziś rozpala moje serce w miłości do mojego Stwórcy i z każdym dniem uzdalnia mnie do tego, bym mogła Panu Bogu służyć jak najlepiej.

Zastanawiałam się, co ja bym teraz mogła powiedzieć tej młodzieży, która tak bardzo zajęta sobą, swoimi sprawami, zaistnieniem w grupie, byciem „kimś”, że nie ma tam zupełnie miejsca dla Jezusa. Stwierdziłam, że nie wiem. Do mnie by nic nie przemówiło, nikogo bym wtedy nie posłuchała, a już na pewno nie jakiejś zakonnicy, która codziennie biega na Mszę do kościoła 😉 Więc teraz po latach mogę tylko powiedzieć, że dziś żal, że swojego Bierzmowania nie przeżyłam z należytą radością, że nie pozwoliłam sobie, by się otworzyć na Boga i już wtedy zrozumieć więcej. Może moje życie potoczyłoby się inaczej… a może właśnie tak na około miało być…

____________________________________________

Tymczasem od piątku gościliśmy u siebie „Rekolekcje z mieczem” organizowane przez Wspólnotę Życia Chrześcijańskiego. Niesamowita sprawa! Przyjechało 30 panów w bardzo różnym wieku – od 21 do 50 lat. Pochodzą z różnych miast i robią bardzo różne rzeczy w życiu. Połączyło ich jedno – pragnienie bycia prawdziwymi mężczyznami w świecie ospałych lalusiów i agresywnych macho-menów. I wspaniale, bo wszak i my chcemy być w głębi serca prawdziwymi kobietami wśród prawdziwych mężczyzn! Nie wiem co się dzieje na samych zajęciach, mogę Wam jednak zdradzić, że naprawdę przywieźli ze sobą miecze – jak mówią – do walki duchowej. Zostałam natomiast zaszczycona zaproszeniem na rekolekcyjne Msze. Serce wyrywa się do Nieba jak się słyszy kilkadziesiąt męskich głosów śpiewających Anioł Pański na czele z o. Rafałem, w którego głosie wyraźnie czuć zaśpiew operowy 🙂

Przeczytałam gdzieś ostatnio, że James Bond jest ideałem, którym chciałby być każdy mężczyzna i z którym chciałaby być każda kobieta. No cóż… chyba jednak nie chciałabym być jedną ze 120 dziewczyn Bonda i tylko pięknie wyglądać przy jego akcjach… ale wiem kto mi dużo bardziej imponuje. Ideał mężczyzny, który jest łagodny, ale zarazem stanowczy; opiekuńczy, ale zarazem dający wolność; Pokorny, ale wiedzący czego chce; gotowy oddać życie za tych których kocha. To po prostu Jezus… i każdy mężczyzna, który chce iść Jego śladem. Dlatego od mężczyzny przelatującego samochodem przez urwiska, wolę tego który klęczy wpatrzony w Najświętszy Sakrament. Dziękuję weekendowym rekolektantom, że są jeszcze tacy mężczyźni 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Sacre Coeur | Dodaj komentarz

Kuchnia, garaż i liturgia, czyli tydzień trzeci

Tydzień gotowania został zakończony, ku mojej ogromnej radości. Na szczęście obyło się bez ofiar, bo nawet nie byłoby jak jechać do szpitala. Nasza dzielna Astra odmawiała bowiem współpracy dopóki nie została podpięta do prostownika, a tenże domagał się wymiany bezpiecznika. Oprócz więc zgłębiania tajników kuchni,  zapoznałam się z kolejnymi częściami miasteczka w poszukiwaniu stacji benzynowej.

W weekend natomiast gościliśmy grupę z neokatechumenatu, więc miałam okazję po raz pierwszy uczestniczyć w ich specyficznej Eucharystii. Zostałam z różnych stron uprzedzona o jej inności, bym była przygotowana na to co zastanę. Chyba nic jednak nie jest w stanie mnie już zaskoczyć, bo wszak bywałam i na „pamiątkach” Świadków Jechowy i na nabożeństwach Zielonoświątkowców… więc cóż może być tak radykalnego wewnątrz tradycji katolickiej? Liturgia była wzruszająca – z mocnymi świadectwami i ważną homilią. Bardzo się cieszę, że choć na chwilę mogłam być częścią czegoś co kiedyś wydawało mi się tajemniczym dziwactwem, a dziś zyskało moją sympatię i zapisało się wartościowymi doświadczeniami w moim trzecim tygodniu 🙂

Z pięknej jesieni już niewiele zostało, prócz ton liści do zgrabienia z naszej uliczki. Pobiedziska zasnuła gęsta mgła, która tym bardziej sprzyja delektowaniu się niedzielną ciszą… zakłóconą jedynie dźwiękami pianina i głębokim głosem Gintrowskiego, który brzmi dziś naprawdę jak z zaświatów…

Zaszufladkowano do kategorii Sacre Coeur, Uncategorized | Dodaj komentarz

Odpust, wystawa i jesień, czyli tydzień drugi

W Pobiedziskach złota polska jesień zaczęła królować na dobre. Wybrałam się dziś na przepiękny spacer dookoła jeziora i jego owoce znajdziecie już w galerii. Słoneczko grzało i cudownie oświetlało liście w złocie i czerwieni. Czego więcej chcieć na niedzielne popołudnie? 🙂 Może tylko trochę  ciepełka w klasztornych murach, ale powoli kaloryfery robią się ciepłe, a mnie wciąż grzeje pewien cieplutki kocyk, więc nadzieja jest 🙂

Tymczasem dokładnie tydzień temu, miałyśmy okazję wspólnotowo wyjechać do Poznania na odpust Matki Boskiej Różańcowej u jezuitów. Byłyśmy na bardzo miłej wycieczce po mieście, a potem była okazja spotkać się z odchodzącym superiorem na ostatniej jego herbatce. Msza św. była bardzo uroczysta, a na koniec zostałyśmy na operowe śpiewy w wykonaniu zespołu księży (wyjątkowo dobrze słuchało się tego w kościelnych murach i koiło serce na koniec dnia :))

niebo z papieru

W międzyczasie wybrałyśmy się jeszcze do jezuickiej galerii, gdzie znajdowała się wystawa o tajemniczym tytule „niepojmowalne” i iście niepojmowalna była… Ja od samego początku byłam zniesmaczona. W pierwszej sali przedstawiony był film na którym ktoś w przyspieszonym tempie ćwiartował jakiegoś rogatego zwierzaka. W drugiej był film gdzie człowiek, leżący głową na stole i zalany od pasa w górę woskiem, płonął żywym ogniem, aż zostały z niego zgliszcza. W kolejnej sali rozwieszone były zdjęcia innego, który najpierw przywiązał się do krzyża, potem na nim wisiał, a następnie z niego zszedł… i była tylko jedna sala, gdzie wystawa budziła jakiekolwiek pozytywne emocje, choć wcale nie od początku. Kiedy się do niej wchodziło, widać było rozwieszony na suficie ogromny pognieciony papier. Dopiero kiedy włożyło się głowę przez jeden z otworów, roztaczał się przed nami krajobraz białych drzew rosnących aż do sufitu – pięknie!

Ja wychodząc z wystawy byłam zbulwersowana i oburzona na jezuitów, że taką wystawę pozwolili u siebie zrobić (ponoć na prośbę jakiegoś niemieckiego współbrata). Zostałabym chyba z takim poczuciem, gdyby nie słowa jednej z moich Sióstr przy kolacji. W jej mniemaniu to miało jakiś głębszy sens – to, że nasze życie pełne jest negatywnych uczuć, frustracji, lęku, złości… i cały czas prowadzi przez krzyż… ale na końcu czeka Niebo i tam dopiero nasze serce zazna pokoju i radości. Wystawa nie stała się dla mnie bardziej pojmowalna… ale za to przestała być oburzająca. Pozwoliła ucieszyć się pokojem w sercu. I przepiękną w tym roku jesienią 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Sacre Coeur, Uncategorized | Dodaj komentarz

Chwasty, jabłka i czekolada, czyli pierwszy tydzień w klasztorze

Klasztor i szkoła

Wszystkich, którzy spodziewali się, że podczas pobytu w Pobiedziskach będę robić szaliki na drutach lub napiszę książkę o Afryce, niestety będę musiała zawieść. Moje dni wypełnione są tak mocno, że dopiero dziś mam chwilę, by donieść Wam o rozwoju wydarzeń.

Mieszkam w ogromnym klasztorze, gdzie jeszcze do zeszłego roku funkcjonowała szkoła – gimnazjum i liceum prowadzone przez Siostry. Dziś szkoły już nie ma, a moja pięcioosobowa wspólnota ma na głowie całą ogromną chatę (w zasadzie każda mogłaby dostać swoje piętro ;)). Pośród moich Sióstr jestem najmłodsza, ale młodością ducha dorównują mi wszystkie – radości zdecydowanie nie brakuje 😉

Moją posługę klasztorną rozpoczęłam z rozmachem w poniedziałek, wybierając się na nietypowe spotkanie z najstarszymi z najstarszych Sióstr w okolicy. Cały poranek spędziłam bowiem na odchwaszczaniu naszego małego cmentarzyka, który zarósł niemiłosiernie. Od razu pojawiły mi się jakieś wzniosłe przemyślenia na temat tego jak zło w tym świecie doskonale przeplata się z dobrem i już w zasadzie nie wiemy co chwasty a co kwiaty 😉

Kolejne dni mijały pod znakiem jabłek, które opanowały cały nasz ogród, urywając nawet gałęzie na jabłoniach. Zrywanie, zbieranie, obieranie, krojenie, gotowanie, układanie…  a teraz w kuchni „okropność! przyznacie to sami. jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami, duszone są jabłka, pieczone są jabłka, i z jabłek szarlotka i kompot i babka!”

Poza tym gościmy kolejne grupy na rekolekcje i skupienia, a ja powoli oswajam się z nowymi obowiązkami i wchodzę w klasztorny świat. Póki co jeszcze nie miałam swojego dyżuru w gotowaniu, więc wszyscy zdrowi 😉 Może to się jednak zmienić od przyszłego poniedziałku, więc proszę Was o szczególną modlitwę, żebym umiała wyczarować coś więcej niż grzanki z grzybkami 😉 W międzyczasie zostałam też specjalistką od robienia gorącej czekolady (dzięki Asiu!), która chyba przyjmie się w naszej wspólnocie – bardzo dobrze komponuje się z jabłkami!

Serdecznie pozdrawiam Was wszystkich i dziękuję za Waszą pamięć 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Sacre Coeur, Uncategorized | 3 komentarze

Zielona Wyspa i koniec wakacji

W Irlandii byłam już po raz trzeci za sprawą odwiedzin u Dorotki i Piotra. Za każdym razem jest to jednak nieco inna wizyta. Tym razem gwoździem programu – i gwoździem do moich nerwów – był mój wspaniały chrześniak Antoni 😉 Z jednej strony to przeuroczy kochany dzieciaczek, który wywołuje uśmiech na twarzy co chwilę, ale z drugiej strony czasami jest w nim coś z potworka, którego ma się ochotę udusić gołymi rączkami – bunt dwulatka teraz dzieci przeżywają jakoś podejrzanie wcześnie 😉

W weekend udało się zrobić dwudniową wycieczkę na zachód Irlandii. Naszym celem były klify moheru znane z panujących tam mgieł i deszczów. Nasze doświadczenia niestety nie były odmienne. Wiało, padało, widoczność była do bani… szybko schowaliśmy się do środka w Centrum dla Odwiedzających, gdzie można było na otarcie łez zobaczyć zdjęcia klifów w pięknym słońcu 😉 Zziębnięci, zmęczeni i rozczarowani ruszyliśmy do hotelu, który okazał się być bardzo daleko.

Nasze humory zmieniły się jednak z chwilą dotarcia na miejsce. Hotel okazał się niezwykle przytulny, a pani gospodyni przywitała nas niezwykłą irlandzką gościnnością. Podczas śniadania nawet oferowała, że zajmie się Antosiem, byśmy mogli spokojnie zjeść. Miód na serce 🙂 Dostaliśmy też namiary na warte do odwiedzenia miejsca w okolicy i tym razem wśród pięknej pogody wyruszyliśmy na podbój Connemary. To co zobaczyliśmy, przerosło nasze oczekiwania. Były jeziora, góry, zameczki, opactwa i nawet plac zabaw, gdzie po drodze mały szaleniec mógł się wybiegać do woli! Bilans weekendowy wyszedł więc na zdecydowany plus i zachodnia Irlandia pozostawiła miłe wspomnienia.

W tygodniu natomiast, kiedy wszyscy byli w pracy, ja wyruszałam na samotne zwiedzanie Dublina i w końcu nadrobiłam obowiązkowe punkty miasta. Dobre wrażenie zrobił na mnie Dublin Castle i muzeum Wikingów, które jest bardzo ciekawie pomyślane. Poza tym zrobiłam sobie wycieczkę rowerem do ogrodu botanicznego, a ostatniego dnia pojechałam na wybrzeże, by zobaczyć lokalne klify dublińskie (trochę na pocieszenie ;)). Oczywiście – jak to ja – musiałam się gdzieś zgubić i zamiast dwóch godzin szłam cztery… Przynajmniej pozostałam oryginalna i zwiedziłam nieznane sztampowym turystom zakamarki półwyspu 😉

Zapraszam do obejrzenia irlandzkiej galerii. Wszystkie zdjęcia znajdziecie tutaj.

Po powrocie wpadłam w wir spotkaniowy i w zasadzie ciężko mnie z niego wyciągnąć. Jak dobrze policzyć, to często mam ponad 9h spotkań dziennie, czyli dobrze ponad etat… chyba jednak nie powinnam narzekać, bo może się okazać, że jeszcze za tym wirem zatęsknię wśród dni wypełnionych ciszą i kontemplacją 😉 Poza tym kiedyś wakacje muszą się skończyć – a były wszak i tak nieprzyzwoicie długie!

Zaszufladkowano do kategorii Podróże, Uncategorized | Dodaj komentarz

O tym jak Bóg nauczył mnie latać

Kiedy szybuje się wysoko w powietrzu, patrząc na maleńki świat, trudno nie pomyśleć o tym jak fantastycznie został on stworzony i jak cudownie, że możemy być jego częścią.

Pan Bóg nie tylko sprawił, że mogłam pojechać do Chorwacji i odbić się od ziemi naprawdę wysoko, ale przede wszystkim codziennie sprawia, że spełniają się moje największe marzenia w często zaskakujący sposób.

Sam wyjazd był fantastyczny! Chorwacja jeszcze piękniejsza niż pamiętałam. Nawet upał tak bardzo nie doskwierał, kiedy spacerowało się wąskimi uliczkami w przemiłym towarzystwie lub żeglowało w powietrzu wysoko nad drzewami. Co prawda  nie obeszło się bez incydentów – dwie osoby lądowały na drzewach (w tym ja, choć to była wersja lajtowa ;)), jedna przydzwoniła w stok, a inna została na jakiś czas paralitykiem. Mieliśmy też przypadek wieloosobowościowej głębokiej dysfunkcji startowej (Deep Starting Disorder)… ale zakończenie było szczęśliwe jak w każdej dobrej bajce 🙂

Dla mnie to był ostatni duszpasterski wyjazd i czas wielu podsumowań. Za chwilę bowiem zaczynam zupełnie nowy rozdział swojego życia w zakonie Sacre Coeur… Wiele musiało się wydarzyć nim doszłam tu gdzie teraz jestem. Wszystko jednak było ważne i cenne – nie wymazałabym ze swojego życia nawet jednego dnia. Musiałam płakać, by odnaleźć radość; musiałam zweryfikować swoje marzenia, by odnaleźć szczęście i musiałam pojechać na drugi koniec świata, by przypomnieć sobie, że Jezus jest moją największą Miłością i by dostać zaproszenie, którego nigdy się nie spodziewałam.

Kiedyś chciałam, żeby Bóg dał mi siłę, bym mogła szybciej biegać. On nauczył mnie latać.

Zaszufladkowano do kategorii Paralotnie, Uncategorized | Dodaj komentarz

Gościnnie w Gościu

We wczorajszym wydaniu Gościa Niedzielnego pojawił się artykuł na temat mojego wyjazdu. Niestety jest dużo słabszy niż pierwotny draft jaki został później zmieniony w wyniku nacisków redakcji. Argumentem było to, że trzeba pisać o owocach jakie konkretnie zaistniały w moim życiu po powrocie. Tylko że owoce są często niewidoczne i ukryte za zasłoną Bożego planu… Nie chciałabym rozstawać się z Gościem jak Hołownia z Newsweekiem, ale chcę podzielić się z Wami tym, co dużo bardziej oddaje ducha Bożego prowadzenia i wspólnego podróżowania po Czarnym Lądzie… miłej lektury 🙂

Afrykańska lekcja. – Europa potrzebuje ducha Afryki – uważa Ewa Bartosiewicz, która po blisko roku spędzonym w Kenii wróciła do Warszawy.

Po raz pierwszy na Czarnym Lądzie stanęła trzy lata temu. Podczas miesięcznego spotkania młodzieży jezuickiej (MAGIS), które w tamtym czasie odbywało się w Kenii.
– Liznęłam czegoś, co myśmy już dawno zatracili – radości z prostych rzeczy. I obiecałam sobie, że jeszcze tu wrócę – wspomina Ewa Bartosiewicz z Duszpasterstwa Akademickiego „Dąb”.

2 zł dziennie

Przygotowania do wyjazdu trwały dwa lata.
– Nie dostałam nagłego olśnienia Ducha Świętego, ale bardzo powoli wzrastało we mnie pragnienie powrotu do kraju, w którym zna się swoich sąsiadów, nadmiernie nie dba o przyszłość  i żyje dniem dzisiejszym. A im bardziej plany mojego wyjazdu konkretyzowały się, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że to Jego dzieło – wspomina.
O organizację całego przedsięwzięcia od „a do zet” zatroszczyła się sama.
– Nie chciałam wiązać się z żadną organizacją, która finansuje wyjazd. Oni mieliby gotowy plan na mój pobyt, a ja chciałam zostawić sobie przestrzeń do działania. Czułam, że na miejscu będę wiedziała, jak wykorzystać ręce gotowe do pacy – mówi.
Największym problemem były finanse. Bo skoro nie organizacja, to kto pokryje koszty? O materialne wsparcie poprosiła swoich znajomych. E-maila z nietypową prośbą rozesłała do ponad 120 osób. Wypaliło. Na apel o wpłacanie choćby 2 zł dziennie odpowiedziało 30 chętnych.
Została jeszcze kwestia pracy.
– Ubiegałam się o bezpłatny, roczny urlop, ale nie przyznano mi. Po czterech latach zrezygnowałam z pracy w banku – wspomina Ewa.
I miejsca, do którego skieruje pierwsze swoje kroki…

Bieda, która ubogaca  

Namiary na kenijski ośrodek St. Martin dostała od znajomych z duszpasterstwa. Placówkę zajmującą się pomocą osobom upośledzonym, sierotom, dzieciom ulicy, osobom uzależnionym czy nosicielom wirusa HIV założył w Nyahururu w 1997 roku włoski kapłan, po tym jak odkrył, że niepełnosprawni członkowie rodzin są wstydem dla domowników. Ukrywani przed swatem żyją w nieludzkich warunkach. Z czasem zaczął zajmować się także innymi wykluczonymi ze społeczeństwa. Według zasady „Tylko przez wspólnotę”.
Ośrodek współpracuje z ok 300 wolontariuszami – mieszkańcami wiosek. Ich zadaniem jest mobilizowanie do pomocy lokalnej społeczności np. organizując wśród najbliższych szkolną wyprawkę dla dziecka sąsiadów.
– Ku mojemu zaskoczeniu moim zadaniem nie była pomoc ubogim. W ośrodku wyjaśniono mi, że jestem tu po to, by ubodzy mogli mi pomóc. Bo często nasza pomoc wynika z tego, że czujemy się od kogoś lepsi – wspomina Ewa Bartosiewicz.
Przez cztery miesiące od września do grudnia przyglądała się pracy wolontariuszy. Jeździła z nimi „w teren” – do biednych wiosek, spotykała się z ludźmi, pomagała w biurze. I chłonęła doświadczenia. Także te codzienne.
– Pierwszy raz byłam na pogrzebie, na którym rodzina i przyjaciele tańczyli wokół trumny zmarłego… Były przemówienia i podziękowania. Nie sposób było nie  odnieść wrażenia, że tego dnia prawdziwie świętowaliśmy życie zmarłego, a nie  jego śmierć – wspomina Ewa.

Korki jak w Warszawie

Będąc jeszcze w Nyahururu przez znajomą Kenijkę nawiązała kontakt z jezuicką szkołą w Nairobi. Nowoczesna, na dobrym poziomie placówka przeznaczona była dla dzieci z ubogich slumsów.
– To był typowy wolontariat. Ze względu na moje informatyczne wykształcenie, w języku angielskim prowadziłam lekcje obsługi komputera. Ale bez wynagrodzenia – tłumaczy Ewa Bartosiewicz.
Utrzymanie w stolicy było najdroższe. Średnio miesięcznie wydawała ok. 600 zł. W stolicy nawet i dwa razy tyle.
– Na szczęście odszedł koszt dojazdów – do pracy chodziłam piechotą, i częściowo koszty utrzymania – zatrzymałam się w gościnie u cioci poznanej Kenijki – wyjaśnia Ewa.
Znajomi z Polski co miesiąc przesyłali pieniądze. O bardzo różnej wysokości – od 10 zł do ponad 100. Z tego wszystkiego niekiedy wychodziła pokaźna suma – 1700 zł.
– Przyjęłam taką zasadę, że to co mi zostanie, przeznaczę na lokalny cel. Praktycznie co miesiąc mogłam wspomóc organizację, której aktualnie pomagałam – wspomina.
Stolica Kenii – Nairobi jest prawie europejskim miastem. Ludzie nie noszą tradycyjnych strojów, żyje się dostatnio. Jest to też miejsce niesamowitych kontratów – obok każdego osiedla willowego znajdziemy ciągnące się kilometrami smlumsy. Korki są  większe niż w Warszawie, ale woda w kranie pojawia się dwa razy w tygodniu.
– Nie był to barwny i ciekawy czas do opowiadania. Za to miałam go dużo, by poukładać osobiste sprawy . Codziennie mogłam przeznaczać godzinę na modlitwę w szkolnej kaplicy. W Nairobi przeżyłam  Wielki Post. To też dla mnie szczególny czas kiedy miałam okazję bywać w slumsach. To jedno z miejsc gdzie najbardziej widać radość dnia codziennego, która promienieje z twarzy ludzi nie mających naprawdę nic prócz kartonowego dachu nad głową – wyjaśnia Ewa.

Europejska lekcja pokoju

Najbarwniejszy etap afrykańskiego życia rozpoczął się w Masrabit. To dość egzotyczna część Keni. Ludzie żyją tu w tradycyjny sposób bez wody i prądu w lepiankach, które można zbudować w jedną noc. Ich jedynym źródłem utrzymania są zwierzęta. Turyści przyjeżdżają do takich miejsc robić zdjęcia. Problem w tym, że okoliczne plemiona są ze sobą w konflikcie. Czasami dochodzi do rękoczynów i zabójstw.
Dlatego kilka lat temu wraz z grupą studentów przyjechała tu Elizabeth Kanini. 40-letnia Kenijka studiowała kierunek nauk społecznych ze specjalnością zajmującą się budowaniem pokoju. Teraz poprzez edukację chciała wprowadzić go w Masrabit.
W pobliskich wioskach zaczęły pojawiać się „szkoły”. Na początku na spotkanie z najbardziej wykształconym mieszkańcem wioski zaczęły przychodzić dzieci. Z czasem, wieczorami także i wojownicy – najbardziej barwnie ubrani mężczyźni odpowiedzialni za zwierzęta i bezpieczeństwo w wiosce. Po dwóch latach funkcjonowanie edukacyjnego programu w okolicy Masrabit powstało 10 takich „szkół”, do których uczęszcza ok. 20 osób z wioski.
Położoną na końcu kenijskiego świata krainę wskazała Ewie znajoma pewnego Polaka, poznanego przypadkowo jeszcze w Nairobi. Na miejscu okazało się, że razem z Kanini może nadzorować pracę nauczycieli. I u niej mieszkać. Sama także miała pewien wkład w tamtejszą edukację.
– Na przykładzie historii Europy chciałam pokazać, że pokój jest możliwy. Dało im to do myślenia. Bo w końcu ktoś musiał komuś przebaczyć, żeby konflikt ustał – wspomina.

Podróż przez sieć

Razem z Ewą po Kenii podróżowali także jej znajomi. Tyle że wirtualnie. Na newsletter „Wieści z Kenii”, który co miesiąc rozsyłała  zapisało się ponad 60 osób. Niektórzy śledzili także jej bloga. Kilkunastu czytelników poprzez e-maile regularnie dzieliło się swoimi przeżyciami z wirtualnej podróży.
– Zaczęli doceniać to, czego do tej pory żyjąc w biegu nie zauważali – wodę w kranie, pracę, darmową edukację. Dotykało ich również to, że w Afryce ludzie żyją w dużo większym ubóstwie, a mimo to są szczęśliwi – mówi. I dodaje: – Kenijczycy nie martwią się o niepotrzebne rzeczy i za wszystko dziękują Bogu. Oni naprawdę wierzą, że Bóg może zmienić ich życie.
Kontakt z Polską dodawał jej także sił podczas trudnych chwil.
– Miałam podejrzenie malarii i poważną infekcję bakteryjną w pewnym momencie. Wiele osób modliło się wówczas za mnie. A ja z dnia na dzień zdrowiałam. Wsparcie z Polski nie pozwoliło mi także pogrążyć się w smutku, choć byłam tu sama bez bliskich mi osób w pobliżu –  wspomina.

Duch Afryki

Po blisko rocznym pobycie w Kenii, 22 lipca Ewa wylądowała na stołecznym lotnisku. Było spotkanie w kameralnym gronie ze znajomymi z jezuickiego duszpasterstwa oraz Msza św. w intencji wszystkich, którzy w tym czasie wspierali duchowo i materialnie podróżniczkę.
– Moje doświadczenia nie są jeszcze do końca zebrane. Wiem na pewno, że z tego pobytu coś głęboko we mnie zostało. W Europie myślimy, że to Afryka potrzebuje naszej pomocy, tymczasem to my potrzebujemy ducha Afryki. Coraz bardziej dojrzewa we mnie chęć dzielenia się tym właśnie duchem – mówi.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka | Dodaj komentarz

Bliżej Nieba

Minęły 2 tyg. Dużo i niedużo. „Jak się czujesz po powrocie?”. „Jakbym nigdy nie wyjechała” – odpowiadam. To dziwne uczucie, którego się nie spodziewałam. Trzy lata temu europejska rzeczywistość uderzyła mnie z ogromną siłą. Nie umiałam się odnaleźć w zachodnim świecie po tym co widziałam w Afryce. Tym razem wróciłam do domu. Może dlatego, że jestem dojrzalsza o wiele doświadczeń i widzę trochę więcej. Ani w Polsce nie jest lepiej, bo żyjemy w wolnym, pięknym i całkiem bogatym kraju, ani w Kenii nie jest lepiej, bo ludzie żyją dniem dzisiejszym i potrafią cieszyć się z małych rzeczy… ale najlepiej jest tam, gdzie umiemy znaleźć Boga i pokój serca.

Tym razem odnalazłam się na Słowacji. Prawdziwie był to czas bliżej Nieba. Nie tylko dlatego, że naprawdę udało się polecieć całkiem wysoko i poczuć wiatr wolności we włosach, ale przede wszystkim dlatego, że było czuć Bożego Ducha między nami. W porannym śpiewaniu, w drobnych codziennych gestach, w naszych słowach i nawet w cichym poszczekiwaniu biegającej Myszy.

Miałam okazję mocno odczuć łaskę od Pana Boga, kiedy bezbłędnie udawały mi się starty, ale zarazem powalczyć z własną słabością kiedy po raz kolejny nie umiałam dobrze wylądować. I jedno i drugie tak bardzo potrzebne nam jest do wzrastania. Był to jednak przede wszystkim czas wdzięczności za wspólnotę ludzi, którzy szukają tego co ja i wzajemnie wspierają się w tych poszukiwaniach.

Dziękuję za piękny czas łaski. Za to, że Ewa znalazła Adama. Za świadectwo Tosi, która połamała się pierwszego dnia i nie oddawszy ani jednego lotu potrafiła się dzielić z nami swoim uśmiechem. Za pomyślne wiatry i chłodną wodę w jeziorze; za ciepłe wieczory i niesplątane linki; za to, że po raz kolejny przypomniałam sobie, że „ci, którzy Jahwe ufają” nie zawiodą się nigdy.

Tymczasem paralotnie polecam każdemu, kto chciałbym choć na chwilę wzbić się w powietrze. Szczegóły na www.latanie.waw.pl

 

Zaszufladkowano do kategorii Paralotnie, Uncategorized | Dodaj komentarz

Pożegnanie z Afryką – cz. III – Nairobi

Tu pożegnania były rozległe i wielowątkowe. Specjalnie zarezerwowałam na nie aż dwa tygodnie, ale oczywiście okazało się, że wszystko zwaliło się na ostatnie 3 dni. Powrót do szkoły był bardzo sympatyczny – nauczyciele i uczniowie przywitali mnie bardzo ciepło.

Wiele osób złożyło się na to, że czas w Nairobi był owocny i starałam się ze wszystkimi jeszcze zobaczyć.

Przede wszystkim Ruth, mały Paul i Rasoa (zwana również Maxyne), z którą mieszkałam w jednym pokoju. Oni byli tu moją rodziną i moim domem.

Dominik – franciszkanin, którego poznawałam w Subukii przy układaniu róż 🙂

Bornface – absolwent st. Al’s, którego w końcu przedwczoraj odwiedziłam w Kiberze. Okazało się, że mieszka wraz z innymi absolwentami w takim „mieszkaniu studenckim”. Nigdy wcześniej jakoś sobie tego nie wyobraziłam a było to całkiem ciekawe – takie zwykłe mieszkanko w slumsach, z dwoma łóżkami, stołem. Na stole laptop, książki, podręczniki, obok mała kuchenka, bukłak z wodą, na ścianach plakaty. W takim mieszkanku ich piątka. Kiedy jednak myśli się o życiu studenckim, to nagle jakoś takie warunki nie rażą, są do przeżycia, nawet całkiem przyjemnie 🙂 Bardzo się cieszę, że udało mi się ich jeszcze odwiedzić!

s. Winnie, która podwoziła czasem do domu po szkole i puszczała zawsze te same piosenki w samochodzie 🙂

o. Jose, u którego spędziłam przemiłe 3 tyg w sanatorium w slumsach Soweto

cała ekipa MAGISowa, z którą spędziłam kilka przesympatycznych weekendów

ekipa nauczycielska dzięki której moje dni w szkole nigdy nie były nudne i moi absolwenci, z którymi spędzałam owocne piątkowe poranki przy rozmowach a potem popołudnia przy komputerach w laboratorium

Dawid – szkolna pielęgniarka 😉 z którym zawsze można było miło pogawędzić przy porannej herbatce 🙂

Teraz już siedzę na lotnisku i widzę kolejkę białych twarzy wsiadających do samolotu. Jakoś dziwne to uczucie… wszystko jednak ma swój koniec i jest początkiem czegoś nowego i z pewnością równie fascynującego 🙂

Do zobaczenia za kilkanaście godzin!

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz