Zielona Wyspa i koniec wakacji

W Irlandii byłam już po raz trzeci za sprawą odwiedzin u Dorotki i Piotra. Za każdym razem jest to jednak nieco inna wizyta. Tym razem gwoździem programu – i gwoździem do moich nerwów – był mój wspaniały chrześniak Antoni 😉 Z jednej strony to przeuroczy kochany dzieciaczek, który wywołuje uśmiech na twarzy co chwilę, ale z drugiej strony czasami jest w nim coś z potworka, którego ma się ochotę udusić gołymi rączkami – bunt dwulatka teraz dzieci przeżywają jakoś podejrzanie wcześnie 😉

W weekend udało się zrobić dwudniową wycieczkę na zachód Irlandii. Naszym celem były klify moheru znane z panujących tam mgieł i deszczów. Nasze doświadczenia niestety nie były odmienne. Wiało, padało, widoczność była do bani… szybko schowaliśmy się do środka w Centrum dla Odwiedzających, gdzie można było na otarcie łez zobaczyć zdjęcia klifów w pięknym słońcu 😉 Zziębnięci, zmęczeni i rozczarowani ruszyliśmy do hotelu, który okazał się być bardzo daleko.

Nasze humory zmieniły się jednak z chwilą dotarcia na miejsce. Hotel okazał się niezwykle przytulny, a pani gospodyni przywitała nas niezwykłą irlandzką gościnnością. Podczas śniadania nawet oferowała, że zajmie się Antosiem, byśmy mogli spokojnie zjeść. Miód na serce 🙂 Dostaliśmy też namiary na warte do odwiedzenia miejsca w okolicy i tym razem wśród pięknej pogody wyruszyliśmy na podbój Connemary. To co zobaczyliśmy, przerosło nasze oczekiwania. Były jeziora, góry, zameczki, opactwa i nawet plac zabaw, gdzie po drodze mały szaleniec mógł się wybiegać do woli! Bilans weekendowy wyszedł więc na zdecydowany plus i zachodnia Irlandia pozostawiła miłe wspomnienia.

W tygodniu natomiast, kiedy wszyscy byli w pracy, ja wyruszałam na samotne zwiedzanie Dublina i w końcu nadrobiłam obowiązkowe punkty miasta. Dobre wrażenie zrobił na mnie Dublin Castle i muzeum Wikingów, które jest bardzo ciekawie pomyślane. Poza tym zrobiłam sobie wycieczkę rowerem do ogrodu botanicznego, a ostatniego dnia pojechałam na wybrzeże, by zobaczyć lokalne klify dublińskie (trochę na pocieszenie ;)). Oczywiście – jak to ja – musiałam się gdzieś zgubić i zamiast dwóch godzin szłam cztery… Przynajmniej pozostałam oryginalna i zwiedziłam nieznane sztampowym turystom zakamarki półwyspu 😉

Zapraszam do obejrzenia irlandzkiej galerii. Wszystkie zdjęcia znajdziecie tutaj.

Po powrocie wpadłam w wir spotkaniowy i w zasadzie ciężko mnie z niego wyciągnąć. Jak dobrze policzyć, to często mam ponad 9h spotkań dziennie, czyli dobrze ponad etat… chyba jednak nie powinnam narzekać, bo może się okazać, że jeszcze za tym wirem zatęsknię wśród dni wypełnionych ciszą i kontemplacją 😉 Poza tym kiedyś wakacje muszą się skończyć – a były wszak i tak nieprzyzwoicie długie!

Informacje o s. Ewa Bartosiewicz RSCJ

Jestem zakonnicą ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa (Sacre Coeur). W 2015 złożyłam swoje pierwsze śluby zakonne i pracowałam jako katechetka w jednym z gimnazjów w Gdyni. Obecnie mieszkam w Poznaniu i zajmuję się duszpasterstwem powołań.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróże, Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *