Kiedy szybuje się wysoko w powietrzu, patrząc na maleńki świat, trudno nie pomyśleć o tym jak fantastycznie został on stworzony i jak cudownie, że możemy być jego częścią.
Pan Bóg nie tylko sprawił, że mogłam pojechać do Chorwacji i odbić się od ziemi naprawdę wysoko, ale przede wszystkim codziennie sprawia, że spełniają się moje największe marzenia w często zaskakujący sposób.
Sam wyjazd był fantastyczny! Chorwacja jeszcze piękniejsza niż pamiętałam. Nawet upał tak bardzo nie doskwierał, kiedy spacerowało się wąskimi uliczkami w przemiłym towarzystwie lub żeglowało w powietrzu wysoko nad drzewami. Co prawda nie obeszło się bez incydentów – dwie osoby lądowały na drzewach (w tym ja, choć to była wersja lajtowa ;)), jedna przydzwoniła w stok, a inna została na jakiś czas paralitykiem. Mieliśmy też przypadek wieloosobowościowej głębokiej dysfunkcji startowej (Deep Starting Disorder)… ale zakończenie było szczęśliwe jak w każdej dobrej bajce 🙂
Dla mnie to był ostatni duszpasterski wyjazd i czas wielu podsumowań. Za chwilę bowiem zaczynam zupełnie nowy rozdział swojego życia w zakonie Sacre Coeur… Wiele musiało się wydarzyć nim doszłam tu gdzie teraz jestem. Wszystko jednak było ważne i cenne – nie wymazałabym ze swojego życia nawet jednego dnia. Musiałam płakać, by odnaleźć radość; musiałam zweryfikować swoje marzenia, by odnaleźć szczęście i musiałam pojechać na drugi koniec świata, by przypomnieć sobie, że Jezus jest moją największą Miłością i by dostać zaproszenie, którego nigdy się nie spodziewałam.
Kiedyś chciałam, żeby Bóg dał mi siłę, bym mogła szybciej biegać. On nauczył mnie latać.
