Odpust, wystawa i jesień, czyli tydzień drugi

W Pobiedziskach złota polska jesień zaczęła królować na dobre. Wybrałam się dziś na przepiękny spacer dookoła jeziora i jego owoce znajdziecie już w galerii. Słoneczko grzało i cudownie oświetlało liście w złocie i czerwieni. Czego więcej chcieć na niedzielne popołudnie? 🙂 Może tylko trochę  ciepełka w klasztornych murach, ale powoli kaloryfery robią się ciepłe, a mnie wciąż grzeje pewien cieplutki kocyk, więc nadzieja jest 🙂

Tymczasem dokładnie tydzień temu, miałyśmy okazję wspólnotowo wyjechać do Poznania na odpust Matki Boskiej Różańcowej u jezuitów. Byłyśmy na bardzo miłej wycieczce po mieście, a potem była okazja spotkać się z odchodzącym superiorem na ostatniej jego herbatce. Msza św. była bardzo uroczysta, a na koniec zostałyśmy na operowe śpiewy w wykonaniu zespołu księży (wyjątkowo dobrze słuchało się tego w kościelnych murach i koiło serce na koniec dnia :))

niebo z papieru

W międzyczasie wybrałyśmy się jeszcze do jezuickiej galerii, gdzie znajdowała się wystawa o tajemniczym tytule „niepojmowalne” i iście niepojmowalna była… Ja od samego początku byłam zniesmaczona. W pierwszej sali przedstawiony był film na którym ktoś w przyspieszonym tempie ćwiartował jakiegoś rogatego zwierzaka. W drugiej był film gdzie człowiek, leżący głową na stole i zalany od pasa w górę woskiem, płonął żywym ogniem, aż zostały z niego zgliszcza. W kolejnej sali rozwieszone były zdjęcia innego, który najpierw przywiązał się do krzyża, potem na nim wisiał, a następnie z niego zszedł… i była tylko jedna sala, gdzie wystawa budziła jakiekolwiek pozytywne emocje, choć wcale nie od początku. Kiedy się do niej wchodziło, widać było rozwieszony na suficie ogromny pognieciony papier. Dopiero kiedy włożyło się głowę przez jeden z otworów, roztaczał się przed nami krajobraz białych drzew rosnących aż do sufitu – pięknie!

Ja wychodząc z wystawy byłam zbulwersowana i oburzona na jezuitów, że taką wystawę pozwolili u siebie zrobić (ponoć na prośbę jakiegoś niemieckiego współbrata). Zostałabym chyba z takim poczuciem, gdyby nie słowa jednej z moich Sióstr przy kolacji. W jej mniemaniu to miało jakiś głębszy sens – to, że nasze życie pełne jest negatywnych uczuć, frustracji, lęku, złości… i cały czas prowadzi przez krzyż… ale na końcu czeka Niebo i tam dopiero nasze serce zazna pokoju i radości. Wystawa nie stała się dla mnie bardziej pojmowalna… ale za to przestała być oburzająca. Pozwoliła ucieszyć się pokojem w sercu. I przepiękną w tym roku jesienią 🙂

Informacje o s. Ewa Bartosiewicz RSCJ

Jestem zakonnicą ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa (Sacre Coeur). W 2015 złożyłam swoje pierwsze śluby zakonne i pracowałam jako katechetka w jednym z gimnazjów w Gdyni. Obecnie mieszkam w Poznaniu i zajmuję się duszpasterstwem powołań.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Sacre Coeur, Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *