Ostatnia niedziela i prezenty od Pana Boga

Zupełnie niespodziewanie dostałam zaproszenie na dzisiejszą Mszę kończącą 70-te spotkanie tzw. Prokuratorów Towarzystwa Jezusowego z o. Generałem Nicolasem Adolfo na czele. Msza była przepiękna i czuć było niesamowitą ignacjańską atmosferę 🙂

Przez ostatni tydzień specjalni delegaci z całego świata debatowali nad stanem zakonu i składali sprawozdania z czteroletniej działalności swojej prowincji. Sporo też w dyskusjach poświęcono Afryce i jej roli w dzisiejszym świecie. O spotkaniu przeczytacie na specjalnej stronie i tam też znajdziecie wywiad z o. Nicolasem, który cytuje azjatyckiego jezuitę. Mówi o tym, że Chrystus jest drogą, prawdą i życiem – w Europie wciąż poszukujemy prawdy, w Azji szuka się drogi, a w Afryce po prostu jest życie. Bardzo to trafne porównanie – po tym roku prawdziwie czuję, że tutaj właśnie jest życie.

Oprócz Mszy załapałam się na pyszny lunch w towarzystwie członków Towarzystwa, łącznie z lodami i ciastem, które oczywiście musiał kroić sam o. Generał 😉 Odbyłam też przemiłą rozmowę z naszym rodakiem – o. Robertem 🙂 Nie mogę sobie wyobrazić wspanialszej ostatniej niedzieli na Czarnym Lądzie!

To jednak nie jedyny prezent na zakończenie, jaki dostałam. Na ostatnie dwa tygodnie wróciłam jeszcze do st. Aloysius, gdzie prowadzę krótki kurs komputerowy dla moich absolwentów. Okazało się, że w zeszłym tygodniu przyjechały nowe komputery po dwóch latach oczekiwań i będzie mi dane poprowadzić pierwsze w historii zajęcia, na których każdy z uczniów będzie mógł usiąść przy własnym komputerze – cóż za wydarzenie! 🙂

A któż wie jakie jeszcze niespodzianki czekają mnie do soboty? 😉

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

„Czego nigdy ci nie powiedziałem”

Będąc jeszcze w Nyahururu, dostałam w swoje ręce najnowszą książkę Michael’a pt: „What I never told you”. To przerażająca historia zwykłego Kenijczyka uzależnionego od seksu i alkoholu. Jednocześnie głęboka, dająca do myślenia. Otwierająca oczy nie tylko na problem ludzi, na których patrzymy z góry i z pogardą, ale również pomagająca zrozumieć jak niewiele nas dzieli od tych, którzy fizycznie uzależnili się od czegoś. Michael ma bardzo lekkie pióro, które pozwala przebrnąć przez tak niesamowicie trudny temat. To książka niosąca przede wszystkim pozytywne przesłanie, że nie ma beznadziejnych przypadków i zawsze można zawrócić z niewłaściwej drogi jeśli tylko znajdzie się odwagę by poprosić o pomoc. Bardzo gorąco polecam książkę (którą można będzie pożyczyć u mnie) oraz wywiad, jaki ukazał się w telewizji w zeszłym tygodniu.

[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=M7iGVI0L5m0]
[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=Wf0Jv9c1MVg]
[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=Qm9yr370FVM]
[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=npfY2DNpwec]
[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=X8daeETMCvk]

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Pożegnanie z Afryką – cz. II – Nyahururu

Nyahururu to mój drugi dom. Nie raz o tym pisałam, ale to ważne, a ważne rzeczy warto powtarzać. Z półki w office’ie SM zgarnęłam książkę pt. 'Our Father’ – okazało się, że to zbiór wszystkich przepięknych modlitw, jakie czytane są wtorkowo w czasie cotygodniowych spotkań. Zdobyłam też śpiewnik i zrobiłam ostatnie zakupy w Marleen. To pożegnanie nie było łatwe…

Już od początku było trochę smutno. Okazało się, że zupełnie niespodziewanie rodzina Karolaków wyemigrowała do Walii, a o. Gabriel jest we Włoszech i prędko nie wróci… moje dni wypełnione były jednak po brzegi, więc nie miałam za bardzo okazji do smutku.

W czwartek zrobiłam sobie jednodniową wycieczkę do Nyeri, a w piątek wybrałam się na pożegnanie z franciszkanami i Matką Boską w Subukii. Tam też zmiany, bo po kapitule już nie zastałam o. Kazika, który został szefem i wyemigrował do Nairobi 😉 Po raz ostatni wdrapałam się na górę po stacjach drogi krzyżowej do świętego źródełka. Zatrzymałam się przy ostatniej stacji – „złożenie do grobu” – i zadumałam się nad tym symbolem. Wydaje się, że to koniec. Rozdział zamknięty, więcej nic się już nie stanie. Można się rozejść do domów… a jednak to nie koniec, a dopiero początek! Wszak umiera się tylko po to, żeby zmartwychwstać. Tak i mój wyjazd się kończy, ale to nie koniec, a zaledwie początek. Teraz dopiero zaczyna się życie, które zweryfikuje ile przywiozłam uśmiechu i nadziei, ile zostawiłam radości i pokoju, ile miłości pomnożyło się przez ten rok.

W sobotę zaliczyłam ogromną imprezę w Talitha Kum – dzień otwarty, który był głównym powodem przyjazdu do Nyahururu właśnie w tym tygodniu. Mnóstwo zaproszonych gości mogło podziwiać liczne występy dzieci, zarówno z domu jak i okolicznych szkół. Najbardziej urzekł mnie tradycyjny taniec kikuyu przygotowany przez jedną ze szkół podstawowych. Już sam pomysł wydaje się śmieszny, bo kikuyu to w tej chwili plemię biznesmenów 😉 Wszystkiego było jednak za dużo i ja w pewnym momencie czułam się już zmęczona występami – takie spędy to nie dla mnie 😉 – zmyłam się więc w miarę wcześnie, a do TK wróciłam jeszcze w niedzielę na moje prywatne pożegnanie.

Poza tym żegnając się z Anastazją z VCT postanowiłam spontanicznie, że zrobię sobie test na HIV. Było to dosyć ciekawe doświadczenie, bo te 10 min nie było pozbawione emocji. Nie byłam w żaden sposób narażona na działanie wirusa, a jednak jakiś nieuzasadniony lęk odzywał się w środku i mówił „a co jeśli…?”. Wyobrażam sobie jak trudna to decyzja o pójściu na badanie dla kogoś kto ma podstawy żeby się obawiać…

Na pożegnalną herbatkę dotarło sporo osób. Chris, Hilda i Alice, z którymi się zżyłam w PRze; Anthony, z mojego ukochanego departamentu ANV; Moses – bratnie dusza z działu księgowości; Anastazja z VCT z synkiem; włosi – Mauro i Ciara z dzieciakami; Janet z Effathy zawsze uśmiechnięta mimo przeciwności oraz Maurice, który zawsze mówi „cześć” jak mnie widzi – poznałam go jeszcze w Polsce kiedy przyjechał zabrać do Kenii Agnieszkę z Dominikiem (ach, kiedy to było…) Wiele jednak więcej dobrych znajomych z Nyahururu, których ciężko nawet zliczyć 😉

Oprócz tego wszystkiego, pożegnanie z moją kenijską Mamą, dzięki której czuję się tu jak w domu 🙂

Zdjęcia znajdziecie tutaj.

Czas teraz na etap ostatni z ostatnich – Nairobi.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Z akcentem harcerskim ;)

Nie wiem ilu spośród moich czytelników jest harcerzami (bo jak wiadomo harcerzem jest się całe życie ;)) i nie wiem ilu z Was jest świadomych tego, że sir Robert Baden Powell – twórca światowego skautingu oraz motta mojej strony – zmarł w Kenii! Ja w każdym razie byłam zupełnie zaskoczona, kiedy przez przypadek w zeszłym tygodniu dowiedziałam się, że jego grób znajduje się Nyeri, a to zaledwie 100 km od Nyahururu. Nie zastanawiałam się długo i postanowiłam, że muszę tam pojechać.

Nyeri to ciekawe miasto w centralnej Kenii. Głównie znane jest z dowcipów na temat tamtejszych kobiet, bo co i rusz w gazetach pojawia się wiadomość, że jakaś żona pobiła dotkliwie swojego męża i dziwnym trafem zawsze to musi być w Nyeri 😉

Jak na miejsce, które powinno być mekką światowego harcerstwa, to raczej wygląda to wszystko ubogo… no ale co się tu dziwić, w końcu to Afryka 😉 Można zobaczyć jego grób, który jest prosty do bólu i otoczony zaniedbanymi, rozpadającymi się grobami żołnierzy angielskich. W małym centrum informacyjnym można dowiedzieć się nieco o harcerstwie w Kenii oraz o tym, że chcą zbudować tam muzeum. Patrząc jednak na skromne dwie tablice z garścią chust i plakietek, nie wróżę im świetlanej przyszłości… Oprócz tego jest alejka z wartościami harcerskimi, ale tak umiejscowionymi, że ciężko je przeczytać 😉

Poza tym oprócz cmentarza można zwiedzić dom, w którym Baden Powell spędził ostatnie swoje dni. To skromna chatka zbudowana specjalnie dla niego przy hotelu Outspan, który prowadził jego znajomy. Wprowadzili się tam wraz z żoną Olave w 1939, kiedy Robert był już zbyt słaby by pracować nad swoim dziełem (miał wówczas 80 lat – był 30 lat starszy od swojej żony). Kenia była też dobrym schronieniem przed wiszącą nad Europą wojną. Chatka została nazwana „Paxtu” – „pax” oznacza „pokój”, a „tu” w swahili „tylko”. W czasie pobytu w Paxtu, powstały trzy książki, a w jednej z nich Robert napisał: „Im bliżej jesteś Nyeri, tym bliżej jesteś szczęścia” 🙂 W chatce znajduje się skromny zbiór eksponatów przywiezionych przez harcerzy z całego świata. Po długich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć również czerwoną chustę z białym orzełkiem 🙂

Robert Baden Powell zmarł w 1941. Jak się okazało, zażyczył sobie, by go pochowano na afrykańskiej ziemi i by, zarówno jego dom w Nyeri jak i grób, skierowane były w stronę góry Mt. Kenya. Przyroda to to co pokochał w Afryce najbardziej.

W Nyeri jest jeszcze jedna ciekawa rzecz do odwiedzenia, na którą już nie miałam siły. 17 km od centrum, w pobliskim lesie, znajduje się Treetops Hotel, w którym przebywała królowa Elżbieta II w 1952 r. kiedy nadeszła wiadomość, że zmarł jej ojciec, Jerzy VI, co oznaczało że stała się ona królową Wielkiej Brytanii.

Więcej zdjęć w galerii.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Pożegnanie z Afryką – cz. I – Marsabit

Jane – ukochana sąsiadka,od której zawsze pożyczałam cukier i spinacze na pranie. Będzie rodzić w sierpniu i obiecała mi przesłać zdjęcia maleństwa. Z nią zawsze można było pożartować i liczyć na serdeczny uśmiech po ciężkim dniu.

Nduku – w jej sklepie nie dało się spędzić tylko 5 min, ale trzeba było zarezerwować mnóstwo czasu na pogawędki. Można było wziąć pomidory na kredyt, ale dbała, żeby oddać jej każdego szylinga 😉 Jak miała dobry humor to wpadała w ciągu dnia żeby usmażyć przepyszne chapati.

s. Christine – zabierała nas swoim samochodem przez trudne wertepy do najdalszych wiosek. Zawsze podczas drogi opowiadała niestworzone historie o swoich podopiecznych dziewczynkach z internatu albo innych przygodach zakonnych 🙂

wyraźna granica między Kenią A i Kenią B

Peter – na niego zawsze można było liczyć. To były alkoholik, który wyszedł z nałogu i jest przecudownym ciepłym człowiekiem, który teraz pomaga innym w ich uzależnieniach. Wystawia sztuki na tematy społeczne – głównie pokoju. Jest z plemienia Borana, a ożenił się z kobietą z plemienia Gabra, co jest fenomenem w tutejszych stronach. Wraz z żoną otworzyli ośrodek rehabilitacyjny, gdzie pracują z dziećmi z ulicy oraz kobietami, które zostały wypędzone ze swojego plemienia z powodu ciąży (szczególnie w plemieniu Gabra za posiadanie nieślubnego dziecka zostaje się wypędzonym). Mają dwóch synów, z których najmłodszy nazywa się Obama :), a starszy Dub (mówi świetnie po angielsku w wieku lat 11)

s. Antonina – jedna sióstr z sanktuarium na górze, z którą piekłam ciasto marchewkowe, Pauline – nauczycielka z Leyai, która smażyła dla nas mandazi, Charles – nauczyciel z pobliskiego liceum…

oraz Kanini, z którą przemierzyłam długie drogi do okolicznych wspólnot. Piękny to był czas i bardzo barwny. Dziękuję!! 🙂

szkoła w Parkishon

I na koniec jeszcze refleksja z jaką wracam z północy:

Mamy szkoły dla wojowników. Inicjatywa sama w sobie jest niezwykle cenna. Otwiera zupełnie nowe możliwości przed tymi, którzy nie mieliby szans kiedykolwiek nauczyć się czytać i pisać. Widziałam błysk w oczach wojowników, którzy cieszyli się jak małe dzieci, pokazując mi jak piszą swoje imiona. Nie potrafiłam jednak zrozumieć jakie ma to właściwie przełożenie na pokój i zaprzestanie walk między plemionami. Sprawa okazała się bardzo złożona. Wojny o których tu mówimy to nie olbrzymie przedsięwzięcia sterowane przez wpływowych ludzi rządnych władzy i pieniędzy. To są prości ludzie o prostych myślach i wąskich horyzontach. Nie znają życia innego niż świat krów, kóz i wojowniczych pieśni. Jedynym sposobem na zaprzestanie odwiecznych walk, to otwarcie im okien na świat, znalezienie im innego zajęcia, które spowoduje, że swoje bystre umysły skierują na coś pożytecznego, a nie planowanie zemsty na sąsiadach. Tylko przez edukację może nastać pokój i coraz więcej ludzi zaczyna to rozumieć. Prawdziwej przemiany mogę im tylko życzyć!

Więcej zdjęć w galerii.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Jeldesa – spotkanie peace clubów

Podczas mojego pobytu w Marsabit udało mi się uczestniczyć tylko w jednym zorganizowanym warsztacie. Było to spotkanie dwóch peace clubów po stronie Borana. Tego w Bandassa, który odwiedzałam wcześniej i tego w Jeldesa. Szkoła podstawowa tam działa dopiero rok, więc są tam tylko młodsze klasy 1-5, ale wygląda na to, że działa całkiem prężnie.

Dzieciaki były bardzo podekscytowane spotkaniem po jednej i drugiej stronie. Obie szkoły przygotowały wiersze i piosenki – bardzo fajnie im to wyszło! Poza tym było trochę zabaw sportowych, przy których wszyscy doskonale się bawili, a mi udało się zrobić kilka fajnych zdjęć 😉

Głównym celem prócz integracji było złożenie kondolencji, gdyż właśnie z Jeldesy pochodził jeden z chłopców, którzy zostali zamordowani na początku maja. Zabawy miały więc na celu nie tylko rozbawienie uczniów, ale również przemycenie wartości związanych z pokojem i nadzieją.

________________________________________________________

Ja tymczasem dotarłam szczęśliwie do Nyahururu i pozdrawiam Was z tego mega zimnego miejsca na ziemi 😉

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Początek końca

Dziś pożegnanie z Marsabit. To pierwsze pożegnanie, które można nazwać ostatecznym. Po krótkim weekendzie modlitw w sanktuarium na górze, przyszedł czas rozstania z północą. Jutro ruszam do Nyahururu na tydzień pożegnań z st. Martin, a w kolejnych dniach do Nairobi skąd dokładnie za 3 tygodnie wsiadam do samolotu do Polski… jakże to szybko minęło! Jeszcze kilka relacji z północnej Kenii czeka na publikację, więc nie martwcie się – to  nie koniec czytania 😉

Tymczasem w moim sercu ogromnie dużo wdzięczności za niesamowite dary modlitwy i wsparcia, jakich doświadczałam od Was przez ostatnie miesiące. Dlatego bardzo serdecznie zapraszam Was na dziękczynną Mszę Św. w Waszej intencji już 22 lipca w dniu mojego przylotu. Eucharystia odbędzie się w Kaplicy Akademickiej Duszpasterstwa DĄB (Rakowiecka 61 – wejście przez Dom Parafialny schodkami do góry) o godz. 17:30. Mam nadzieję, że nikogo z Was nie zabraknie!

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Wyprawa na cztery wzgórza – cz. III – Leyai

mama lepi ganek, żeby się nie kurzyło

Songa to największa z okolicznych wiosek, gdzie znajdują się bardzo lokalne urzędy, dojeżdża miejski transport i podobno można nawet dostać sodę (czyli wybór dobrze znanych napojów marki coca-cola). My jednak nie zawitałyśmy do centrum i udałyśmy się do kolejnej doliny, by wdrapać się na wzgórze do wioski zwanej Leyai. To miejsce, gdzie Kanini mieszkała, kiedy pierwszy raz zawitała do Marsabit, więc czuje się tam jak u siebie. Mieszka u mamy, której syn jako jedyny z całej wioski poszedł na uniwersytet, co jest chlubą okolicy. Leyai to ostatnia wioska przed granicą z plemieniem Borana i za dobrych czasów wszyscy żyli tu w zgodzie. Zdecydowanie widać wpływ drugiej kultury na sposób budowania lepianek i ubiór mieszkańców. Kiedyś wioska była bardzo rozległa i każdy miał dla siebie dużo przestrzeni. Kilka lat temu z powodu konfliktu wszyscy musieli się zgromadzić ciasno w jednym miejscu, a wszystkie rodziny Borana zostały wysiedlone do tzw. miejsc IDP (Internally displaced person – uchodźstwo wewnętrzne)

rozbijanie fasoli

W Leyai mieszkają dwie dziewczyny – Lilian i Susan, które mieszkały z nami w Marsabit zaraz po moim przyjeździe. Miło było znowu zobaczyć znajome twarze 🙂 Wybrałam się z nimi na wycieczkę po pięknej okolicy i miałam nawet możliwość zobaczyć jak rozbija się fasolę zaraz po zebraniu 😉 a wieczorem uczyłam dziewczyny polskich piosenek 🙂  W niedzielę za to uczestniczyłam w nabożeństwie, które odbywało się zamiast Mszy, bo nie każdego tygodnia dojeżdża tam ksiądz. Nabożeństwo miało przebieg normalnej Mszy św. z wyjątkiem konsekracji darów.

Naszym głównym celem, prócz tego żeby wypocząć, były odwiedziny w szkole. Tutaj wieczorne nauczanie przyniosło bardzo wymierne owoce w postaci tego, że wszystkie dzieci z wyjątkiem dwóch poszły do regularnej szkoły. To ogromny sukces i wielka radość dla Kanini. Moja rola była głównie fotograficzna – chcemy rozpocząć spisywanie wszystkich uczestników nocnych nauk. W wiosce też bardzo prężnie działają grupy rolnicze, które wzajemnie wspomagają swoich członków przy zakupie nasion i przy sprzedaży  uprawianych warzyw. Widać wiele pięknych poletek pomidorów, kukurydzy, cebuli i sukumy – serce roście 🙂

Z Leyai ruszyłyśmy już w stronę ostatniej doliny, gdzie obecnie budowana jest tama. Tam już znajomi inżynierzy zgarnęli nas, jadąc do Marsabit na lunch. Tym oto sposobem zakończyłyśmy wyprawę na cztery wzgórza – zmęczone i bardzo zakurzone, ale było warto 🙂

Zapraszam do galerii z Leyai

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Wyprawa na cztery wzgórza – cz. II – Lipus

Z Kituruni wyruszyłyśmy po południu w obstawie trzech panów i dwóch sztuk broni długiej. Niestety rejony wokół lasu są równie piękne co niebezpieczne – zupełnie jak pustynia. Żeby przedostać się do Lipus – kolejnej wioski na naszej drodze – trzeba najpierw pokonać głęboką dolinę, a potem wdrapać się na pobliskie wzgórze. To piękna godzinna wędrówka, która przypomniała mi jak bardzo tęsknię za górami 🙂

Lipus to mała wioska zgromadzona w jednym miejscu. Jest tu sucho i trudno o jakiekolwiek jedzenie. Poza szkołą i nowo-postawioną szklarnią nie ma tu zupełnie nic. W tej wiosce jako jednej z pierwszych ruszyła edukacja pasterzy. Tu też długi czas działał David, jeden z wolontariuszy pomagający Kanini, więc byłyśmy przekonane, że zobaczymy dużo dobrego. Tym trudniej zrozumieć dlaczego historia Lipus jest bardzo smutna…

Jak zwykle rozeszło się o pieniądze. I to nawet w dwóch postaciach. Po pierwsze „pensje” dla nauczycieli – to tylko 120 zł miesięcznie, a jednak stoczyła się o nie wojna, bo nauczycieli było dwóch i nikt nie potrafił osądzić kto tak naprawdę ile uczył. David też podczas swojego pobytu brał się za uczenie i twierdził, że pozostali nic nie robią… jedna wielka masakra. Dodatkowo w grę wchodzą lampy słoneczne, które David, jak się okazało, porozdawał rodzinie pewnego wojownika, jakby były jego własnością i nauczycielom nie udawało się ich nawet zabierać na wieczorne lekcje. Obecnie żadne nauczanie się tam nie odbywa, a wojownicy wszyscy są bardzo chętni do nauki. Katastrofa…

To wszystko skłoniło mnie do refleksji. Dlaczego ci ludzie nie chcą sobie nawzajem pomagać? Dlaczego każdy zagarnia w swoją stronę? Czemu ten, który doświadczył dobra od kogoś innego nie chce przekazywać tego dobra dalej?… Często obijała mi się o uszy opinia, że dopóki w Afryce działali głównie biali misjonarze z zagranicy, to jeździli do wszystkich najmniejszych wiosek, nie zważali na nic i bez wytchnienia pomagali ludziom. Kiedy nastała era lokalnych księży, nagle taka jedna wioska czeka 5 lat na Mszę Św… To jednak wszystko zaczyna składać się w mojej głowie, kiedy pomyślę, że żeby dawać, trzeba najpierw otrzymać. Mi łatwo jechać do dalekiej wioski i spać w skromnych warunkach, bo spędziłam większość swego życia w luksusie (to zdecydowanie luksus w porównaniu do tego jak tu ludzie żyją!!). Łatwo mi spędzić cały dzień bez jedzenia (u nas nawet mawia się, że dzień głodówki dobrze działa na organizm), bo nigdy nie przeżyłam nawet jednego dnia, w którym rezygnacja z posiłku nie byłaby moją prywatną decyzją. Może ciężko oczekiwać od ludzi, którzy nigdy nic nie mieli, by dawać innym, kiedy już to niewiele uda im się zdobyć…

Z Lipus bardzo podłamane ruszyłyśmy na kolejne wzgórze, gdzie znajduje się wioska o nazwie Songa. To jedna z wiosek, gdzie edukacja jest w bardzo dobrym stanie. Prawie wszyscy tam umieją już czytać. Nie zatrzymałyśmy się tam na długo, bo nasz cel znajdował się dalej, ale urzekła mnie jedna chatka, gdzie białą kredą naskrobane było „Happy X-mas” 🙂

c.d.n…

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Wyprawa na cztery wzgórza – cz. I – Kituruni

 

Do Kituruni dojechałyśmy publicznym transportem, który przewozi codziennie kobiety sprzedające mleko. W połowie drogi dołączyła do nas owca, a pod koniec pewna bardzo uparta krowa, kŧórą podobno napadła hiena. W kolejne dni została zaplanowana długa wycieczka po okolicznych wioskach, więc w naszych bagażach znajdowało się sporo prowiantu na wszelki wypadek oraz 5 litrowa butelka z wodą.

Dobrze, że po dotarciu do wioski przypadkiem znalazł się szybko lokalny katecheta, bo w Kituruni nie miałyśmy konkretnego miejsca na nocleg. Szybko jednak udało się znaleźć bardzo gościnną mamę, która przyjęła nas nie tylko odstąpieniem swojego łóżka, ale również niesamowicie przepysznym jedzeniem, a na sam koniec nie chciała od nas nawet grosza w zamian za tę gościnę. Dziękujemy! 🙂

W Kituruni planów było sporo. Jednym z nich było odwiedzenie peace club w lokalnej podstawówce. Zrodził się tam ciekawy pomysł na wymianę listów między klubami w szkołach Rendille i Borana. Pierwszy list został napisany i zostanie dostarczony już wkrótce na drugą stronę. Spotkałyśmy się z klasą 7 i 8, ale w sumie nie było ich więcej niż 25 osób. Niewielu udaje się uciec przed obowiązkami domowymi, jakie nakłada na nich kultura plemienna i pójść do szkoły. Jednak ci, którym się udaje, dają z siebie wszystko, by osiągnąć w życiu swoje marzenia.

Kolejnym punktem do zrealizowania było spotkanie z wojownikami, którzy wraz z tymi z Bandassy (o czym pisałam wcześniej) udali się niegdyś do Nairobi na wspólny warsztat. Spotkanie musiało być nieco zmodyfikowane, bo główny szef wojowników był chory (wycinali mu migdałki…), ale w końcu doszło do skutku ku radości wszystkich zgromadzonych 😉

Zupełnie nieoczekiwanym punktem programu okazał się za to pogrzeb. W kulturze Samburu zmarłych grzebie się natychmiast. Kobieta, która jeszcze podczas naszego przyjazdu miała się całkiem dobrze, zmarła kolejnego dnia rano, a o 14:00 już leżała w grobie! Jest to dość makabryczne, gdyż z powodu braku lekarzy, którzy są w stanie stwierdzić zgon, bardzo łatwo można kogoś pogrzebać żywcem… Oczywiście nie ma tu mowy o tym by ktokolwiek przygotowywał trumnę. Kobieta, która podobno cierpiała na raka piersi, została zawinięta w chustę, związana sznurkiem i włożona do grobu przez swoich dwóch najstarszych synów. Niech spoczywa w pokoju…

Po pogrzebie czas było ruszać w dalszą drogę… c.d.n.

Galerię z Kituruni znajdziecie tutaj.

 

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz