Tymczasem u Borana…

Wczoraj wybrałyśmy się z Kanini na drugą stronę, by odwiedzić plemię Borana. Już po ich budownictwie widać, że są o wiele bardziej rozwinięci niż plemiona pasterskie. Gliniane chatki są przestronne, bardziej odporne na deszcze i bardzo ładnie pomalowane zarówno na zewnątrz jak i w środku. Kobiety ubierają się w stroje, które mi osobiście się podobają, ale oczywiście nie są tak kolorowe i tradycyjne jak u Rendille. Charakterystyczny bardzo jest też zapach w ich domach, który trudno opisać, ale jest połączeniem przypraw korzennych i kwiatów, ale bardziej ostry niż słodki… aż żałuję, że nie mogę go Wam załączyć 😉

Plemię to zajmuję się głównie rolnictwem. Posiada też zwierzęta, ale nie opiera się na nich ich utrzymanie. Zdecydowana większość ich dzieci chodzi w tej chwili do szkoły, więc do szkoły wieczorowej uczęszczają głównie starsi, którzy nie mieli okazji w młodości korzystać z dobrodziejstwa edukacji.

Naszą wizytę rozpoczęłyśmy od szkoły, gdzie spotkałyśmy się z „peace club”. Wiele widać nadziei w dzieciach, które chcą planować zabawy z sąsiednim plemieniem i nie ma w ich sercach żadnej urazy mimo sytuacji w okolicy. Kiedy pyta się ich czym dla nich jest pokój i jak chcą go szerzyć, to nie bardzo potrafią odpowiedzieć, ale w ich oczach widać, że chcą po prostu żyć normalnie – budując a nie burząc…

Kolejnym punktem było wieczorne spotkanie z grupą wojowników. W plemieniu Borana nie są to młodzi ludzie bardzo tradycyjnie ubrani, ale nieco starsi, często wykształceni i bardzo wpływowi ludzie. W zeszłym roku razem z wojownikami Rendille pojechali na warsztaty dotyczące pokoju i od tego czasu utworzyli w swojej wiosce małą grupkę, która spotyka się co jakiś czas. Posiadają też wspólny kurczakowy biznes 🙂 Głównym tematem wczorajszych rozmów była śmierć trzech małych chłopców na początku maja. Zgodnie jednak postanowili, że wierni będą idei pokoju i zemsty nie będzie. Również i ja miałam swoje 5 groszy do dorzucenia, próbując opowiadać o historii polsko-niemieckiej po wojnie 😉

Zapraszam do skromnej galerii zdjęć.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Wojownicy z wielbłądami

uśmiechnięte wielbłądy 🙂

Wczoraj wybrałam się z powrotem do okolicznych wiosek. Myślę, że czas najwyższy napisać coś więcej na temat kultury Rendille. Plemię to w kulturze i wyglądzie bardzo przypomina Samburu i Masai. Plemiona te często mieszają się i ciężko je między sobą rozróżnić. Najważniejszą wspólną ich cechą jest posiadanie zwierząt. Najczęściej są to krowy, kozy i owce, ale mogą równie dobrze być to wielbłądy – jak w Hula Hula. Jest to zazwyczaj jedyne źródło utrzymania całej wioski – na bieżące wydatki sprzedają mleko, a w razie większej potrzeby muszą pozbywać się zwierzaków. Wszystko w ich kulturze kręci się wokół zwierząt i tylko w tym kontekście można próbować zrozumieć ich zwyczaje. Za krowy kupuje się żonę, one śpią w centralnym miejscu w wiosce, specjalnie do opieki nad nimi istnieje osobna grupa najsilniejszych, najsprawniejszych, najszlachetniejszych i najdzielniejszych mężczyzn – zwanych wojownikami…

No właśnie… ktoś już zadał mi to, w miarę oczywiste, pytanie: „o co oni właściwie walczą?”. Wojownicy to przede wszystkim pasterze zwierząt. Ich koronnym zadaniem jest zabieranie podopiecznych na wypas, a przy takich warunkach pustynnych jest to często nawet kilka dni drogi od ich domów. Spędzają oni wtedy całe miesiące w lesie pijąc jedynie mleko. Do grupy wojowników wybierają rodzice swoich synów w liczbie zależnej od dobytku jakim mają się zaopiekować. Już od najmłodszych lat, wybrańcy wychowywani są przez starszych wojowników i przygotowywani do ważnej roli. Wojownicy śpią w osobnych domach, do których wstęp mają tylko matki wojowników i niezamężne kobiety. Nie wolno im też jeść posiłku przygotowanego przez jakąkolwiek zamężną kobietę – zwykle gotują sobie sami.Takie życie powoduje, że są oni nieco „dzicy”. Bardzo łatwo wpadają w stan gotowości do walki.

Oprócz opieki nad zwierzętami, rolą wojowników jest także opieka nad wioską. W praktyce oznacza to, że czasami rzeczywiście muszą walczyć i czasami życie oddają za swoich ludzi. Kanini ładnie o tym opowiada – „kiedy słyszysz strzały, uciekasz szybko do domu i się chowasz, tymczasem wojownicy biegną w stronę strzałów, gotowi oddać swoje życie za ciebie. czy znajdziesz gdzieś lepszy przykład naśladowania Jezusa?”

Niestety wojownicze tradycje prowadzą też do wielkiego zła. Wśród codziennych tańców (wspomaganych działaniem bardzo popularnego narkotyku miraa, który rośnie tu w każdej wiosce) wychwalani są ci dzielni wojownicy, którzy ukradli krowy sąsiedniemu plemieniu lub nawet zabili „wroga”. To wszystko ma duży wpływ na pokój w tym rejonie.

Nasze spotkanie było miłe. Szkoła w Hula Hula dopiero ruszyła, więc wiele jeszcze trudności do pokonania. Póki co, dostali słoneczne światła, które są podstawą, bo wszak nie można szkoły wieczorowej prowadzić bez światła… Ważne też, że przyjeżdżamy, by porozmawiać z wojownikami i nauczycielami i że spędzamy noc w ich wiosce – to duży krok do zjednania sobie ludzi. Więcej jednak niż jedną noc trudno przetrwać, bo trzeba zmierzyć się z pchłami i nie zawsze zjadliwym jedzeniem (ja po operacji krojenia owcy – jakkolwiek apetycznie nie brzmi danie z jagnięciny – nie byłam w stanie prawie nic przełknąć ;)) Warto jednak, jeśli ma to mieć dobry wpływ na edukację wojowników!

Wielbłądzia galeria na picasie 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Back on Track

Ja na szczęście podróżowałam autobusem 😉

Od felernego wyjazdu nad jezioro Turkana minął prawie miesiąc. Nareszcie udało mi się wykurować i dotrzeć z powrotem do Marsabit, żeby kontynuować moją pracę tutaj.

Ostatnie dni w Soweto były bardzo przyjemne. Udało mi się z o. Jose kilka razy wyjść na błogosławieństwo domów. Byłam bardzo podbudowana tym co zobaczyłam. W ramach takiej małej chrześcijańskiej społeczności odwiedziliśmy kilka rodzin, chodząc z domu do domu. Nie było tak, że każda rodzina czekała na nas w swoim mieszkanku, ale paradowaliśmy po ulicach dzielnicy całą wielką watahą 🙂 W ostatnim domu przygotowany był już ołtarz na Mszę św. Oczywiście nie było szans, by wszyscy zmieścili się do malutkiego pokoju, więc część musiała pomieścić się w wąskim korytarzu na zewnątrz. Eucharystia była piękna – wszyscy gorliwie śpiewali i włączali się w liturgię.  Jeśli czegoś mi brakuje w polskim kościele, to właśnie takich wspólnot i takiego przeżywania wiary w naszych rodzinach!

Dobrze jednak wrócić do mojej wioski, gdzie przywitano mnie z radością 🙂 Miło płynie tu czas powoli. Wychodząc z domu zawsze spotkasz kogoś znajomego. Możesz pójść do zaprzyjaźnionego sklepu albo zaprzyjaźnionej knajpy, gdzie zawsze dostaniesz pomidory, czy kubek herbaty na krechę. Ufam, że znajdzie się też zaprzyjaźniony sąsiad z telewizją satelitarną na dzisiejszy mecz 😉

Od jutra ruszam znowu w teren! Relacje wkrótce 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Tygrysy ulicy

Przeczytałam wczoraj bardzo ciekawy artykuł o Indiach – „Tygrysy ulicy”. To reportaż na temat biedy i ulicznych zawodów, jakie można spotkać na każdym rogu. Autor wspomina, że czegoś takiego nie spotkał w Afryce, bo tu bieda jest „wiejska” i nie widać takiego kontrastu między rozwiniętym miastem a biedotą. Można się z tym zgodzić, ale tylko częściowo. W wielkich miastach bowiem wygląda to bardzo podobnie…

W Nairobi kariera pucybuta (dosłownie) to często jedyna możliwość na wyżywienie rodziny. Co prawda nie widziałam, żeby ktoś wyrywał ludziom zęby na ulicy, ale znaleźć można z powodzeniem panie trudniące się praniem, ważeniem, zaplataniem warkoczyków czy smażeniem chapati na ulicy. Tutaj śmiało możesz oferować wszelkie usługi, jakie uznasz za opłacalne. Jeśli nie umiesz nic konkretnego robić, zawsze możesz próbować coś sprzedać. Kupić pomarańcze i sprzedawać kierowcom stojącym w korkach albo pakować orzeszki w papierowe rożki i sprzedawać przechodniom. Jeśli masz więcej szczęścia, to zatrudnią cię do sprzątania w dzielnicy Westlands, gdzie za dość marną pensję możesz myć podłogi u najbogatszych kenijczyków. Tutaj mówi się o takich ludziach „hustlers”. Ciekawe to, bo jeden z moich słowników tłumaczy to jako „oszust, naciągacz”, a inny jako „człowiek przedsiębiorczy” 😉 Może i w dzisiejszym świecie nie ma wielkiej różnicy… definicja kenijska wskazuje jednak na kogoś kto zajmuje się wszystkim i niczym, próbując jakoś na tym zarobić. To bardzo popularny zawód, bo nie wymaga planowania przyszłości. Co się trafi, to się trafi.

Oprócz ciekawego opisu Indii w artykule, jedno zdanie przykuło moją uwagę. Autor pisze: „Jak studiowałem zarządzanie, to wydawało mi się, że każdy jest kowalem własnego losu. Człowiek może osiągnąć wszystko, wystarczy tylko chcieć. W Afryce i Indiach straciłem te złudzenia.” I to jest święta prawda, którą my musimy sobie bardzo mocno uświadomić. Zupełnie nie wiadomo czemu mieliśmy w życiu cholernie dużo szczęścia! I uświadomić sobie to musimy nie dlatego, żebyśmy się czuli winni, ale dlatego, żeby nigdy nam nie zabrakło wdzięczności i wszystkiego co z wdzięczności powinno wynikać. Dlatego jeżeli jeszcze tego nie zrobiłeś, to spójrz dziś na swoje problemy i powiedz sobie, że jesteś jednym z najszczęśliwszych ludzi na ziemi… w co bardzo ładnie wpasował się znany i odświeżony niedawno obrazek.

Co ciekawe, jakkolwiek sobie tego szczęścia dziś nie uświadomisz, to i tak ten chłopiec bawiący się nad rzeką ze ścieków samochodzikiem zrobionym z kartonu po soku uśmiechnie się prawdopodobnie bardziej szczerze niż Ty… coś tu jest jednak nie tak, prawda?…

Ja mam dziś dodatkowy powód do radości, bo właśnie odebrałam mój raport medyczny, co oznacza definitywny koniec moich spotkań ze szpitalem. Mam nadzieję, że nie będą już na mnie nigdzie wołać Iła Marija 😉

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Spokojna niedziela

Dziś Kenia w żałobie. Rano po powrocie z Mszy dotarły do mnie smutne wieści, że właśnie rozbił się rządowy śmigłowiec z ministrem ds. bezpieczeństwa wewnętrznego na pokładzie – George’m Saitoti. Był szanowanym politykiem i matematykiem… Nie sposób mi nie wracać myślami do wydarzeń z 10 kwietnia. Jak się też okazuje, dziś mijają dokładnie 4 lata od innego kenijskiego wypadku lotniczego, gdzie również zginęło 2 ministrów (jakiś ten 10 felerny…)

Ja tymczasem spędzam spokojną niedzielę w sanatorium u werbistów i mam nadzieję w tym tygodniu wrócić do Marsabit. Do zmroku na terenie parafii kręciło się mnóstwo ludzi. Tu jakieś spotkania, tam gra w piłkę, tu młodzież organizuje jakież zabawy… naprawdę miło popatrzeć jak rodziny miło spędzają czas 🙂 O. Jose bardzo zajęty – wczoraj ze spotkania wrócił o 22:00… fascynujące jest obserwować jak pracuje z ludźmi. Zna swahili lepiej niż angielski, czego mu bardzo zazdroszczę.

Z racji spokojnych ostatnich dni, miałam też okazję obejrzeć piątkowy mecz, który był bardzo ciekawy – w pierwszej połowie miało się nawet wrażenie, że potrafimy grać i wcale nie jesteśmy ostatnią drużyną na cały EURO 😉 Dziś natomiast był dzień pieczenia ciasta, korzystając z dobrodziejstwa piekarnika (wspominałam już, że mają tu też pralkę?? tak! prawdziwą automatyczną :))

A na koniec kolejny patriotyczny spot – tym razem od Coca-Coli 😉

[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=xyT_bYUUG6o]

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Boże Ciało na ulicach Soweto

Obszar Soweto na przedmieściach Nairobi zagospodarowano jako wioskę dla osób pracujących przy, powstającym wówczas, międzynarodowym lotnisku. Miejsc pracy było całkiem sporo i ludzi przybywało. Początkowo obszar ten nazywał się Bahati (co w kiswahili oznacza szczęście), gdyż rząd przeznaczał kolejne hektary ziemi pod zabudowę mieszkalną. Po zakończeniu prac nad lotniskiem, nikt jednak nie chciał wracać do swoich dalekich domów na wsiach. Rządowi taka wizja nie pasowała i w 1994 roku pod osłoną nocy do Bahati wkroczył ciężki sprzęt zasypując żywcem setki ludzi w ich domach.

Soweto w Południowej Afryce, to zbiór wiosek na przedmieściach Johannesburga, który apartheidowki rząd przeznaczył na dzielnicę dla czarnych. Soweto jest dzisiaj symbolem walki o zniesienie władzy białych. Mieszkał tam m.in. Nelson Mandela – jeden z największych bohaterów w historii Afryki. Tam też dokonała się masakra protestujących dzieci w 1976 r. Obszar ten miał zostać zniszczony, bo nie pasował do szybko rozwijającej się stolicy RPA.

Zauważono wiele podobieństw w losie niewinnych ludzi z Nairobi i Johannesburga, więc obszar Bahati nosi teraz nazwę Soweto i jest jednym ze slumsów na przedmieściach stolicy Kenii.

Dziś Boże Ciało. Polacy tłumnie wyjdą na ulice w procesjach. Ja nigdy jakoś ich nie lubiłam. Może dlatego, że co roku był straszliwy upał. Najmilej wspominam harcerskie czasy, kiedy chodziło się między ludźmi roznosząc wodę. Z czasem więc przekonałam się, że moja duchowość jest doskonale nieprocesyjna… W tym roku żałuję, że mnie nie ma w Polsce, bo rzeczywiście widok tłumów kibiców z laickiej Europy wymieszany z pobożnymi katolikami może być interesujący.

W Kenii święto przeniesione jest na niedzielę i podobno raczej nic ciekawego się nie będzie działo (może mała procesyjka wokół kościoła). Ja dziś patrząc z parafialnego okna na mieszkańców slumsów, czuję się zaproszona, żeby dostrzec Jezusa w tym chlebie, na który część z tych ludzi dziś nie da rady zapracować i w pitnej wodzie, na którą też nie każdy może sobie pozwolić… Jestem przekonana, że Jezus dziś szczególnie przechadza się ulicami Soweto…

Poza tym wczorajsze wyniki badania krwi bardzo dobre, co oznacza, że oficjalnie ogłaszam, iż jestem zdrowa 🙂 Powrót na północ już tuż tuż 😉

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Życie na plebanii

O. Jose to ciekawa postać w okolicy. Jest jedynym księdzem w parafii Soweto w Nairobi. Wkłada w swoją pracę mnóstwo serca, a jego parafianie szczerze go kochają. W niedzielę na trzech Mszach ogromny kościół jest pełen po brzegi, a w dni powszednie przychodzi nawet 60 osób. Zgromadzenie Misjonarzy Werbistów (SVD) oprócz parafii prowadzi też szkołę podstawową i mnóstwo różnych grup – od młodzieżowej po grupy mężczyzn i kobiet. Tutaj każdy parafianin musi przynależeć do jakiejś grupy, bo inaczej pozbawiony jest tożsamości. Jest kilkadziesiąt grup z tzw. Small Cristian Community (mała wspólnota chrześcijańska), a dzieci są albo w grupie ministrantów albo dziewczynek tańczących. Problem w tym, że niektórzy ministranci nie są nawet ochrzczeni… Parafia ma też bardzo dobry chór, który właśnie zdobył drugie miejsce wśród chrześcijańskich chórów Nairobi! To co w jakiś sposób mnie tu zaskoczyło, to wielka pobożność parafian do święcenia przedmiotów – różańców, medalików, książeczek, obrazków i hektolitrów wody (nie mam pojęcia co później z nią robią!). Jest to obowiązkowy punkt po każdej Mszy św, kiedy ksiądz schodząc z ołtarza przystępuje do święcenia mnóstwa gadżetów na stoliku.

O. Jose jest nieco szalony – jak na Brazylijczyka przystało. Kocha swoich chrześcijan (jak o nich mówi), ale też trzyma ich krótko 😉 Nie ma grania w piłkę na boisku, jeśli chłopaki wcześniej nie wzięli się do roboty z łopatami na placu. Jest też bardzo dobrze zorganizowany i ogarnia wszystkie formalności parafii, szkoły, raporty zakonne… trochę tego jest! On jednak zamiast być tym przytłoczony, potrafi z poczuciem humoru działać każdego dnia, a jak jest okazja wybierze się też na imprezę i będzie tańczyć do rana 🙂

W zeszłym tygodniu przy okazji załatwiania spraw w urzędzie, miałam okazję gościć w głównym domu werbistów w Nairobi. Przez przypadek poznałam polskiego księdza, ale dopiero po fakcie się dowiedziałam, że to Polak, bo przeprowadziliśmy krótką rozmowę po angielsku i zapomniał zapytać skąd jestem 😉 Zjadłam tam też pyszne śniadanie z grzankami i żółtym serem, a potem urzekła mnie naklejka na lodówce z napisem „Everybody needs something to believe in. I believe I will have another beer” 😉 (gra słów ciężka do przetłumaczenia: „każdy potrzebuje w coś wierzyć. ja wierzę (myślę), że wypiję jeszcze jedno piwo”)

W piątek miałam też okazję wybrać się z parafianami na króciutkie skupienie do tzw. Ressurection Garden. To duży ogród gdzie są stacje drogi krzyżowej, stacje z działalności Jezusa, porozsiewane wielkie kolumny z cytatami z psalmów i modlitwą Ojcze Nasz w kilkudziesięciu językach. W ogrodzie obowiązuje absolutna cisza, co bardzo sprzyja rozmowom z Bogiem. Mieliśmy tam 2h na swoją własną modlitwę, co było pięknym i owocnym czasem.

Tak więc dobrze mi tu na przedmieściach stolicy, gdzie wypoczywam i wracam do pełni sił. Jutro ostateczne badania, które wykażą czy mogę już wracać na północ 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

W Trójcy Jedyny

Kiedy we wtorek mój nowo poznany znajomy Yussuf (znany też jako Anioł nr 2) wysłał mi swój samochód wraz z kolegą, żeby mnie zabrać na badania do szpitala, wysłał mi też coś jeszcze w prezencie – małą książeczkę o tytule „Jedność Boga”…

Z ciekawości postanowiłam przeczytać książeczkę i zobaczyć o czym jest. Może to przypadek, że skończyłam ją czytać właśnie dziś – w święto Trójcy Przenajświętszej. Jest ona pełna historii z początkowych wieków Chrześcijaństwa, kiedy dogmaty i prawdy wiary były podpisywane ze względu na strategie polityczne i osobiste korzyści członków Kościoła. Mówi o tym, że św. Paweł był heretykiem, że nic w Piśmie Św. nie dowodzi boskości Jezusa i że każdy kto nie wyzna, że jedynym Bogiem jest Allah, nie uniknie piekielnego ognia.

Yussuf najwidoczniej okazał się być gorliwym muzułmaninem i miał nadzieję, że dam się przekonać o nieprawdziwości dogmatu dotyczącego Trójcy Św. Muzułmanie wierzą bowiem, że Bóg jest tylko Jeden, a Jezus był jedynie Jego posłańcem, podobnie jak później prorok Muhammad .

Tymczasem mi przypomniało się, że Bóg jest miłością. A jak można być miłością, nie mając kogo miłością obdarzać? Czy rzeczywiście Bóg przed stworzeniem człowieka mógł być całkowicie sam? Przypomniała mi się „Chata” Young’a i jej piękny opis Boga w trzech Osobach… Nagle opis z książeczki, który mówi, że Bóg jest „samowystarczalny i nie ma potrzeby dzielenia się z nikim swoją chwałą” wydał mi się przerażająco smutny…

Tak oto pisze ks. Wojciech Skóra MIC:

„Wielbimy odrębność Osób, jedność w istocie i równość w majestacie”. Wielbimy i nic nadto, ponieważ przerasta nas Tajemnica Boga; wielbimy, ponieważ dotykamy jej zaledwie „opuszkiem” wiary; wielbimy, ponieważ przeczuwamy, że wciąż pozostajemy zanurzeni w miłości Trzech. Wielbimy pokornym umysłem, który bez Ducha Prawdy o tym największym cudzie nie byłby w stanie nic powiedzieć. Wielbimy sercem prostym, które nie będzie nawet próbować przelewać muszelką oceanu. Wielbimy z całym Kościołem tą najprostszą modlitwą: „Chwała Ojcu, i Synowi, i Duchowi Świętemu”.

I ja dziś z pokorą dziękuję, że jesteś ze mną Boże potrójnie, choć niepojęte to dla mnie. Dziękuję Ci Ojcze, Jezu i Duchu, że jesteś Sam w Sobie pełnią Miłości 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Afryka | Dodaj komentarz

Święto Wolności

Dziś święto narodowe w Kenii. Madaraka Day, święto wolności. Z wolnością jak wiadomo wszędzie jest problem. Jeśli nie jesteśmy niewolnikami w jawny sposób, to stajemy się niewolnikami tego co niewidzialne, tego co ukryte – naszego egoizmu, zachłanności, pychy, ambicji… dziś więc moje modlitwy o to, byśmy stawali się coraz bardziej wolni, bo wszak „ku wolności wyswobodził nas Chrystus” 🙂

Tym, którzy martwią się o moje zdrowie, daję znać, że mam się już dużo lepiej i za kilka dni powinnam być już zdrowa jak ryba 🙂 Jutro spodziewam się wyników dodatkowych badań, więc powinno się wyjaśnić do końca co mnie zaatakowało.

Tymczasem w Polsce ostatnie przygotowania do EURO (obiecałam, że na to patrzeć nie będę i słowa dotrzymałam ;)), a w Londynie przygotowania do olimpiady. Zapraszam Was do obejrzenia reklamy, która mnie zupełnie urzekła (ze specjalnym pozdrowieniem dla zprocteryzowanych ;))

[youtube:https://www.youtube.com/watch?v=3XVqgQH0ayQ]

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Kenya Trip – cz. V – las, jezioro i dwa miasta na N

Z Mombasy w ciągu jednego dnia pokonaliśmy trasę do samego Nyahururu – Allen jako nasz kierowca naprawdę spisywał się na medal!

W Nyahururu spędziliśmy miłe dwa dni – dla mnie to zawsze jak powrót do domu 🙂 Dorota z Mariuszem zobaczyli jak wygląda st. Martin, a ja miałam okazję pogadać ze starymi znajomymi. Zrobiliśmy poważne zakupy w moim ulubionym sklepie Marleenowym i odwiedziliśmy Agnieszkę i Dominika, którzy zaserwowali nam Łazanki 😉 Swoją drogą kenijskie jedzenie moim gościom całkiem przypadło do gustu i kabanosy, przywiezione na wypadek umierania z głodu, zostały podarowane w prezencie 😉 Niestety tylko dzieci w Talitha-Kum tym razem nie udało się odwiedzić, bo pojechały do rodzin z okazji przerwy w szkole, więc zastaliśmy tylko 9tkę w domu.

Z Nyahururu wyruszyliśmy w stronę Kakamega całkiem sprawnie, jednak niestety na wysokości Molo złapaliśmy gumę… opona była w tak tragicznym stanie, że musieliśmy zakupić nową. Ceny nas absolutnie powaliły, ale nie bardzo mieliśmy wyjście. Jak się okazało jednak nie cena była największym zaskoczeniem, ale niesamowite zdolności panów z zakładu oponiarskiego, którzy przez dobre pół godziny nie potrafili założyć opony na felgę i wpychali do niej na przemian stare gazety i wodę… Akcja jednak zakończyła się pomyślnie i już wieczorem dotarliśmy do wioski zwanej Chavakali, gdzie mieszka Ciocia Allena.

Przed południem udaliśmy się do Kakamega Forest. Bardzo przyjemny okazał się spacer po tropikalnym lesie, gdzie mnóstwo ciekawych okazów drzew i krzaków 😉 Nie to żebym była znawcą drzew i krzaków, ale było przyjemnie chłodno 🙂 Chwilę  trwały negocjacje z przewodnikami, bo chcieli ogromnych pieniędzy i to nawet oficjalnie wg stawek z tabelki. Teoretycznie pieniądze idą też na utrzymanie roślinności, mimo, że dodatkowo płaci się i tak za sam wjazd do lasu. Uregulowania prawne dotyczące Kakamega Forest są same w sobie bardzo pokręcone, bo pół lasu należy do państwa, a pół do jakichś innych organizacji. Ja przyznam, że się w tym nie połapałam…

Po wycieczce leśnej pojechaliśmy do Kisumu, gdzie pierwsze co mnie uderzyło, to jedna wielka myjnia samochodowa w jeziorze! Coś co w Europie byłoby absolutnie nie do pomyślenia. Przy brzegu myte było wszystko od TIRów po matatu i samochody osobowe. Ja przy takim właśnie krajobrazie spożywałam rybkę – zaraz, zaraz… dopiero się zorientowałam dlaczego tylko ja się na nią skusiłam! 😉 W oczekiwaniu na zachód słońca, po którym mieliśmy mieć szansę zobaczenia hipopotamów, wybraliśmy się do polecanego w przewodniku muzeum. Rzeczywiście było warto, bo było wszystko – od krótkiej historii Kenii z różnymi eksponatami z poszczególnych epok, po akwaria z rybkami, krokodyle, węże i ekspozycję domków tradycyjnych dla plemion nad jeziorami – Luo i Luya. Byliśmy bardzo zadowoleni! Zdążyliśmy też idealnie na hipopotamy, choć zechciał nam się ukazać tylko jeden.

I tak oto zakończyliśmy 12-dniową mega-ekspresową wycieczkę po Kenii. Kolejnego dnia byliśmy już w Nairobi, gdzie kilka ciekawych rzeczy zobaczyli nie tylko goście, ale również ja i Allen, który w Nairobi mieszka od 10 lat – widok z wieży na miasto oraz muzeum kolejnictwa 🙂

Jeszcze raz ogromne podziękowania dla Doroty i Mariusza za odwiedziny i bardzo udaną wyprawę 🙂

Zdjęcia w trzech galeriach:
Kakamega
Kisumu
Nairobi

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz