Festiwal Kulturowy w Loiyangalani

Festiwal nad jeziorem Turkana ma już 5-letnią tradycję i zapoczątkowany był przez ambasadę niemiecką. Jego zamierzeniem było szerzenie pokoju wśród plemion żyjących w okolicy jeziora Turkana, w szczególności w kontekście powyborczych zamieszek w 2008. Tegoroczny festiwal rozpoczął się w sobotę popołudniu i wtedy też zaczęły się moje problemy ze słońcem… do punktu gdzie wszystko się odbywało, trzeba było przebyć drogę jakichś 10 min na otwartej przestrzeni, co wystarczyło, żebym doszła tam ledwo dysząc, cała czerwona i gotowa za wszelkie pieniądze zakupić coś zimnego do picia. Na szczęście było to możliwe, bo na miejsce festiwalowe przywieźli jedyną działającą w mieście lodówkę. Oczywiście chłodziła się ona tylko w nocy podpięta do specjalnych przywiezionych na festiwal generatorów, więc napoje były raczej temperatury pokojowej, ale lepsze to niż nic.

Impreza zaczęła się od tego, że goście mieli możliwość obejrzenia tradycyjnych domów plemiennych różnych przybyłych plemion. Było ich całkiem sporo – El Molo, Samburu, Gabbra, Rendile, Watta, Dasannach, Pokot i Turkana. Obie z Nachangay doszłyśmy do wniosku, że dobry dom to taki, który spełnia dwa podstawowe warunki – można w nim stanąć i nie ma w nim kuchni 😉 (niewtajemniczonym tłumaczę, że kuchnia może znajdować się w innym „domu”, co znacznie ułatwia funkcjonowanie, gdyż nie ma wtedy wszechobecnego dymu). Wszędzie roiło się od fotoreporterów z wielkimi aparatami (co bardzo zniechęcało mnie do robienia zdjęć) oraz ogólnie białych, którzy w większości przyjechali raczej służbowo (głównie z organizacji pozarządowych) niż turystycznie. Zanim zaczęły się ciekawe rzeczy, musieliśmy wysłuchać tradycyjnych przemów członka parlamentu, przedstawiciela rządu, pani ambasador Niemiec, kandydata na prezydenta i wielu innych, których nie wymienię, bo znaczną część przespałam na krześle, umierając z powodu upału. Potem kolejno występowały poszczególne plemiona prezentując swoje tradycyjne tańce, co było bardzo ciekawe, ale niestety widoki mieli tylko oficjalni goście, a cała reszta mogła tylko spoglądać z daleka na to co dzieje się przed sceną, oddzielona policyjną obstawą.

Moje odczucia na temat festiwalu są mieszane. Z jednej strony trudno mi nie patrzeć krzywo na imprezę, kiedy pani ambasador przylatuje czarterowanym samolotem wraz ze swoją świtą, by przez 10 min mówić o pokoju między plemionami, a potem wraca do swojego klimatyzowanego hotelu, a minister rządu odpowiedzialny za rozwój nawet nie pojawia się na głównej imprezie, mimo, że jest w Loiyangalani, wysyłając swojego przedstawiciela do przemówienia. Tymczasem sami mieszkańcy zepchnięci są na margines, a na próby nie mają nawet wstępu jeśli nie występują w tańcach (widok przypominał mi obozy dla uchodźców z filmów, kiedy ludzie tłoczą się przy płocie, próbując wejść). Człowiek który pracuje nad jeziorem już 7 lat sam przyznał, że to trochę „plastikowe” wszystko… Z drugiej jednak strony wieczorna impreza była bardzo udana (zdecydowanie za ciemno na zdjęcia, więc nawet nie brałam aparatu). Było przygotowane przez różne plemiona przedstawienie, wyśmiewające konflikt, był pokaz mody plemiennej z tradycyjnymi strojami, na który wszyscy się bardzo na poważnie przygotowali (co było prześmieszne szczególnie w wykonaniu panów :)), a potem do rana odbywały się tańce przy akompaniamencie zespołu z Nairobi, gdzie wszyscy razem tańczyli. Widać było i czuć radość z różnorodności!

W każdym razie tym, którzy są odporni na pustynne słońce, polecam 🙂 Zdjęć nie jest wiele, ale można je znaleźć tutaj.

___________________________________________

Dziś udało mi się w końcu dostać moje pozwolenie na pobyt i złożyć wniosek o tzw alien card, czyli taki kenijski dowód. Raczej bez szans, żeby był gotowy przed moim wylotem, ale takie to realia urzędowe… dziś 2,5h spędziłam na bieganiu – okienko nr 2, nr 8, 2, 7, 4 (przy tym byłam nawet 3 razy, bo mnie odsyłali ciągle), potem znowu 2, 7 i 2… masakra!

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Anioły są wśród nas

Moi drodzy – dziękuję Wam serdecznie za ciepłe słowa i modlitwę w ostatnim czasie. Czuję się już znacznie lepiej 🙂

Jeśli nadal nie dowierzacie, że Wasze modlitwy mogą działać cuda, to za chwilę udowodnię Wam, że tak się właśnie na tym dziwnym świecie dzieje!

Kiedy pisałam do Was w zeszłym tygodniu, miałam mdłości i różne problemy z żołądkiem. Niestety potem zaczęło robić się gorzej, bo na skórze pojawiły się bardzo niepokojące zmiany i widziałam, że z każdą chwilą sytuacja się pogarsza. W niedzielę rano postanowiłam dłużej nie czekać – spakowałam plecak i ruszyłam do Nairobi. Podróż była ciężka, bo to 12h drogi w gorącym autobusie (a nawet dwóch), a po drodze ani jednego miejsca, gdzie mieliby działającą lodówkę i cokolwiek zimnego do picia. Ja w tym wszystkim bardzo słaba i zagubiona.

Szybko jednak odnalazł się pierwszy Anioł na mojej drodze. Kiedy usiadłam rano w pobliskim hotelu żeby wypić herbatę, do stolika przysiadł się Bob – okazuje się, że byliśmy sąsiadami przez kilka dni i jedzie tym samym autobusem. Widział, że słabo się czułam, więc całą drogę sprawdzał czy żyję, na przystankach dbał, żebym miała coś do jedzenia i picia, a w Isiolo zaprowadził mnie na przystanek, gdzie mogłabym się przesiąść do Nairobi. Pożegnałam go z wdzięcznością i ruszyłam w dalszą drogę.

Dalej o tyle przyjemniej, że już jest asfalt, więc nie wyskakuje się do góry co chwilę i jest zasięg, więc zaczęłam załatwiać namiary na lekarza, który mógłby mnie jak najszybciej zobaczyć. Wszystko miałam dogadane, łącznie z tym, że Kanini odbierze mnie razem z taksówkarzem z dworca autobusowego… ale jak to taksówkarze w Nairobi – za bardzo na nich liczyć nie można… tuż przed opuszczeniem matatu dowiedziałam się, że muszę sobie poradzić inaczej. Kiedy wysiadłam, oczywiście cały tłum rzucił się, by mi oferować taksówkę. Szybko odeszłam na bok i zaczęłam przeglądać kontakty w telefonie, zastanawiając się do kogo zadzwonić. Wtedy podszedł do mnie jakiś człowiek. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, nie patrząc zupełnie na niego, krzyknęłam „I don’t need a taxi!” i odeszłam jeszcze bardziej na bok. Tymczasem on nie dawał za wygraną. Podszedł do mnie i łagodnym głosem powiedział: „przyjechałem razem z Tobą z Isiolo, słyszałam jak rozmawiasz przez telefon i mówisz coś o szpitalu, chciałem zapytać czy nie potrzebujesz pomocy”. Popatrzyłam na niego trochę zdezorientowana. „Potrzebuję jechać do szpitala” powiedziałam, przepraszając za ostre potraktowanie. „Nie ma sprawy – odpowiedział – za rogiem stoi mój samochód, mogę Cię zabrać.” I tak Yussuf stał się kolejnym Aniołem mojego powrotu do zdrowia. Nie tylko zawiózł mnie do szpitala, kupił coś do jedzenia i zaprowadził do recepcji, ale również został ze mną aż do północy, czekając na werdykt lekarzy, a dziś użyczył mi swój samochód i poprosił kolegę, żeby zabrał mnie znowu do szpitala na badania!

W szpitalu okazało się, że źródłem wszelkich moich problemów jest infekcja bakteryjna, o której więcej będzie wiadomo po kolejnych badaniach. Najprawdopodobniej malaria, która poruszyła wiele osób, widzących mnie  już w drodze do grobu, została wykryta zupełnie przypadkiem i mogłabym jej zupełnie nie zauważyć… W każdym razie w środku nocy odesłali mnie z antybiotykiem do domu, co musiało oznaczać, że będę żyć.

Kolejnego dnia rano zadzwoniłam do ks. Jose, do którego dostałam wcześniej namiar (podziękowania dla Kuby i Tuni :)), żeby mu powiedzieć, że wszystko w porządku i byłam już u lekarza. Po głosie jednak brzmiał bardzo sympatycznie i zaproponował mi pokój, jedzenie i ciepłą wodę na czas mojego powrotu do zdrowia. Pomyślałam „czemu nie” i jeszcze tego samego dnia udałam się do Kayole na drugim końcu miasta. W ten oto sposób brazylijski werbista Jose stał się moim trzecim Aniołem. Mój mały pokoik z łazienką jest miłym odpoczynkiem od życia na pustyni. Zarówno misjonarze, jak i pani gotująca mają fantastyczny zmysł do gotowania – wczoraj próbowałam czegoś co nazywa się okra i jest całkiem sympatycznym warzywkiem 🙂 Na dodatek przed ks. Jose mieszkał tu Japończyk, który zostawił po sobie nie tylko czarnego kota o imieniu Upendo, ale również paczki japońskiej wyśmienitej herbaty! Poczułam, że rzeczywiście tu odpocznę i nabiorę sił 🙂

Oprócz tego moimi anonimowymi aniołami stali się pan i pani, którzy w niedzielę i dziś pobierali mi krew, robiąc to jednym celnym prawie bezbolesnym ukłuciem; pani z ubezpieczenia, która prędko załatwiła bezgotówkowe usługi w szpitalu; pani u jezuitów, która cierpliwie wytłumaczyła procedury paszportowe… i pewnie wiele innych, których nie zauważyłam nawet w tłumie zabieganego miasta…

Anioły są wśród nas 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | 2 komentarze

Jezioro Turkana

Podobno Marsabit to oaza na pustyni. W ten weekend miałam okazję zobaczyć na własne oczy, że to święta prawda. Już kilkanaście kilometrów za miastem gorące powietrze uderza w nozdrza od samego wschodu słońca. Kiedy się na to patrzy, to przepiękne przestrzenie. Ale to taki rodzaj piękna, że im bardziej piękne tym bardziej niebezpieczne… O tym jednak jakie to naprawdę piekło, miałam się przekonać dopiero później…

Do Loiyangalani dotarłam szczęśliwie ok południa i od razy udało mi się znaleźć moją izraelską znajomą zajętą oglądaniem prób do sobotnich tańców. Prędko dokwaterowałam się do rodziny, z którą ona mieszkała i zaczęłam poznawać życie wśród plemienia Turkana. Trzeba przyznać, że nie jest najgorsze, bo jest podstawowa rzecz – woda. Nieopodal znajduje się gorące źródło, które zapewnia nie tylko wodę do mycia i gotowania, ale także zdatną do picia (dla niektórych okazała się mało zdatna, ale to inne historia…). Paradoksalnie jedyną jej wadą jest właśnie jej temperatura, bo nikt nie ma ochoty w takim klimacie pić ani myć się w ciepłej wodzie. Jest też oczywiście jezioro Turkana, którego temperatura jest całkiem przyjemna, ale od miasta jest daleko, bo 0,5h drogi piechotą (swoją drogą dla ekipy z którą jechałam, zobaczenie jeziora było niesamowitą atrakcją i kiedy zatrzymaliśmy się na chwilę, wszyscy rzucili się do wody w ubraniach ;)). Mi udało się tam dotrzeć raz – rzutem na taśmę tuż przed planowanym wyjazdem – i zdecydowanie było warto, bo bardzo stęskniłam się już za pływaniem! Jezioro jest piękne zarówno w dzień, kiedy widać otaczające je góry, jak i w nocy, kiedy zachodzi za nim słońce.

Noce na pustyni okazały się być prawie tak samo gorące jak dnie. Przez wszystkie noce spałam pod gwiazdami przykryta tylko cienkim prześcieradłem i było to całkiem miłe doświadczenie. Niestety o świcie budziły mnie muchy, co już takie miłe nie było… Zresztą muchy to kolejna rzecz, prócz upałów, która nad jeziorem doprowadzała mnie do szału. Było ich po prostu mnóstwo. Machając cały czas rękami, nie mogłam patrzeć na dzieci, które nic sobie nie robiły z faktu, że jakiś owad wchodzi im do buzi i nosa…

Dzieci jak wszędzie bardzo radosne i skore do zabawy. Szczególnie sympatyczna była tam dziewczynka o imieniu Nguru. Bardzo się zaprzyjaźniła z Nachangay i nawet płakała przy jej odjeździe. Była zdecydowanie najpiękniejsza z całej rodziny i miała cudowny uśmiech. Kiedyś chodziła do szkoły, więc znała trochę angielskiego, ale niestety musiała zakończyć edukację, bo nie miał się kto zajmować dobytkiem rodzinnym, czyli kozami. Oprócz hodowania kóz, teoretycznie plemiona znad jeziorem żyją głównie z rybołówstwa, ale przyznam, że ryby nie miałam okazji jeść i tylko raz widziałam, żeby ktoś je w ogóle sprzedawał. Podobno źródłem utrzymania jest też sprzedaż łupanych kamieni, które skupują budujący drogi i stąd nazwa mojej wioski – Kula Mawe (Kamienna Wioska)

Rodzina, z którą mieszkałyśmy była katolicka. Wydaje mi się, że zdecydowana większość plemion żyjących tradycyjnie została przy wyznaniu katolickim, jakie przywieźli ze sobą misjonarze wiele lat temu, tymczasem plemiona rozwinięte i pochłonięte przez zachodnią cywilizację w miastach masowo zaczęły przechodzić na protestantyzm. Jeśli podliczyć razem wszystkich wyznawców różnych religii protestanckich, to będzie ich więcej niż katolików w Kenii. Jako, że mamy maj, nasza rodzina zbierała się co wieczór w innym domku na nabożeństwie maryjnym. Było to piękne doświadczenie pieśni śpiewanych przez dzieci w świetle księżyca i różańca odmawianego pod gwiazdami. Zdecydowanie jedno z piękniejszych „majowych” na jakich byłam!

Relację fotograficzną znajdziecie na picasie.

A o tym po co właściwie wybrałam się nad jezioro, już w kolejnym odcinku… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Malaria i Jezus na pustyni

Weekend spędziłam nad jeziorem Turkana na Festiwalu Międzykulturowym. Przygotowałam aż trzy wpisy: o ludziach, festiwalu oraz powrocie i do wczoraj zdecydowana byłam publikować je w kolejności chronologicznej, jak tylko uda mi się podpiąć laptopa do Internetu. Dziś w nocy jednak zmieniłam zdanie. Stwierdziłam, że są ważniejsze rzeczy niż kolorowy festiwal i ciekawi ludzie znad jeziora…

w poniedziałek miałam wracać do Marsabit, ale utknęłam na cały dzień w poszukiwaniu transportu z dwoma gośćmi, których przypadkowo poznałam w okolicy. Chroniłam się jak mogłam od palącego słońca pustyni, które wcześniej było już przyczyną moich zawrotów głowy, ale z godziny na godzinę czułam się coraz gorzej. Najpierw zaczęło mnie mdlić, a z czasem zaczęłam wymiotować. Już wtedy wiedziałam, że jednak coś jest nie tak. Pod koniec kursowałam między prysznicem, a domkiem, gdzie leżałam nieruchomo, próbując doprowadzić mój żołądek do spokoju. Za którymś razem kiedy wymiotowałam, wypadł mi zza kołnierzyka krzyżyk, który noszę na szyi. Nie zdążyłam go schować i zwymiotowałam prosto na niego. Usłyszałam wtedy delikatny głos Jezusa: 'Jestem mocno z tobą w twoim cierpieniu’. Przypomniała mi się bardzo znana wojenna historia, w której wieszają dziecko na szubienicy i ktoś zrozpaczony z tłumu pyta; 'Gdzie jest Bóg??’, na co pada odpowiedź: 'Tam, w tym dziecku!’…

W Loiyangalani na festiwal spotykałam się z moją izrealską znajomą, poznaną w Parkishon. Jest ateistką pochodzenia żydowskiego i twierdzi, że świat powstał z wielkiego wybuchu, a nadto są na to dowody, bo komuś udało się to odtworzyć (?!). Któregoś razu zapytała mnie: 'Dlaczego jesteś katoliczką?’. Moja odpowiedź była bardzo odruchowa: 'Bo spotkałam Jezusa w swoim życiu’. Spojrzała na mnie spode łba i roześmiała mi się w twarz, zupełnie jakbym powiedziała, że przed chwilą spotkałam Elvisa… Nie znam lepszej odpowiedzi na to pytanie, bo taka właśnie jest niesamowita i dla niektórych zupełnie niepojęta prawda. Mój serdeczny przyjaciel, o. Piotr, pisał w tym tygodniu o tym, że zmartychwstanie to nie przedłużenie życia na Ziemi, ale zupełnie nowa rzeczywistość. Oczywiście nie da się tego zrozumieć jeśli się takiego przemienionego Jezusa nie spotkało.

Wracając do wydarzeń poniedziałkowego popołudnia – postanowiłam się zabrać z samochodem, który przypadkiem wyruszał, by zabrać kobietę do szpitala w Mt Kulal. To miejscowość na pobliskiej górze, gdzie nareszcie klimat był bardziej znośny. Dojechaliśmy na 22:00 i chwilę trzeba było poczekać na pielęgniarkę dyżurującą. Wysłuchała mnie dokłanie i orzekła, że mam na noc zostać w szpitalu (podpięta do kroplówki!), a rano pobiorą mi krew do badania. Jako, że była to moja pierwsza w życiu noc w szpitalu, to byłam równie przerażona co podekscytowana faktem, że to akurat szpital absolutnie na końcu świata. Noc minęła całkiem miło i rano czułam się lepiej – dużo lepiej niż na zdjęciu jakie zrobili mi wieczorem (wyglądam na nim jakbym umierała, a to tylko efekt spotkania moich prawie niewidocznych żył z igłą od kroplówki ;)) Sympatyczna pani pielęgniarka pobrała krew, porobiła magiczne badania i werdykt zapadł: malaria. Przez chwilę zamarłam, ale lekarz szybko mnie wybudził z zamyślenia: 'Tu masz leki, za 3 dni będziesz zdrowa’ – zabrzmiało to lepiej niż przeziębienie, bo ono wszak leczone trwa tydzień a nieleczone aż 7 dni… Powrót z góry w pustynne tereny był ciężki, ale na pocieszenie, mijaliśmy przepiękny las pełen ogromnych motyli wielkości dłoni – coś wspaniałego 🙂

Wczoraj w nocy nie mogłam spać. Męczyły mnie mdłości i biegunka, a to nie jest przyjemna sprawa, jeśli wyjście do toalety wymaga założenia butów i zaopatrzenia się w latarkę. To najprawdopodobniej skutki uboczne leków, które na szczęście już skończyłam brać. Nie wiem jak czuć się będę dziś w nocy, ale nie tracę ducha, bo wszak Jezus jest mocno ze mną :).

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Kenya Trip – cz. IV – kość słoniowa i niemiecki ksiądz

Po Malindi i Lamu przyszedł czas na turystyczną stolicę Kenii – Mombasę. Przemknęliśmy przez nią w jeden dzień i to było wystarczające. Wzdłuż całego wybrzeża plaże pozamykane są dla prywatnych hoteli, więc wszędzie roi się od turystów, a w czasie świąt miasto zatłoczone jest również Nairobiańczykami (taka Warszawka lansująca się na Helu ;))

Dla mnie wiele ciekawego do zwiedzania nie było, bo Fort Jesus już widziałam wcześniej (Mariuszowi i Dorocie chyba się podobało :)), więc ucieszyłam się tylko nadrobieniem zaległości w postaci sławnych słoniowych kłów na ulicy Moi Avanue. Miło było też znowu skosztować kokosów (nareszcie trafiłam na dobry sezon!) i czipsów z kassawy.

Tymczasem bardzo niecodzienna okazała się Msza. Szczególnie zaskoczeni byliśmy wszyscy przez zbiórkę pieniędzy, gdzie zapraszali organizacje i prywatne osoby do złożenia ofiary na diecezję, po czym głośno wyczytywali wpłaconą kwotę – gorzej niż na polskiej wiosce 😉 Zostaliśmy też powitani jako goście i poproszeni o powiedzenie kilku słów 🙂 Jeszcze przed Mszą nasz kolega z Mombasy chciał nas zapoznać ze swoim niemieckim duszpasterzem (dla kolegi wiele różnicy między Niemcami a Polską nie było ;)). Całkiem ciekawa jest jego historia, bo całe swoje życie spędził na parafii w Niemczech, a po odejściu na emeryturę (po 60-tce) poprosił o przeniesienie do Afryki. Był trochę w Afryce środkowej, a ostatnie kilka lat spędził w Kenii. Parafianie są bardzo szczęśliwi z powodu jego obecności. Podobno zdziałał cuda dla zjednoczenia lokalnej społeczności i budowania pokoju oraz sprawnie działa na innych polach, mimo prawie 80 lat i poważnej wady słuchu. Powiedział coś co bardzo zapadło mi w pamięć – „na co dzień nie pamiętam, że jestem biały, bo przecież siebie nie widzę”. Też często to odczuwam! – jestem gdzieś w jakimś miejscu i niby wszystko jest w porządku… zanim się nie zorientuję, że jakoś mnie inaczej traktują (i to działa w obie strony – i dobrą i złą) Wtedy do mnie dopiero dochodzi, że nie jestem czarna – i jakby nie patrzeć, nigdy nie będę…

Skromna galeria z Mombasy jak zwykle na picasie.

__________________________

Jutro o świcie wyruszam nad jezioro Turkana na festiwal kulturalny – relacja wkrótce 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Kanini – historia prawdziwa

Elisabeth Kanini to kobieta ok 40stki. Pochodzi z południowo-wschodniej Kenii z plemienia Kamba. Jest bardzo pogodna i ma świetne poczucie humoru. Studiowała kierunek nauk społecznych ze specjalnością zajmującą się budowaniem pokoju.

W 2009 roku wybrała się po raz pierwszy do Marsabit ze swoją grupą na studiach, by robić badania na temat konfliktów między plemionami. Tak naprawdę jest ich mnóstwo w północnej Kenii i prawie każdy walczy z każdym. Badania zajęły kilka tygodni. Pod koniec powstał pokaźny raport na temat sytuacji i propozycje rozwiązań. Dla Kanini najważniejsza jest edukacja. Wierzy ona bardzo mocno, że przez brak horyzontów, nieumiejętność użycia wspólnego języka, brak podstawowej matematyki, obie strony konfliktu nie potrafią wyjść poza swój świat, w którym ciężko zrozumieć drugiego człowieka.

Kanini wróciła do Nairobi, żeby skończyć studia, ale nigdy nie zapomniała o Marsabit. W czasie swoich wolnych dni przyjeżdżała tu, by rozmawiać z ludźmi, poznawać ich realia życia. Kiedy obroniła licencjat przyjechała na kilka miesięcy i zaczęła współpracować z lokalnym kościołem i docierać do coraz dalszych wiosek w okolicach. Postanowiła wtedy skupić się tylko na jednym najbardziej palącym konflikcie – między Borana i Rendille. W październiku miała rozpocząć studia magisterskie, na które dostała stypendium, ale zrezygnowała. Nie potrafiła zostawić ludzi w potrzebie. Przez jakiś czas współpracowała jeszcze z kościołem, ale po pewnym czasie zorientowała się, że więcej może zdziałać na własną rękę. Dziś ma znajomych w policji, w urzędzie miejskim i wśród wszystkich okolicznych wiosek. Nieco pomaga jej finansowo uniwersytet, ale to bardzo małe pieniądze i przede wszystkim ciężko je wydobyć z biurokratycznych mechanizmów uczelni.

Jednym z głównych projektów, jakie koordynuje, są szkoły wieczorowe dla wojowników, które powstały w kilkunastu wioskach (i wciąż pojawiają się zapytania w kolejnych)  Uczą się oni od ok 20:00 czasami do 1:00 w nocy nawet, dając z siebie wszystko. Nauczycielami są bardziej wykształceni mieszkańcy wioski i dostają za to skromne kieszonkowe w wysokości ok 120 zł miesięcznie. Uczniami w szkołach są nie tylko młodzi wojownicy i dzieci, które nie mogły pójść do szkoły, ale także każdy kto ma ochotę dołączyć do szkoły – przedwczoraj spotkałam np. 60 letniego dziadka (wyglądał na 80 ;)), który z radością pokazywał nam swoje zeszyty z literkami 🙂 Są też pierwsze bardzo poważne owoce projektu – dzieci, które rozpoczynały naukę wieczorowo w swojej wiosce i zdołały dostać się do publicznych szkół i kontynuować normalna naukę.

Drugi projekt to warsztaty organizowane w szkołach w tzw peace clubs (kółko pokoju?) oraz inne zajęcia dla dzieci – np wspólne gry w piłkę między plemionami. Wszystko po to by budować wzajemne zaufanie i uczyć się działania razem.

Przy projektach pomagało dotychczas dwóch lokalnych wolontariuszy, którzy niestety musieli chwilowo zawiesić działalność, bo pieniędzy z uczelni nie ma od kilku miesięcy, a oni muszą z czegoś żyć. Przez tydzień był z nami też Emilio z Meksyku, który pełnił podobną rolę do mojej i pomagał Kanini przy wszystkim co się działo. (Swoją drogą miło było z nim pobyć, bo mimo iż Polska i Meksyk to dwa różne światy, jednak w porównaniu do afrykańskich realiów okazały się zadziwiająco podobne ;))

Kanini nigdy nie założyła własnej organizacji – ani pozarządowej (tzw. NGO – Non-Govermental Organization) ani społecznej (tzw. CBO – Community-Based Organization), żeby pozyskać środki, bo wie jak takie organizacje działają i że tak naprawdę na koniec ktoś musi na nich zarobić. Dla niej ważni są ludzie i woli pojechać do nich nie mając ani grosza i wiedząc, że da im tylko to co może im pomóc, a nie to co jeszcze bardziej ich uzależni od innych.

Póki co, wiele z naszych działań zostało zawieszonych, bo w okolicy nie jest bezpiecznie od śmierci trzech chłopców w niedzielę. Jak mawiają tutaj – „napięcie jest duże” i wiele szkół zostało zamkniętych z tego powodu. My poruszamy się tylko w niektórych kierunkach.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Kenya Trip – cz. III – Świat osiołków i soków owocowych

Niewiele jest miejsc, które sami Kenijczycy odwiedzają turystycznie, a Lamu to właśnie jedno z nich. Można powiedzieć, że to magiczna wyspa z magicznym miasteczkiem na północnym wybrzeżu Kenii, gdzie jedynym środkiem transportu są osiołki. Wyspa w zeszłym roku stała się znana jeszcze z jednego powodu – tym razem mniej chlubnego – tutaj bowiem grupa somalijskich terrorystów porwała francuską turystkę, co w październiku rozpoczęło wojnę w Somalii. Będzie też znana za jakiś czas z ogromnego portu jaki ma tam powstać w najbliższych latach.

Całą podróż kenijską odbywaliśmy samochodem – to był jedyny sposób żeby zrealizować nasz bardzo napięty program. Dla Lamu jednak musieliśmy zrobić wyjątek. Z powodów bezpieczeństwa, jest tam trudno dotrzeć samochodem, bo potrzebna jest eskorta policji. Znaleźliśmy więc nocny autobus, który dowiózł nas do celu o 3 nad ranem… tylko co tu robić samotnie na wyspie w środku nocy?

Mieliśmy nieco zapasów na śniadanie i pomyśleliśmy, że miło będzie je spożyć na plaży przy wschodzie słońca. Pomysł sam w sobie był niezły, ale z realizacją okazało się gorzej, bo prognozowane 15 min spaceru okazało się ponad godzinną wędrówką, która mnie osobiście wykończyła na resztę dnia. Niestety wybrzeże to miejsce bardzo wysokich temperatur i ogromnej wilgotności, a to nie jest coś, co tygryski lubią najbardziej.

Dalsze zwiedzanie wyspy musiało odbyć się w pośpiechu, bo już w południe odjeżdżał nasz powrotny autobus do Malindi. Zobaczyliśmy muzeum swahilijskiego domu i fort Lamu, ale największą radością było usiąść i wypić najlepszy w mieście sok ze świeżych owoców 🙂 Ogólnie soki, a szczególnie mango (Mariusza ulubione ;)), cieszyły się ogromnym powodzeniem wśród naszych zamówień. Chyba jednak nigdzie nie piliśmy tak dobrych jak na Lamu!

Oczywiście najbardziej urzekające były osiołki, z którymi musiałam sobie zrobić specjalną sesję 😉 Są one nie tylko środkiem transportu, ale i kulturą wyspy – spotkać tu można ośli szpital, ośle pogotowie i miejsca parkingowe dla osłów 🙂

Pełna galeria tutaj.

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Ślub jak z National Geographic

Wojownicy w tańcu

Z powodu zamieszania niedzielnego, do Parkishon na ślub dotarliśmy ok 11:00 i ominęła nas poranna uroczystość. Wszystko odbywało się w obrządku Samburu – panna młoda jest mieszanką Samburu i Rendille, a pan młody Samburu i Turkana. Całość rozpoczyna się o 8:00 rano, kiedy mężczyźni zabijają byka – co jest symbolem obrączki. Mięso z tegoż byka przeznaczone jest po kawałku dla przeróżnych osób zarówno ze strony pana młodego, jak i panny młodej, oraz ważnych osób w wiosce. Mężczyźni piją też ciepłą krew prosto z ubitego zwierza. W tym samym czasie w domu panny młodej odbywa się obrzęd obrzezania, co jest brutalną operacją wycięcia warg sromowych i łechtaczki (jest to zakazane przez kenijskie prawo, jednak wykonywane cały czas powszechnie w tradycyjnych społecznościach).

Budowa domu

Reszta uroczystości odbywa się wieczorem, kiedy wojownicy wraz z dziewczynami odbywają rytualne tańce ze skokami – bardzo podobne do tych, które znamy z opowieści o Masajach. Tymczasem kobiety kończą budowę domu z patyków i błota, który powstaje w ciągu jednego dnia i już wieczorem państwo młodzi mogą w nim zamieszkać. Patyki zbierane są wcześniej przez panny i towarzyszy temu wiele śpiewu, co przypadkiem miałam okazję zobaczyć kilka dni temu.

Smutna panna młoda

Dosyć dziwny to ślub, kiedy państwo młodzi nie spotykają się ani razu… można to jednak zrozumieć dopiero w kontekście tego, że ślub w wielu kulturach nie ma nic wspólnego z miłością. To tylko kontrakt – żona za krowy. Smutno kiedy się pomyśli, że panna młoda ma 14 lat i została zmuszona do wyjścia za mąż. Będzie miała bardzo duże problemy z jakąkolwiek edukacją, a na pewno nie skończy normalnej szkoły.

W kontekście tego chciałoby się oburzyć i powiedzieć, że tak nie można, że to źle, że kobiety też mają prawa, że nie można ich bezkarnie pociąć i oddać jakiemuś obcemu mężczyźnie… a z drugiej strony, jakie ja mam do tego prawo? Co ja wiem o życiu tych ludzi? Czemu mój świat ma być lepszy?… Trudne to dywagacje i dużo pytań bez odpowiedzi…

Poranne mycie zębów

Wieczorem wybraliśmy się do szkoły wieczorowej dla wojowników, o czym szerzej w następnych odcinkach. Było trochę tańców, trochę przemówień i czasu żeby się nieco zapoznać. Kolejnego poranka miałam okazję umyć zęby wspominanym już patykiem do zębów (całkiem niezłe urządzenie ;)) oraz odbyć krótkie spotkanie z wojownikami przed ich wyjściem na pastwiska.

Zapraszam do bardzo kolorowej galerii, choć tym razem bardzo żałowałam, że mój aparat nie potrafi rejestrować wideo! 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | 2 komentarze

Kawałek Izreala w Parkishon

Już w drodze do wioski Parkishon, doszły nas słuchy, że jest ktoś z Izreala. Wydało się nam to dość egzotyczne. Nashangay – tak wszyscy do niej wołają. W języku kirendille oznacza „urodzona w deszczu”, kiedy bowiem przyjechała, była przeogromna burza. Jej historia wydała mi się fascynująca. Podróżuje sama po Afryce bez bardzo dokładnego planu. Wylądowała w Etiopii, po której podróżowała przez 3 miesiące. Teraz trafiła do naszej wioski przypadkiem, bo spotkała w autobusie sympatycznych ludzi i postanowiła wysiąść z nimi. Tak zakochała się w swojej kenijskiej rodzinie, że postanowiła zostać dłużej. W poniedziałek rusza dalej w podróż po Kenii, gdzie mówiła, że chce zobaczyć 3 miejsca. Oczekiwałam, że wśród nich będzie któryś z parków narodowych, Mombasa i może Nairobi. Tymczasem jej odpowiedź mnie zaskoczyła – chce bowiem pojechać do ludzi, a konkretnie do 3 plemion – Samburu, Turkana i Masajów…

Dziś mieliśmy być na jej urodzinach. Niestety nastroje wśród wojowników są bardzo złe. Wczoraj postrzelony został chłopiec z plemienia Rendille, a dziś zginęło 3 z plemienia Borana. Ja dopiero powoli zaczynam się orientować w zawiłościach konfliktu, ale wygląda na to, że wśród tego wszystkiego działa jeszcze trzecia niewidzialna siła w postaci polityków, elit i biznesmenów, którym zależy na utrzymywaniu konfliktu. My wszyscy jesteśmy spoza układu i teoretycznie nic nam nie grozi, ale niebezpiecznie jest jechać w rejon konfliktu w takim czasie. Jutro mieliśmy być rano na ślubie – może uda nam się pojechać neutralnym autobusem, w którym będzie bezpiecznie…

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz

Słów kilka o moim nowym domu

Marsabit z góry

Zadomowiłam się już w Marsabit w naszym międzykulturowym domu. Jest nas piątka – jedna Kamba, dwie Rendille, jeden Meksykanin i jedna Polka. Ogólnie jest bardzo wesoło i dobrze się bawimy 🙂 Okazało się też, że z Internetem nie tak źle i od czasu do czasu będę mogła korzystać z modemu.

Wczoraj udało mi się po raz pierwszy odwiedzić jedną z wiosek, w której będziemy pracować. Niesamowite zobaczyć tutejsze plemiona, które są jeszcze bardziej kolorowe i tradycyjne niż znani na cały świat Masajowie. Na terenie Marsabit żyją głównie dwa plemiona, które prowadzą ze sobą zaciekłe walki od lat – Borana i Rendille. Kanini, z którą pracuje zajmuje się zupełnie prywatnie budowaniem pokoju w społeczeństwie i widać tego owoce. Wojownicy obu plemion zaczynają ze sobą rozmawiać, a dzieci zaczynają chodzić do szkoły. Jako, że działa ona na własną rękę, to nie ma pieniędzy, co jest dobre, bo nie przyciąga osób próbujących się dorobić. To niestety częsta rzeczywistość organizacji pozarządowych.

Wczoraj dwie godziny czekałyśmy na podwózkę do wioski, ale się udało! Naszą jedyną misją było przekazać wiadomość, że nie dotrzemy na spotkanie, które miało się odbyć wczorajszej nocy – nie ma tam nigdzie zasięgu, więc musiałyśmy wiadomość dostarczyć osobiście. Niesamowity świat 🙂

Dziś natomiast byliśmy wszyscy na wycieczce do sanktuarium na wzgórzu. Zachwyciły mnie pięknie namalowane sceny biblijne – oczywiście wszystkie w scenerii afrykańskiej, gdzie wszyscy bohaterowie od Adama i Ewy po Jezusa są czarni 🙂 Jedną z najciekawszych scen był obraz kuszenia Jezusa, gdzie szatan przybrał postać szamana 😉

Zaszufladkowano do kategorii Afryka, Uncategorized | Dodaj komentarz