Niewiele jest miejsc, które sami Kenijczycy odwiedzają turystycznie, a Lamu to właśnie jedno z nich. Można powiedzieć, że to magiczna wyspa z magicznym miasteczkiem na północnym wybrzeżu Kenii, gdzie jedynym środkiem transportu są osiołki. Wyspa w zeszłym roku stała się znana jeszcze z jednego powodu – tym razem mniej chlubnego – tutaj bowiem grupa somalijskich terrorystów porwała francuską turystkę, co w październiku rozpoczęło wojnę w Somalii. Będzie też znana za jakiś czas z ogromnego portu jaki ma tam powstać w najbliższych latach.
Całą podróż kenijską odbywaliśmy samochodem – to był jedyny sposób żeby zrealizować nasz bardzo napięty program. Dla Lamu jednak musieliśmy zrobić wyjątek. Z powodów bezpieczeństwa, jest tam trudno dotrzeć samochodem, bo potrzebna jest eskorta policji. Znaleźliśmy więc nocny autobus, który dowiózł nas do celu o 3 nad ranem… tylko co tu robić samotnie na wyspie w środku nocy?
Mieliśmy nieco zapasów na śniadanie i pomyśleliśmy, że miło będzie je spożyć na plaży przy wschodzie słońca. Pomysł sam w sobie był niezły, ale z realizacją okazało się gorzej, bo prognozowane 15 min spaceru okazało się ponad godzinną wędrówką, która mnie osobiście wykończyła na resztę dnia. Niestety wybrzeże to miejsce bardzo wysokich temperatur i ogromnej wilgotności, a to nie jest coś, co tygryski lubią najbardziej.
Dalsze zwiedzanie wyspy musiało odbyć się w pośpiechu, bo już w południe odjeżdżał nasz powrotny autobus do Malindi. Zobaczyliśmy muzeum swahilijskiego domu i fort Lamu, ale największą radością było usiąść i wypić najlepszy w mieście sok ze świeżych owoców 🙂 Ogólnie soki, a szczególnie mango (Mariusza ulubione ;)), cieszyły się ogromnym powodzeniem wśród naszych zamówień. Chyba jednak nigdzie nie piliśmy tak dobrych jak na Lamu!
Oczywiście najbardziej urzekające były osiołki, z którymi musiałam sobie zrobić specjalną sesję 😉 Są one nie tylko środkiem transportu, ale i kulturą wyspy – spotkać tu można ośli szpital, ośle pogotowie i miejsca parkingowe dla osłów 🙂
