Weekend spędziłam nad jeziorem Turkana na Festiwalu Międzykulturowym. Przygotowałam aż trzy wpisy: o ludziach, festiwalu oraz powrocie i do wczoraj zdecydowana byłam publikować je w kolejności chronologicznej, jak tylko uda mi się podpiąć laptopa do Internetu. Dziś w nocy jednak zmieniłam zdanie. Stwierdziłam, że są ważniejsze rzeczy niż kolorowy festiwal i ciekawi ludzie znad jeziora…
w poniedziałek miałam wracać do Marsabit, ale utknęłam na cały dzień w poszukiwaniu transportu z dwoma gośćmi, których przypadkowo poznałam w okolicy. Chroniłam się jak mogłam od palącego słońca pustyni, które wcześniej było już przyczyną moich zawrotów głowy, ale z godziny na godzinę czułam się coraz gorzej. Najpierw zaczęło mnie mdlić, a z czasem zaczęłam wymiotować. Już wtedy wiedziałam, że jednak coś jest nie tak. Pod koniec kursowałam między prysznicem, a domkiem, gdzie leżałam nieruchomo, próbując doprowadzić mój żołądek do spokoju. Za którymś razem kiedy wymiotowałam, wypadł mi zza kołnierzyka krzyżyk, który noszę na szyi. Nie zdążyłam go schować i zwymiotowałam prosto na niego. Usłyszałam wtedy delikatny głos Jezusa: 'Jestem mocno z tobą w twoim cierpieniu’. Przypomniała mi się bardzo znana wojenna historia, w której wieszają dziecko na szubienicy i ktoś zrozpaczony z tłumu pyta; 'Gdzie jest Bóg??’, na co pada odpowiedź: 'Tam, w tym dziecku!’…
W Loiyangalani na festiwal spotykałam się z moją izrealską znajomą, poznaną w Parkishon. Jest ateistką pochodzenia żydowskiego i twierdzi, że świat powstał z wielkiego wybuchu, a nadto są na to dowody, bo komuś udało się to odtworzyć (?!). Któregoś razu zapytała mnie: 'Dlaczego jesteś katoliczką?’. Moja odpowiedź była bardzo odruchowa: 'Bo spotkałam Jezusa w swoim życiu’. Spojrzała na mnie spode łba i roześmiała mi się w twarz, zupełnie jakbym powiedziała, że przed chwilą spotkałam Elvisa… Nie znam lepszej odpowiedzi na to pytanie, bo taka właśnie jest niesamowita i dla niektórych zupełnie niepojęta prawda. Mój serdeczny przyjaciel, o. Piotr, pisał w tym tygodniu o tym, że zmartychwstanie to nie przedłużenie życia na Ziemi, ale zupełnie nowa rzeczywistość. Oczywiście nie da się tego zrozumieć jeśli się takiego przemienionego Jezusa nie spotkało.
Wracając do wydarzeń poniedziałkowego popołudnia – postanowiłam się zabrać z samochodem, który przypadkiem wyruszał, by zabrać kobietę do szpitala w Mt Kulal. To miejscowość na pobliskiej górze, gdzie nareszcie klimat był bardziej znośny. Dojechaliśmy na 22:00 i chwilę trzeba było poczekać na pielęgniarkę dyżurującą. Wysłuchała mnie dokłanie i orzekła, że mam na noc zostać w szpitalu (podpięta do kroplówki!), a rano pobiorą mi krew do badania. Jako, że była to moja pierwsza w życiu noc w szpitalu, to byłam równie przerażona co podekscytowana faktem, że to akurat szpital absolutnie na końcu świata. Noc minęła całkiem miło i rano czułam się lepiej – dużo lepiej niż na zdjęciu jakie zrobili mi wieczorem (wyglądam na nim jakbym umierała, a to tylko efekt spotkania moich prawie niewidocznych żył z igłą od kroplówki ;)) Sympatyczna pani pielęgniarka pobrała krew, porobiła magiczne badania i werdykt zapadł: malaria. Przez chwilę zamarłam, ale lekarz szybko mnie wybudził z zamyślenia: 'Tu masz leki, za 3 dni będziesz zdrowa’ – zabrzmiało to lepiej niż przeziębienie, bo ono wszak leczone trwa tydzień a nieleczone aż 7 dni… Powrót z góry w pustynne tereny był ciężki, ale na pocieszenie, mijaliśmy przepiękny las pełen ogromnych motyli wielkości dłoni – coś wspaniałego 🙂
Wczoraj w nocy nie mogłam spać. Męczyły mnie mdłości i biegunka, a to nie jest przyjemna sprawa, jeśli wyjście do toalety wymaga założenia butów i zaopatrzenia się w latarkę. To najprawdopodobniej skutki uboczne leków, które na szczęście już skończyłam brać. Nie wiem jak czuć się będę dziś w nocy, ale nie tracę ducha, bo wszak Jezus jest mocno ze mną :).
