Pożegnanie z Afryką – cz. I – Marsabit

Jane – ukochana sąsiadka,od której zawsze pożyczałam cukier i spinacze na pranie. Będzie rodzić w sierpniu i obiecała mi przesłać zdjęcia maleństwa. Z nią zawsze można było pożartować i liczyć na serdeczny uśmiech po ciężkim dniu.

Nduku – w jej sklepie nie dało się spędzić tylko 5 min, ale trzeba było zarezerwować mnóstwo czasu na pogawędki. Można było wziąć pomidory na kredyt, ale dbała, żeby oddać jej każdego szylinga 😉 Jak miała dobry humor to wpadała w ciągu dnia żeby usmażyć przepyszne chapati.

s. Christine – zabierała nas swoim samochodem przez trudne wertepy do najdalszych wiosek. Zawsze podczas drogi opowiadała niestworzone historie o swoich podopiecznych dziewczynkach z internatu albo innych przygodach zakonnych 🙂

wyraźna granica między Kenią A i Kenią B

Peter – na niego zawsze można było liczyć. To były alkoholik, który wyszedł z nałogu i jest przecudownym ciepłym człowiekiem, który teraz pomaga innym w ich uzależnieniach. Wystawia sztuki na tematy społeczne – głównie pokoju. Jest z plemienia Borana, a ożenił się z kobietą z plemienia Gabra, co jest fenomenem w tutejszych stronach. Wraz z żoną otworzyli ośrodek rehabilitacyjny, gdzie pracują z dziećmi z ulicy oraz kobietami, które zostały wypędzone ze swojego plemienia z powodu ciąży (szczególnie w plemieniu Gabra za posiadanie nieślubnego dziecka zostaje się wypędzonym). Mają dwóch synów, z których najmłodszy nazywa się Obama :), a starszy Dub (mówi świetnie po angielsku w wieku lat 11)

s. Antonina – jedna sióstr z sanktuarium na górze, z którą piekłam ciasto marchewkowe, Pauline – nauczycielka z Leyai, która smażyła dla nas mandazi, Charles – nauczyciel z pobliskiego liceum…

oraz Kanini, z którą przemierzyłam długie drogi do okolicznych wspólnot. Piękny to był czas i bardzo barwny. Dziękuję!! 🙂

szkoła w Parkishon

I na koniec jeszcze refleksja z jaką wracam z północy:

Mamy szkoły dla wojowników. Inicjatywa sama w sobie jest niezwykle cenna. Otwiera zupełnie nowe możliwości przed tymi, którzy nie mieliby szans kiedykolwiek nauczyć się czytać i pisać. Widziałam błysk w oczach wojowników, którzy cieszyli się jak małe dzieci, pokazując mi jak piszą swoje imiona. Nie potrafiłam jednak zrozumieć jakie ma to właściwie przełożenie na pokój i zaprzestanie walk między plemionami. Sprawa okazała się bardzo złożona. Wojny o których tu mówimy to nie olbrzymie przedsięwzięcia sterowane przez wpływowych ludzi rządnych władzy i pieniędzy. To są prości ludzie o prostych myślach i wąskich horyzontach. Nie znają życia innego niż świat krów, kóz i wojowniczych pieśni. Jedynym sposobem na zaprzestanie odwiecznych walk, to otwarcie im okien na świat, znalezienie im innego zajęcia, które spowoduje, że swoje bystre umysły skierują na coś pożytecznego, a nie planowanie zemsty na sąsiadach. Tylko przez edukację może nastać pokój i coraz więcej ludzi zaczyna to rozumieć. Prawdziwej przemiany mogę im tylko życzyć!

Więcej zdjęć w galerii.

Informacje o s. Ewa Bartosiewicz RSCJ

Jestem zakonnicą ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa (Sacre Coeur). W 2015 złożyłam swoje pierwsze śluby zakonne i pracowałam jako katechetka w jednym z gimnazjów w Gdyni. Obecnie mieszkam w Poznaniu i zajmuję się duszpasterstwem powołań.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Afryka, Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *