Kolejny rok…

Znowu czas podsumowań. Tak szybko przebiegło kolejnych 366 dni. Z której by strony nie patrzeć, to stwierdzam, że to był dobry rok. Mimo, że wiele się działo, to był on pełen spokoju ducha, ułożenia tego co nieułożone, znalezienie do tej pory nieodnalezionego, wsłuchania się w to co było niedosłyszalne. Jeśli miałabym go nazwać, to z pewnością był to rok św. Ignacego, bo był wypełniony odkrywaniem jego mądrości. Był jednak również pełen spotkań z wieloma dobrymi ludźmi dzisiejszego świata, którzy przyczynili się do mojego wzrastania w dobrze i miłości. Dziś coś się kończy…

Dzisiaj, ku mojemu przerażeniu przeczytałam w metrze nagłówek Faktu… tu pozwolę sobie na dygresję i powiem, że się cudownie porusza po Warszawie, gdy wszyscy są na urlopach, aż miło 😀 … a więc nagłówek Faktu brzmiał tak: „To będzie zły rok dla Polaków”. Byłam naprawdę oburzona takim spojrzeniem na jakikolwiek czas. Głęboko nie raz przekonałam się o tym, że dobry czas jaki nas czeka zależy tylko i wyłącznie od nas. To my możemy frustrować się spotykającymi okolicznościami lub patrzeć na wszystko jako pożyteczna naukę. To my możemy kurczowo trzymać się naszych planów albo pozwolić Bogu działać w naszym życiu (a on zawsze przynosi samo dobro!). To od nas zależy ten rok i to my możemy uczynić go dobrym. Nie oznacza to, że będzie on łatwy, miły i przyjemny, ale przecież nie na tym dobro polega. Ważne, że coś się zaczyna…

Tak więc dziś, kończąc ten rok i zaczynając kolejny, życzę dziennikarzom Faktu zmiany swojego podejścia do życia, czytelnikom Faktu szybkiego wyrzucenia dzisiejszego numeru do kosza, a Wam wszystkim miłości, pokoju, radości, powierzenia Bogu swojego każdego dnia, czyli po prostu dobrego roku 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Dodaj komentarz

Działo się, działo :)

Ech… długo mnie tu nie było… ostatnie miesiące minęły mi w tempie, którego nie potrafiłam dogonić, mimo szczerych chęci. Wiele się działo i mam nadzieję, że było to wiele dobrego. Na szczęście okres ten zwieńczony był czterodniowym świętowaniem, które pozwoliło mi odpocząć i nabrać siły na kojne dni. Muszę więc Wam wyznać, że mam się dobrze i będzie tylko lepiej 🙂

A więc co się działo:

W listopadzie zakupiłam nowy aparat. Tak, stało się. Wydałam dużo gotówki, żeby zaopatrzyć się w końcu w profesjonalny sprzęt, żeby znacznie poprawić jakość moich amatorskich prób rejestrowania rzeczywistości… i co się okazało? Że to tak jak z tym rąbkiem u złej baletnicy – wymiana na nowy wiele nie daje… jednak trzeba mieć talent albo przynajmniej misternie wypracowany warsztat rzemieślniczy. Tak więc jeszcze długa droga zanim wyjadę w świat robić zdjęcia do National Geographic, ale się nie załamuję i uczę każdego dnia 🙂

Później nadszedł czas na wyjazd na Roztocze – przygotowany w wielkim pośpiechu i roztargnieniu okazał się niesamowitym sukcesem dzięki wspaniałym uczestnikom i wyrozumiałemu współorganizatorowi, którego nie przeraziła odpowiednia dawka spontanu 😉 Wiele czasu nie minęło, a szykuje się kolejny wyjazd i już całkiem niebawem zapraszać będę na DĘBowe narty 🙂

Nie zdążyłam się obejrzeć, kiedy nadszedł grudzień, a wraz z nim koncert Roberta Kasprzyckiego, który przerósł moje oczekiwania i zgromadził prawie 300 osób na Małej Auli PW, a przede wszystkim pozyskał nowe rzesze fanów dla wspaniałego artysty. W galerii można oglądać moją nieudolnie wykonaną dokumentację tegoż wydarzenia. Tuż przed nim odbył się turniej Blokusa, który zapewne za moją przyczyną jeszcze zostanie powtórzony 😉 Z pewnością fanów tej, jakże zmyślnej, gry również przybyło. U mnie w domu zagościły za to sympatyczne żabki, które wypełniały nam rodzinny czas świąteczny.

Jakby tego było mało – tuż przed Świętami wyruszyłam weekendowo na szkolenie, aby wspomóc w dobrej pracy samorządowców z mojego miasta rodzinnego.

Ufff… i nadeszły Święta 🙂 Czas odpoczynku, spotkań z Bogiem, dobrymi ludźmi i sympatycznymi zwierzakami. Czas spacerów, rozmów przy obiedzie, gorącej czekolady z przyjaciółkami, zapachu barszczu i choinki. Czas wielu miłych niespodzianek (szczególnie tych niematerialnych), ciepłych słów, magicznych życzeń. Dziękuję wszystkim, którzy się przyczynili do tego dobrego czasu, a szczególnie dostojnemu jubilatowi, który już po raz kolejny od ponad 2000 lat zbiera nas wokół swojego żłóbka i świętuje z nami swoje urodziny. Bogu dzięki 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Dodaj komentarz

Imiona…

Wiele zamieszania wprowadziło dzisiaj (z okazji pewnego ogłoszenia) moje nowe imię, jakim zostałam niespodziewanie obdarzona podczas wyjazdu w Gorgany. Postanowiłam wyjaśnić więc co nieco 🙂

To w końcu takie Chrystusowe, żeby zmieniać imię… „byłeś Piotr, będziesz Kefas, byłeś Paweł, będziesz Szaweł” jak mówiła ks. Pawlukiewicz na rekolekcjach na dobry początek (polecam bardzo!!)… zwykle jakoś tego dosłownie nie interpretujemy i imion nie zmieniamy (przynajmniej w świeckim świecie), ale w zasadzie czemu nie… zmiany są generalnie dobre, jeśli prowadzą do dobrego.

Tak więc mogę oficjalnie ogłosić moje nowe – w zasadzie, jeśli dobrze liczyć, już czwarte – imię Agatka 🙂 Co prawda nie nadane przez Boga, a jedynie przez Jonatana, ale za to ładne bardzo 🙂

Przy okazji dementuję też pogłoski, jakoby z moim prawdziwym imieniem było coś nie tak (zostało to bowiem emocjonalnie przyjęte przez pewnego Adama ;)) Ewa to cudowne imię i ani myślę pozbywać się go na dłużej 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Dodaj komentarz

Sennie jesiennie…

Cóż za dzień… snuję się od rana po pustym mieszkaniu, porządkując ostatnie rzeczy po czwartkowej imprezie. Nawet poobiednia drzemka nie pozwoliła mi wrócić do siebie. Coś zdecydowanie musi być nie tak, bo nawet rozbiegany wiecznie kot, dzisiaj leży zwinięty w kłębek i nie ma ochoty nawet skakać po mojej klawiaturze. Niebo od rana płacze, a w tle słychać smętne pieśni Bukowiny, nie dające się przełączyć na coś bardziej optymistycznego. A przecież miała Ona w tym roku przejść bokiem i nie dosięgnąć mnie swoimi szponami. Okazała się równie groźna jak piękna. Oplotła mnie melancholią i sennością. Na szczęście od poniedziałku w codziennej bieganinie już mnie nie dogoni, ucieknę od Niej w swoją listę spraw i spotkań. Tak jest zdecydowanie lepiej – kiedy senność spowodowana jest brakiem snu. Jedynie brakiem snu.

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Dodaj komentarz

Jesienna zaduma

Niespodziewanie. Zupełnie niespodziewanie polubiłam jesień. To powietrze, które wypełnia całe płuca i rozchodzi się chłodnym tchnieniem po całym ciele, ten zimny wiatr targający papierosowym dymem przechodniów, pochowanych głęboko w swoich kapturach, jakby szli na ścięcie, a nie do pracy. Półmrok otaczający ulice i ludzie o posępnym wzroku. Zdawałoby się, że ujrzeć uśmiech wsród tej całej ponurości to jak ujrzeć twarz samego Chrystusa. A jednak gdzieś wsród tej dziwnej aury się odnalazłam, uderzył mnie szept szeleszczących liści, urzekła mnie mgła otaczająca budynki. Uśmiechałam się, spoglądając przez szybę autobusu, w zwykły jesienny dzień, jadąc przez zwykłe warszawskie ulice, słuchając narzekań na fatalną pogodę, czytając Marqueza. Niespodziewanie. Zupełnie niespodziewanie.

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Dodaj komentarz

Gorgany

Dzika Ukraina. Szlaki, których na mapie nie znajdziesz. Drogi prowadzące w nieznane, niebezpieczne miejsca. Góry nieodkryte i bezludne. Takie było moje wyobrażenie o Ukraińskich Gorganach, dopóki nie zobaczyłam… sauny z basenem 🙂 Okazało się, że szlaki jednak są i to całkiem wyraźne, a ludzie przyjaźni i często o wiele bardziej serdeczni niż Polacy. Widoki były prześliczne, towarzystwo wprost bajeczne, kwas chłodny, sauna gorąca, strumyk lodowaty, wino tanie, karty sprzyjające i pogoda jak na zamówienie. Księżyc miał okrągłą twarz i bywał wierzchołkiem trójkąta, a smutny rosochaty bas biegał wiernie przy nodze. Konie galopowały po moście (powodując wiele zamieszania przy ich liczeniu) lub po prostu stały sobie przy drodze, strasząc, niczego się nie spodziewających, turystów, powracających z baru. Wędrowcy byli wytrwali mimo plagi muszek, dymu i nieustającego smutku. Msza przy strumieniu dodawała sił, koronka na szczycie wznosiła ponad świat, a Pan Bóg był wciąż na wyciągnięcie ręki. Niestety Ikarus mimo swego podeszłego wieku, ostatkiem sił doczołgał się do Warszawy, zostawiając za nami zieloną Ukrainę i wspomnienia, każąc powrócić do rzeczywistości…

Dziękuję Wam, wędrowcy, za wspólne wędrowanie, śpiewanie, upadanie, powstawanie i modlitwę. Do następnego!

Podpisano
siostra Agatka 😉

Ze szczególnymi pozdrowieniami dla Wielkiej Trójcy ;))

Zaszufladkowano do kategorii Podróże, Uncategorized | Dodaj komentarz

Wyjazd ślubny

…czyli dwa dni w Zakopanem za sprawą Ani ślubu 🙂

Weekend był długi, więc i wpis wyszedł pokaźny. Mam nadzieję, że się nie zrazicie. Specjalnie zrobiłam podział na rozdziały 😉

Pakowanie:
Przed wyjazdem byłam świadkiem pewnej rozmowy:
– i co, kochana, przydało Ci się to wszystko z wielkiej walizki?
– tak, tak, wszystko się przydało, w końcu jechałam na cały miesiąc
Pomyślałam sobie, że chyba tylko ja jestem na tyle nienormalna, żeby po brzegi zapakować plecak rzeczami, które nigdy nie powinny się przydać! Pełna apteczka, ciepła kurka, zapałki, koc izotermiczny, dwa termosy, karimata… wszystko z nadzieję, że nie będę musiała ruszać ich z plecaka.

Wycieczka na ślub:
Pierwszy dzień mijał szybko, zrobiłam sobie mały spacerek na Karb i ochoczo powędrowałam do Zakopanego, by odnaleźć kościółek na Furmanowej. Ponieważ dotarłam do miasta godzinę przed czasem, uznałam że jest to aż nadto czasu, by wzdłuż i wszerz przemierzyć Zakopane, więc poszłam na azymut w stronę Furmanowej, oznalezionej za wczasu na mapie. Co jakiś czas pytałam tubylców o drogę i dpowiedź każdego z mijanych przechodniów brzmiała: „Furmanowa? Tak, to tam do góry”, więc pięłam się coraz wyżej, z minuty na minutę dziękując za pomysł zostawienia w przechowalni plecaka i przeklinając nie zabranie mojego Camelka z wodą… Czas nieubłaganie płynął, a ja wciąż wdrapywałam się po zboczu Gubałówki po coraz wyższej trawie i mijając po drodze coraz ciekawsze stada krów i owiec. Wciąż powątpiewając, czy Ci wszyscy ludzi wiedzą gdzie mnie kierują, pomyślałam, że na widok krzyża chyba oszaleję z radości i wypiję całą wodę z kwiatków na ołtarzu. Ale krzyża wciąż nie było widać… Ostatkiem sił, za pięć szesnasta, zapytałam pana z kosiarką, gdzie znajdę kościół na Furmanowej. „Tu za rogiem, zaraz pani zobaczy” – jak to usłyszałam, to już chciałam go uściskać ze szczęścia, ale czasu było niewiele, więc pobiegłam w stronę kościółka – zdążyłam idealnie 🙂 Msza się jeszcze nie zaczęła, a Piękna Panna Młoda czekała jeszcze na progu, witając ostatnich gości (czyli mnie :)) Ślub był piękny i widoki za kościółkiem również – naprawdę wymarzone na ślubną sesję zdjęciową!

Wieczorny spacer do Murowańca:
Pozostało mi w sobotni wieczór dojść jeszcze na wcześniej zaklepaną miejscóweczkę w Murowańcu. Wyruszyłam więc z Kuźnic ok 18.30. Nie do opisania były miny przechodniów, którzy mijali mnie po drodze – od współczujących uśmiechów, po przerażenie. Usłyszałam nawet za sobą kilka razy „współczujemy” i „dasz radę”. Czułam się jak małpka w zoo skacząca nie w tą stronę co wszystkie inne małpki, a przecież nie robiłam nic innego niż wszyscy Ci ludzie – udawałam się na zasłużony spoczynek po ciężkim dniu. Muszę jednak przyznać, że lekko nie było – po nieprzewidzianej wędrówce na szczyt Gubałówki, byłam już bardzo zmęczona. Cieszyłam się niezmiernie, że wybrałam lepiej mi znaną trasę przez Boczań, bo droga zleciała szybko – mostek, zakręt, kawałek lasu, przejście przez krzaki, trawersik i już na przełęczy między Kopami! Niestety tam już zaczynało się robić nieciekawie, bo deszcz próbował zostawić ze mnie mokrą szmatkę. Na szczęście prędko wydobyłam parasolkę, co powodowało jeszcze większe zdziwienie u mijających mnie przemoczonych wędrowców (pozdrowienia dla wszystkich, którzy twierdzą, że parasolka w górach to obciach ;)) Dotarłam do schroniska o przyzwoitej porze i nawet grzane winko jeszcze było 🙂

Nowe znajomości:
Ze schroniska wyruszyłam jak prawdziwy turysta – o świcie (tzn. o 8.30 jak już zjadłam śniadanie w bufecie na dole ;)) Niedaleko zdążyłam zajść kiedy minęła mnie dziewczyna, pozdrawiając brytyjsko akcentowanym „hi”. Odpowiedziałam jej tym samym, więc zdziwiła się nieco, gdy na pytanie „where are you from” odpowiedziałam jej „from warsaw…”. Ucieszyła się bardzo, że ktoś tutejszy mówi po angielsku, bo do tej pory porozumiewała się głównie na migi. W dalszą drogę ruszyłyśmy więc razem. Na imię ma Deirdre, choć jak sama powiedziała „oh, everybody just calls me D”. Pochodzi z Irlandii, a teraz mieszka w Londynie, gdzie zostałam gorąco zaproszona. Poza tym stwierdziła, że Tatry są dużo piękniejsze od Canadian Rockies, więc szybko ją polubiłam 🙂 Z ciekawszych rzeczy, uważa wspinaczkę za dyscyplinę wybitnie polską, bo prawie wszyscy z jej klubu wspinaczowego to Polacy 😉

Powrót:
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i po wycieczce pozostały tylko zakwasy, spalony nos i ramiona oraz 276 zdjęć, które zamierzam skompresować do 80, by wrzucić do galerii – łatwo nie będzie! Dzięki za przemiły weekend – sto lat Ani i Ryszardowi!!

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Dodaj komentarz

Odkrycie muzyczne

Czasami jak mam ochotę posłuchać jakiejś nowej muzyczki to wrzucam youtube, szukam czegoś co akurat chodzi mi po głowie i potem skaczę sobie po „related”. W ten sposób dotarłam do piosenki Hallelujah w wykonaniu kilku panów – m.in. niejakiego Kurta Nilsena. Okazało się, że jest to norweski zwycięzca światowej edycji Idola, który objawił się światu już wieki temu, bo w 2003 roku! (co potwierdza moje zacofanie jeśli chodzi o światowe wydarzenia). Gość ma tak niesamowity głos, że powalił mnie na kolana! Od razu przejrzałam wszystko co znalazłam w jego wykonaniu i się nie zawiodłam. Polecam bardzo! Doczytałam, że cała czwórka (Kurt Nilsen, Espen Lind, Askil Holm, Alejandro Fuentes) nagrała płytę pt: „Hallelujah live” a sam Kurt wydał już 3 solowe płyty. Chyba wybiorę się na wycieczkę w kierunku Empika 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Dodaj komentarz

Wesele

Miałam bardzo przyjemną okazję uczestniczenia w tym tygodniu w pięknej uroczystości weselnej, bo przyznać muszę, że była bardziej dostojna niż większość wesel na jakich byłam… ale od początku:

Ucieszyłam się bardzo gdy dowiedziałam się, że Piotrek się żeni, bo nie często mam okazję uczestniczyć w ślubach prawosławnych. Poprzednio gdy taka się nadażyła, byłam zachwycona całym obrządkiem i z ciekawością śledziłam każdy fragment uroczystości. Z radością przyjęłam więc również wiadomość, że dzięki uprzejmości mojego przyjaciela, będę mogła również gościć na weselu. Nie spodziewałam się jednak, że aż tyle razy dam się zaskoczyć…

Sam ślub w zasadzie nie był już tak interesujący, bo kiedy po raz kolejny usłyszałam zupełnie niezrozumiałą liturgię, to okazała się już nie tak ciekawa, a tym razem trwała dwa razy dłużej… Mam nadzieję, że kiedyś dane mi będzie poznać tajniki sakramentu małżeństwa w tym przedziwnym obrządku 🙂

Ciekawe rzeczy zaczęły się już jednak na drodze do lokalu – od mandatu. Panowie policjanci z zadowoleniem wypisywali kwity na pędzących przed nami starszych, którzy bardzo spieszyli się, by zdążyć przed młodą parą, co zaskutkowało postojem pięciu samochodów weselnego orszaku na wąskim poboczu trasy Hajnówka – Zambrów. Kiedy dojechaliśmy na miejsce zaczęły się obrządkowe niespodzianki. Pierwszą była niesamowita ilość prawosławnych duchownych (nigdy nie wiem jak ich zwać, więc pozostanę przy tej niekontrowersyjnej nomenklaturze) w sutannach, łącznie z ojcami i dziadkami państwa młodych. Prawdziwym jednak zaskoczeniem była dla mnie (jak się później okazało pieśń przewodnia) „Mnohaja leta”, śpiwana zamiast naszego pięknego rodzimego „Sto lat” i wszechobecny język rosyjski (lub jemu podobne) pojawiający się w pieśniach kapeli, życzeniach dla młodych czy przyśpiewkach przy ognisku (1,5 h hucznego eksploatowania owych przyśpiewek wyszło bardzo ładnie, choć zrozumiałam może ze 3 słowa na krzyż, co budziło pewną frustrację. Szczególnie, że omijało mnie tyyyyle śpiewania :/). W pewnym momencie miałam wrażenie, że niektórym rzeczą wręcz oczywistą wydaje się fakt, że u nas na Podlasiu generalnie to mówi się po rosyjsku!

Ogólnie impreza bardzo udana, wybawiłam się za wszystkie czasy i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie szkoda było tego cennego dnia urlopu, który musiałam wykorzystać, bo oczywiście dzień również był niekonwencjonalny – wesele w niedzielę 13.07. (czyli 30.06. wg ichniejszego kalendarza).

Mnohaja leta Piotrkowi i Eli!! 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Dodaj komentarz

Przeprowadzka

Oj, daaaawno mnie tu nie było… nie żeby nic się nie działo, ale to wszystko jak zwykle przez tzw. „problemy techniczne”, które znając złośliwość rzeczy martwych (za taką bowiem możemy chyba technikę uznać), po prostu pojawiają się zawsze w najmniej odpowiednim momencie…

A więc nadszedł czas zwijania manatek. Poszło raczej gładko, bo w końcu to już piąta przeprowadzka w ciągu ostatnich 16 miesięcy, więc na pewno wprawy mi nie brakuje. Uświadomiłam sobie jednak, że jakoś gratów mi nie ubywa (a wręcz odwrotnie) i zaczęłam zastanawiać się nad słusznością posiadania całego zgromadzonego przez 6 (tak, to już 6!) lat studiów, majdanu. Powstało też w międzyczasie istotne pytanie: ile kursów lanosem potrzeba do efco-przeprowadzki? Na szczęście nie dane mi było poznać odpowiedzi, bo z pomocą przyjechał Świst ze swą niezawodną Laguną, która przewiozła w swoim życiu wiele ton sprzętu, więc poradziła sobie doskonale 😉

Oprócz przeprowadzki, jeszcze coś powstrzymywało mnie od systematycznego siedzenia nad pracą magisterską (i pisaniem bloga ;)). Udało mi się bowiem skutecznie doprowadzić mojego laptopa do przemęczenia i trwałego odmówienia współpracy. I to nie przez jeden dzień, ale całe tygodnie. Kiedy jednak poczułam smak powrotu do domu, gdzie na biurku leży dobra książka – zamiast świecącego ekranu, a w tle leci dobra muzyka z radia – zamiast świstu wentylatorów, poczułam się naprawdę wolna. Nagle przestało mi się spieszyć, miałam czas, żeby się wyspać, a w moim pokoju pojawiła się jakby lepsza aura… więc grzecznie oczekiwałam na mój nowy komputerek, nie próbując nawet reanimować starego grata. Kiedy jednak już dotarła zza wielkiej wody moja funkiel-nówka-nie-śmigana Toshibka, to nie mam juz żadnej wymówki przed systematycznym klepaniem, więc teraz tylko: Vista out, welcome Ubuntu i do dzieła 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Uncategorized | Dodaj komentarz