W poszukiwaniu harmonii

Jednym z pierwszych miejsc, w których udało mi się zaangażować po moim przyjeździe do Poznania, jest schola, która właśnie powstaje w naszej parafii. Kiedy okazało się, że młodzi chcą śpiewać pieśni dominikańskie, nie byłam zachwycona. Dawno nie śpiewałam na głosy i wielu utworów po prostu nie znam. Muszę jednak przyznać, że ta unikalna harmonia tworzona przez chór zachwyciła mnie na nowo i, zupełnie nie zdradzając mojej jezuickiej duszy, przekonałam się do niej całkowicie!

W życiu też najpiękniejsza jest harmonia. Widzimy ją w sposób doskonały w przyrodzie, ale też możemy ją dostrzec w naszych relacjach. Ideałem nie jest to, by wszyscy byli jednakowi, ale by w swojej różnorodności uzupełniali się wzajemnie. Czego potrzeba, by osiągnąć harmonię? Ja widzę dwie rzeczy.

Po pierwsze każdy głos musi śpiewać czysto swoją kwestię. Jeśli szukamy szczęścia w życiu z nadzieją, że ktoś inny nam ją zapewni, to jest duża szansa, że to się nie stanie. Rozmawiałam o tym ze studentami niedawno i potwierdzają to badania – szczęśliwe małżeństwo to zwykle związek dwóch osób, które same w sobie są i były szczęśliwe. Są one w stanie tworzyć razem dobrą parę, bo każde z nich dzieli się z drugim tym co samo już ma. Bardzo podobnie w życiu zakonnym, jeśli sama jestem szczęśliwą zakonnicą, to dzielę się radością życia ze wspólnotą, którą tworzę, a nie liczę na to, że dostanę tę radość od moich współsióstr. To odwrócenie perspektywy zmienia bardzo wiele!

Drugie, co jest potrzebne do osiągnięcia harmonii, to docenienie różnorodności. Jeśli ktoś fałszuje jako bas, to nie mówimy mu, że lepiej, jeśli śpiewałby tenorem. Chór złożony z samych tenorów nie jest ideałem. Trzeba więc pomóc temu, kto jest słabszy, komu nie wychodzi, aby stał się coraz bardziej sobą, żeby mógł wnieść swój unikalny wkład do całej wspólnoty. To wcale nie jest łatwe, bo często wolelibyśmy przekonać drugiego do swoich racji i sprawić, że wszyscy będą myśleć tak jak my.

Najtrudniejsze może okazać się osiągnięcie harmonii wewnętrznej, bo oznacza zadbanie o te części nas samych, które chcielibyśmy zagłuszyć. To one jednak dopełniają muzycznej głębi naszej duszy. Możemy być pewni, że najlepszy dyrygent i kompozytor, którym jest sam Stwórca, ze wszystkich dźwięków stworzy niepowtarzalną melodię.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje z życia | Dodaj komentarz

In search of harmony

One of the first places I was able to get involved in after my arrival in Poznań, was the choir, which is being founded in our parish. When it turned out that the young people want to sing Dominican songs, I was not thrilled. I have not sung in parts for a long time and many of the melodies were just not known to me. I must admit, however, that this unique harmony of the choir impressed me again and, without betraying my Jesuit soul, I became completely convinced!

Harmony is also the most beautiful thing in life. We see it perfectly in nature, but we can also see it in our relationships. The ideal is not that everyone is equal, but that in their diversity they complement one another. What do we need to achieve harmony? I see two things.

First, each voice must sing purely on its own. If we are looking for happiness in life with the hope that someone else will provide it, then there is a good chance that it will not happen. I have talked about it with students recently and this is confirmed by research – happy marriages are usually relationships between two people who are happy on their own and were happy before marriage. They are able to create a good couple, because each of them shares with the other what they already have. Very similarly in religious life, if I myself am a happy nun, I share the joy of live with the community I am creating, and I do not expect that I will receive this joy from my sisters. This change of perspective makes a big difference!

The second thing needed to achieve harmony is to appreciate diversity. If someone sings out of tune as bass, we do not tell him that it would be better if he sang tenor. A choir composed of tenors alone is not ideal. We must help the one who is weaker, who is not able to play his part, to become more and more himself, so that he can make a unique contribution to the whole community. It is not easy at all, because we would often prefer to convince the other to do the same as us and make everyone think like we do.

The hardest thing to accomplish is achieving inner harmony, because it means taking care of those parts of ourselves which we would like to drown. But it is those parts which complement the musical depth of our soul. We can be sure that the best conductor and composer, who is the Creator himself, will create a unique melody with all the sounds.

Zaszufladkowano do kategorii God is good | 2 komentarze

Habit zamiast szminki #11 – wspólnota i kontemplacja

Ze Wspólnotami Jerozolimskimi zetknęłam się już wcześniej w Warszawie. Miałam okazję być raz na ich modlitwach. Jest coś niesamowicie pociągającego w monastycznej oprawie liturgii, która odbywa się w centrum głośnej stolicy. Sama forma życia wspólnego sióstr i braci wydaje mi się być odpowiedzią na różnorodność naszych czasów, gdzie potrzeba współpracy na różnych płaszczyznach i wzajemnego uzupełniania się. Duch bycia pośród ludzi, blisko tych, którzy są zagubieni, jest i mi szczególnie bliski. Często właśnie w tych wielkich miastach, wśród tłumów, jest najwięcej ludzi samotnych i szukających sensu życia. Oto fragment rozmowy z Siostrą Joanną Hertling, przeoryszą wspólnoty sióstr:

Już sama nazwa takiej formy życia rodzi wiele pytań. Weźmy choćby trzy człony: monastycyzm, wspólnoty i do tego jeszcze Jerozolima. Jak należy je rozumieć?

Jeżeli chodzi o pierwszy element, czyli życie monastyczne, oznacza on życie całkowicie oparte na modlitwie i na niej zasadzone. Życie, w którym nie ma, zewnętrznie patrząc, żadnego dzieła, czy jak to się czasem mówi, żadnego specjalnego zadania. Mnisi i mniszki to ludzie, którzy – według opinii niektórych – tracą swoje życie albo je marnują. Lubię przyrównywać naszą formę życia do olejku. Jest taka scena w Ewangelii, kiedy Maria z Betanii wylewa drogocenny olejek na stopy Jezusa na sześć dni przed Jego Paschą. Judasz reaguje na to, mówiąc, że przecież można było ten olejek sprzedać, a pieniądze rozdać ubogim. Jezus odpowiada: „Ubogich zawsze będziecie mieli u siebie, ale Mnie nie zawsze”. Ta kobieta zrobiła to z miłości. Tak samo jest z życiem zakonnym – jest to dar czystej miłości. Nasze życie monastyczne ma w swojej nazwie także „jerozolimskie”, co wskazuje na miasto Jeruzalem. Ono jest dla nas miastem symbolem, matką wszystkich miast. Jest też bardzo ważnym miejscem dla wszystkich trzech religii monoteistycznych. Ta nazwa ma dla nas znaczenie także dlatego, że jesteśmy mnichami i mniszkami z wyboru żyjącymi w wielkich miastach. Nasze życie ukryte nie jest przeżywane w oddaleniu od ludzi, w wielowiekowych klasztorach oddalonych od metropolii, ale właśnie w wielkich miastach. Jerozolima jest dla nas również takim miastem emblematem ze względu na Jeruzalem Niebieskie, o którym mowa jest w Apokalipsie. Jest miejscem, do którego idziemy. Niebo, które na nas czeka, nie będzie już tylko ogrodem. To będzie miasto. Przestrzeń, gdzie będzie wspólnota ludzi, gdzie wszyscy będą zebrani. No i ostatni człon naszej nazwy, czyli „wspólnoty”. Kładziemy w ten sposób nacisk na to, żeby nasze życie było prostym życiem wspólnotowym, trochę na wzór rodziny. Nie są to więc wspólnoty bardzo liczne: zdarza się nierzadko, że jest nas po kilka osób (kilkanaście to dla nas taka opcja optymalna). Kiedy pojawia się więcej osób, zaczynamy myśleć o jakimś kolejnym miejscu. We wspólnotach ponadtrzydziestoosobowych ten charakter rodzinny jest nierealny. Oczywiście, zdarzały się lata, kiedy było nas więcej w jednym miejscu, ale to zazwyczaj w sytuacji oczekiwania na narodziny kolejnej fundacji. To określenie „wspólnoty” ma zatem wskazywać na wspólnotowy, braterski charakter naszego życia; jego prostotę, serdeczne relacje międzyludzkie. A jednocześnie na mocne ukierunkowanie na to, co jest esencją życia monastycznego, czyli „sam na sam” z Bogiem. Szukanie Tego, który jest centrum i sensem wszystkiego. Jak pani widzi, w naszej nazwie nie pada: „zgromadzenie” czy „zakon”. Nasz założyciel, ojciec Pierre-Marie Delfieux, chciał, żebyśmy pozostali jak „najlżejszą”, jak najmniej zinstytucjonalizowaną wspólnotą. Oczywiście, jesteśmy wpisani w struktury. Funkcjonujemy w wielu krajach na prawach diecezjalnych, w duchu Soboru Watykańskiego II, po którym się narodziliśmy, a więc w duchu pewnego zwrotu ku Kościołowi lokalnemu.

Co to znaczy być mnichem czy mniszką w wielkim mieście? Dlaczego mnich ma żyć w mieście, a nie może się zamknąć gdzieś w pustelni?

Mnich oczywiście może się zamknąć w pustelni i jest potrzeba, żeby tacy ludzie też byli. Jednak nasz założyciel był także dobrym socjologiem, który analizował społeczeństwo i fenomeny społeczne. Obserwował migracje ludności wiejskiej do miast i widział wyraźnie potrzebę obecności mnichów w aglomeracjach miejskich. Bóg jest obecny w każdym człowieku, nie tylko w kościołach i nie tylko w rzeczywistości sakralnej. Kościół jest rzeczywistością, w której Bóg podarowuje się ludzkości. Dlatego Kościół powinien iść wszędzie tam, gdzie jest człowiek. I życie zakonne również powinno być pośród ludzi. Jeśli się prześledzi historię wielu zgromadzeń, to można dostrzec, że wiele z nich powstawało w odpowiedzi na konkretne potrzeby. Dla nas fundamentalne jest życie modlitwy pośród ludzi. Żeby Bóg mógł być obecny w sposób widzialny wśród swoich dzieci przez tych, którzy mu się całkowicie oddają. Zacytuję w tym miejscu ważny fragment naszej reguły: „Obrałeś sobie monastycyzm miejski nie z racji solidarności, apostolstwa czy nawet chęci dawania świadectwa, lecz głównie dlatego, aby bezinteresownie i bezustannie kontemplować Boga w tym najpiękniejszym obrazie, którym – bardziej niż samotność, góra, pustynia czy świątynia – jest ludzkie miasto”. Tak na miasto i naszą obecność w nim patrzył nasz założyciel. Pierre-Marie powiedział kiedyś, że największą świątynią świata jest paryskie metro. I dodawał: „W niebie będziemy zadziwieni, gdy zobaczymy (jeśli Bóg da), jak bardzo był On obecny, wzywany, szukany w tym miejscu, gdzie jak rzeka przepływają dziesiątki tysięcy istnień ludzkich spragnionych Boga”. Tak więc naszą misją jest ogarnianie modlitwą wszystkich miejskich przestrzeni ze względu na ludzi w mieście żyjących. Skoro najukochańszym miejscem przebywania Boga jest serce człowieka, to można powiedzieć, że im więcej ludzi, tym piękniejsza ikona Boga. My, jako mniszki, chcemy to ukryte piękno Boga kontemplować i doszukiwać się go w drugim człowieku. Każdy napotkany człowiek, każde wydarzenie staje się dla nas modlitwą. Kiedy byłam nowicjuszką, zapytałam Pierre’a-Marie, po co pojechał na pustynię. Odpowiedział, że zrobił to, by doświadczyć, że Bóg jest, i to w sytuacji, kiedy na zewnątrz pozornie nic nie ma. Życie na geograficznej pustyni było według niego piękne i sprzyjające kontemplacji, ale to właśnie tam uświadomił sobie, że jest jeszcze większa pustynia od tej geograficznej, mineralnej. To pustynia wielkich miast, gdzie człowiek stworzony do miłości i braterstwa doświadcza: anonimowości, przemocy, okrucieństwa, obojętności, gdzie ludzie dosłownie umierają z osamotnienia. W tych wielkich miastach mamy przyjmować każdego, być otwartymi na wszelkie formy ludzkiego ubóstwa, niekoniecznie tylko materialnego. Taki jest sens naszego życia w mieście.

Zaszufladkowano do kategorii Habit zamiast szminki | Jeden komentarz

Bóg we mgle

W zeszłym tygodniu miałam niebywałą przyjemność przemierzania górskich szlaków wraz z Duszpasterstwem Akademickim DĄB. Początek jednak wcale nie zapowiadał fantastycznego wyjazdu. Kiedy w sobotę wyszliśmy na Rusinową Polanę, to mgła była tak gęsta, że nie było widać nawet wszystkich ławeczek. Jak mogło mnie nie boleć serce, jeśli wiedziałam jak niesamowity widok powinien roztaczać się z tego miejsca! Nawet najlepsze oscypki świata były marnym pocieszeniem wobec deszczu i śliskich kamieni. Bardzo łatwo było się na tym zatrzymać i z żalem zejść ze szlaku, skupiając się na tym czego brakuje. Wtedy jednak trudno dostrzec małe promyki radości, które wśród ciemnych mgieł wyłaniają się tuż obok – chociażby krople rozpostarte na trawie niczym drogocenne perełki mieniące się mimo braku słońca. Niewątpliwie więc pierwszą mglistą lekcją okazało się to co zawsze – tylko życie wdzięcznością sprawia, że możemy być prawdziwie szczęśliwi.

Druga lekcja była trudniejsza. Niedzielna wyprawa na Kasprowy Wierch skończyła się bowiem przemoczeniem totalnym (żeby nie powiedzieć holistycznym). Można było próbować dopatrzeć się wielu pozytywów, choćby doborowe towarzystwo czy wyjątkowe pustki w Murowańcu i niesamowity smak wiśniowej herbaty, który w innych warunkach nie byłby tak wyjątkowy. Wciąż jednak pojawiało się pytanie: czy było warto? Może lepiej było zostać w ciepłym domku i oglądać deszcz zza bezpiecznej szyby? Przecież „efekt byłby ten sam”. Lepsze widoki można podziwiać na plakatach w jadalni niż udało nam się tego dnia zobaczyć.

Dzięki gęstej mgle zrozumiałam, że to wcale nie dla widoków decyduję się iść w góry. Jestem głęboko przekonana, że nie jest wszystko jedno czy wyruszam w drogę czy zostaję w domu. To przecież nie sam krajobraz mnie zmienia, ale właśnie droga, którą przemierzam. Owszem, zachwyt nad Bożym stworzeniem jest tu czynnikiem ważnym, ale czy nie bardziej istotny jest mój wysiłek, poczucie majestatu Stwórcy, doświadczenie swojej słabości, potrzeba wsparcia na trudnym szlaku? Czy nie nauczę się więcej właśnie przez to, że nie dostaję „cukierków” na szczycie?

W kolejne dni pogoda była dla nas bardziej łaskawa i udało się zobaczyć niesamowite tatrzańskie panoramy. Nie zapomniałam jednak o mgle i jej lekcjach. Tym bardziej doceniałam to co widzę, pamiętając, że „nie zawsze tak będzie”.

W moich codziennych duchowych zmaganiach też często panuje mgła i ciemność, kiedy nie mam pewności, czy moja modlitwa rzeczywiście ma sens. Dlatego tak ważna jest wiara i ufność, że w odpowiednim momencie Bóg rozgoni chmury i moim oczom ukaże się to co czego wcześnie nie dostrzegałam. Ważne jednak żebym w tym momencie była w drodze na szczyt, a nie zrezygnowana płakała w domu, narzekając na mgłę.

 

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje z życia | 3 komentarze

Przenikasz i znasz mnie

Dzisiaj w liturgii śpiewamy psalm 139 zaczynający się od słów „Przenikasz i znasz mnie, Panie”. To słowa, które towarzyszyły mi podczas moich rekolekcji i przypominały, że jeśli tylko pozwolę, Duch Święty będzie mnie przenikać i zmieniać tak, bym była coraz bardziej podobna do Niego. Objawiał mi się On w postaci wiatru, który jest w stanie mnie ogarnąć mnie swoją miłością i sprawić, że czuję się bezpieczna i kochana.

Te słowa stały się też ważne na początku mojej nowej misji, bo rozeznawanie swojego życiowego powołania związane jest właśnie z odkryciem, że to Bóg zna nas najlepiej i  dlatego warto Jego pytać o najlepszą drogę. To dotyczy zresztą wszelkich decyzji w naszym życiu, bo będziemy zapraszać do nich Boga tylko wtedy gdy odkryjemy, że On w lekkim powiewie rozjaśnia nasze umysły, a nie powala huraganem zmian.

Bóg który zna nas najlepiej pragnie, żebyśmy zawsze wybierali życie w pełni, dlatego warto Mu się nie opierać 😉 Mam w tym roku ten wyjątkowy przywilej, by towarzyszyć tym, którzy będą poszukiwać Jego woli, więc pozwolę sobie na małą reklamę 😉 Serdecznie zapraszam do Pobiedzisk na Grupę Rozeznawania. Szczegóły na naszej stronie. Podajcie dalej!

 

Zaszufladkowano do kategorii Rozeznawanie | Jeden komentarz

A tool in God’s hands

Over the last few days I had heard two good sermons on yesterday’s Gospel. Both from Dominicans. One was at the end of our internation meeting in Poznań, which you will hear more about soon, the second one was yesterday. The main thought was based on Peter’s statement, „Lord, if it is you, command me to come to you on the water.” This is the culmination of his faith. Never before and never in the future had he became so capable of entrusting his life to Jesus, as at this moment when in the midst of a raging storm he decides to leave the boat and go towards his Savior, not even being sure that it’s Him. Then through his hands (and perhaps even his feet 😉 ) miracles happen. He does not walk on water with his own power, but by faith he allows himself to be a tool in the hands of the one who has infinite power.

Many times I have experienced miracles happening through my hands. If I allow God to act, He not only makes me deeply happy, but also changes the lives of the people around me. Sometimes quite unexpectedly. There is no greater joy for me than the thought that I can fulfill God’s dreams. Of course, these miracles do not make suffering disappear and everything settle the way we want. On the contrary, they very often happen among the greatest storms, showing that there is no such wind, which He has no power to silence.

I remembered the prayer of Sts. Francis, who in a certain way expresses our charism too – being the Heart of God in the world.

Lord, make me an instrument of Your peace.
Where there is hatred, let me sow love;
where there is injury, pardon;
where there is doubt, faith;
where there is despair, hope;
where there is darkness, light;
where there is sadness, joy.

O, Divine Master, grant
that I may not so much seek to be consoled as to console;
to be understood as to understand;
to be loved as to love;
For it is in giving that we receive;
it is in pardoning that we are pardoned;
it is in dying that we are born again to eternal life.

I have not started my new mission yet, but I love it already, because can there be something more beautiful than helping others discover that they can also be women of His Heart and walk on water?

Zaszufladkowano do kategorii God is good | Jeden komentarz

Być narzędziem w rękach Boga

W ciągu ostatnich dni miała okazję usłyszeć dwa dobre kazania na temat wczorajszej Ewangelii. Oba od zacnych dominikanów. Do pierwszego nawiązywałam w propozycji do medytacji, a dziś chciałabym podzielić się z Wami drugim. Główna myśl oparta była na zdaniu wypowiedzianym przez Piotra: „ Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!„. To jest szczyt jego wiary. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie był wstanie z takim zaufaniem powierzyć swojego życie Jezusowi, jak w tym momencie, kiedy pośród szalejącej burzy decyduje się wyjść z łodzi i iść w kierunku swojego Zbawiciela, nie będąc nawet pewnym, że to On. Wtedy przez jego ręce (a może nawet nogi 😉 ) dzieją się cuda. On nie chodzi po wodzie swoją mocą, ale dzięki wierze pozwala sobie na bycie narzędziem w rękach tego, który ma moc nieskończoną.

Ja wiele razy doświadczyłam tego, że przez moje ręce dzieją się cuda. Jeśli tylko pozwalam Bogu na działanie, On nie tylko sprawia, że ja jestem głęboko szczęśliwa, ale też zmienia życie ludzi wokół mnie. Czasem zupełnie niespodziewanie. Nie ma dla mnie większej radości niż myśl, że mogę spełniać marzenia samego Boga. Oczywiście te cuda nie sprawiają, że znika cierpienie i wszystko się układa jak tego chcemy. Wręcz przeciwnie, one bardzo często dokonują się pośród największych burz i pokazują, że nie ma takiego wiatru, którego On nie ma mocy uciszyć. Jeśli wszystko dobrze się nie kończy, to znaczy, że to jeszcze nie koniec!

Przypomniała mi się modlitwa św. Franciszka, która w pewien sposób bardzo dobrze wyraża też nasz charyzmat – bycia Sercem Boga w świecie.

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.

Jeszcze nie rozpoczęłam mojej nowej misji, a już ją uwielbiam, bo czyż może być coś piękniejszego niż pomaganie innym odkrywać, że też mogą być kobietami Jego Serca i chodzić po wodzie?

Zaszufladkowano do kategorii Spojrzenie na Boga | 4 komentarze

Spojrzenie Serca na wakacjach

Przesyłam serdeczne pozdrowienia z Poznania, gdzie odbywa się właśnie nasze międzynarodowe spotkanie profesek o ślubach czasowych. Gościmy Siostry z Anglii, Irlandii, Francji, Hiszpanii i Węgier. Po spotkaniu ruszam na swoje rekolekcje, a później obiecuję nadrobić relacje z wydarzeń wakacyjnych i kolejne odcinki z cyklu „Habit zamiast szminki” 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Habit zamiast szminki #10 – życie ukryte

Niezmiernie ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam, że wśród wywiadów z zakonnicami znalazł się również taki z siostrą klauzurową. Moment, w którym wydawało mi się, że mogłaby to być moja droga, trwał zaledwie ułamek sekundy, często jednak do niego wracam gdy w codziennym zagonieniu budzi się we mnie głęboka tęsknota za tym, by więcej czasu poświęcać tylko dla Boga. Święta Magdalena Zofia chciała być karmelitanką, ale jej życie potoczyło się inaczej, bo Pan Bóg wezwał ją gdzie indziej. Myślę, że to jej pragnienie obecne jest mocno w naszej duchowości, która ciągle szuka głębi i pokazuje, że wszystko co robimy przeniknięte powinno być Bożym Duchem.

Rozmowa z s. Joanną Długą z zakonu Świętej Klary to ciekawy wgląd w ten najbardziej tajemniczy zakonny świat, do którego i ja nie mam wstępu. Piękna jest ta różnorodność w Kościele!

Czy do prowadzenia życia klauzurowego potrzebne są specjalne predyspozycje?

Najważniejszą predyspozycją, jaką trzeba mieć, jest powołanie do takiej formy życia. Chodzi o wewnętrzne przekonanie, że czyjąś drogą nie jest posługa bliźnim w taki czy inny sposób, ale forma oddania się Bogu, a poprzez to innym właśnie w klauzurze. Niewątpliwie ważna jest chęć podążania taką drogą, życiem dość radykalnym, w oddzieleniu i w klauzurze, w pokucie i ubóstwie, ciszy i milczeniu, na a doracji i słuchaniu Słowa, dziękczynieniu i wstawiennictwu, skupieniu i modlitwie. Warunkiem jest także otwartość na samego siebie, na innych i na Boga. Mówiąc o otwartości na samego siebie, mam na myśli fakt, że taka forma życia daje mocne doświadczenie spotkania się z samym sobą i poznania siebie bardzo dogłębnie. Równocześnie ważne jest doświadczenie otwartości na innych, z którymi sporo przebywamy, prawie dwadzieścia cztery godziny na dobę, oprócz momentów, kiedy każda z nas idzie na spoczynek i jesteśmy osobno. No i przede wszystkim otwartość na Boga, bo dla Niego tu jesteśmy. Można też trochę żartobliwie powiedzieć, że nie można mieć klaustrofobii, bo żyje się w dość ograniczonej przestrzeni. Trzeba mieć także dobre zdrowie psychiczne. W naszym klasztorze przed wstąpieniem wymaga się stosownego zaświadczenia lekarskiego – chodzi o wykluczenie choroby psychicznej. Powiedziałabym jeszcze, że do klauzurowego zakonu trzeba mieć silną osobowość z racji tego, że – jak wspomniałam – wchodzi się w radykalne doświadczenie siebie połączone ze spotkaniem z innymi.

Czym różni się życie siostry klauzurowej od życia sióstr ze zgromadzeń czynnych?

Przede wszystkim, dotykając rozróżnienia między życiem czynnym a życiem klauzurowym, należy wyraźnie zaznaczyć, że klauzura jest wpisana w każde życie zakonne. Ale istotą naszego życia nie jest klauzura, lecz kontemplacja. To nasze życie jest życiem kontemplacyjnym w klauzurze. Klauzura ma nam pomagać w jego przeżywaniu i pogłębianiu. Życiem w coraz większej więzi z Bogiem. Dążeniem do tego, żeby On przenikał moje życie. Żeby moje myśli, uczucia, słowa, postawy były ukierunkowane na Niego. Temu ma służyć klauzura. Siostry w zgromadzeniach czynnych oddają się konkretnej posłudze bliźnim. W ten sposób wyrażają swoją bliskość i oddanie Bogu. Natomiast my, żyjąc w klauzurze i prowadząc życie kontemplacyjne, wyrażamy w inny sposób nasze oddanie Bogu. Jednocześnie poprzez taką formę życia jesteśmy blisko innych ludzi. Bo to nie jest tak, że będąc tutaj, zapominamy o świecie zewnętrznym i o innych osobach, które gdzieś tam borykają się z różnymi problemami. Powiedziałabym nawet, że jest wręcz odwrotnie. Jesteśmy bardzo blisko ich wszystkich. I choć nie widać nas na ulicy i nie widać nas w sposób zaangażowany, to jesteśmy. Myślę, że na tym polega zasadnicza różnica. Chodzi o to, że nie oddajemy się zewnętrznej aktywności, która charakteryzuje zgromadzenia czynne. Istotę naszego powołania wyrażamy w inny sposób. Tak jak Jezus, który przebywał z apostołami, był blisko ludzi, uzdrawiał, ale miał też wiele momentów, w których szukał odosobnienia i szedł na modlitwę. Tego też uczył apostołów. To jest droga naśladowania szczególnie nam bliska.

Chciałam zapytać właśnie o kratę. Komuś, kto pierwszy raz przekracza próg klasztoru klauzurowego, może się ona kojarzyć z jakimś podziałem, by nie rzec z więzieniem. Jak Siostra patrzy na tę kratę? Czego wyrazem jest to zewnętrzne oddzielenie? Przede wszystkim zastanawiam się, która z nas tutaj faktycznie jest za kratą (śmiech). Na to można spojrzeć również od tej strony. Wyobrażam sobie, że dla kogoś pierwsze spotkanie z kratą, w dodatku jeszcze zabytkową, jak nasza, może być trudne. Ale ta krata jest symbolem klauzury. Chodzi o pokazanie pewnej przestrzeni, która jest zarezerwowana dla Boga. To ma być przestrzeń sacrum. Przestrzeń szczególnej więzi z Bogiem. Klauzura ma za zadanie stworzyć sprzyjający klimat, aby wspomniana więź mogła się owocnie i twórczo rozwijać. Nie jest to przestrzeń jakiegoś oddzielenia czy odłączenia, na zasadzie: po jednej stronie jest lepszy świat, a tu jest gorszy. Nie o takie rozumienie chodzi, lecz o komunikat, który wyraża: „W ten sposób tu żyjemy, a nasze życie jest nastawione na Boga”. Taki jest przekaz kraty i klauzury. Życie po drugiej stronie kraty nie jest ani lepsze, ani gorsze. Jest po prostu inne. Krata wynika również z uwarunkowań historycznych, które na przestrzeni wieków się kształtowały. Dzisiaj nowoczesne klasztory klauzurowe niekoniecznie muszą mieć taką kratę. Chodzi po prostu o pewną przestrzeń, która oddziela jedną osobę od drugiej. Po to, żeby zaakcentować charakter życia w wyłączności dla Boga. To jest nawiązanie do tego, o czym mówiłam wcześniej: różnicy między życiem klauzurowym a czynnym – krata także wyraża tę różnicę. Chodzi o życie nastawione stricte na Boga. Jednocześnie nie oznacza to, że żyjemy tu w jakimś zamknięciu. Nas tu nikt nie zamknął (śmiech). Nikt nie trzyma nas pod kluczem. Weszłyśmy tutaj dobrowolnie i dobrowolnie tu jesteśmy. Nie trzyma nas tu żaden przymus. Krata nie jest po to, żeby ktoś nie uciekł, ale po to, żeby coś pokazać

 

Zaszufladkowano do kategorii Habit zamiast szminki | Jeden komentarz

W poszukiwaniu Miłości

Dziś dla mnie wielkie święto, bo św. Ignacy to postać, dzięki której odnalazłam największą miłość mojego życia – Miłość przez duże M. Wiele mogłabym o nim pisać, bo zostawił nam cały arsenał różnych konkretnych narzędzi, które pomagają budować relację z Panem Bogiem. Dziś jednak zatrzymało mnie Słowo, które czytamy obchodząc jego uroczystość. W Ewangelii uczniowie zaczynają iść za Jezusem, a On zadaje im wtedy pytanie: „Czego szukacie?”

To nie jest pytanie, które wystarczy sobie raz w życiu zadać. Ono powraca nieustannie i jeśli tylko nie będziemy go zagłuszać, sprawi, że nasze wybory będą prowadziły ku pełni życia. To jeden z większych przywilejów, móc towarzyszyć innym w duchowej drodze i pomagać im odkrywać pragnienia jakie Bóg zapisał w ich sercach. Tym bardziej jestem dziś wdzięczna, że coraz więcej mam ku temu okazji.

W tym roku mija dokładnie 10 lat od kiedy zaczęła się droga mojego nawrócenia. Oczywiście wcześniej słyszałam o Jezusie, ale dopiero wtedy poznałam Go osobiście. Na szczęście nie musiałam dostać kulą armatnią po nodze, jak święty Ignacy, by zacząć się zastanawiać co naprawdę w życiu ma sens. W pewien sposób musiałam jednak doświadczyć załamania, by zacząć patrzeć inaczej. Wiele jest nadal tych, którzy nie zadali sobie jeszcze pytania: „Czego szukacie?”. Niech Bóg nas do nic posyła!

Łapcie moją ulubioną wersję Duszy Chrystusowej i proszę, pomódlcie się dziś za tych, którzy chcieliby pójść za Jezusem, ale coś ich jeszcze trzyma przy starych rycerskich rozrywkach. Niech Ignacy pomaga im odnaleźć Miłość.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Refleksje z życia | Dodaj komentarz