Laughing to death

Yesterday, we buried Sister Maria Kosińska in the cemetery in Warsaw. Around the time of her death, I experienced a number of graces, which are for me a smile of the Lord. I wanted to see her before she died, because lately I did not have time to say hello, and it happened that I managed to visit her at the hospital on Thursday and she died on Friday morning. Jesus knew exactly when to take her with Him – On October 20 we celebrated the feast of Mater Admirabilis, and during the weekend we held meetings of various working groups in Warsaw and our meeting of PTVs. There were many sisters, friends and family. Adding to all this, one of the general councillors visited us and also Isabelle from France could attend the last farewell. The ceremony was beautiful and inspiring!

Sister Maria was warm and smiling. In the last months of her life there was little contact with her, but there was smile constantly on her face despite the suffering she was experiencing. She laughed a lot. Probably not hearing much, she reacted with laughter in situations that were not funny at all. It is very possible that the stroke that led to her death was the result of her laughing too much!

On Sunday we were together with Ala in a student chaplaincy in Warsaw and met with young people who were looking for their way of life. Today I would tell them one important thing. Find such a place in the world where you will laugh to death.

Zaszufladkowano do kategorii God is good | Dodaj komentarz

Vlog #2 Życiowe skrzyżowanie

W kolejnym vlogu razem z s. Alą zapraszamy na spotkanie w Warszawie 🙂 Kto może, przybywajcie! 🙂

Zaszufladkowano do kategorii vlog | 4 komentarze

Słowo

Dzisiaj miałam okazję być na drzwiach otwartych w poradni Vinea i m.in. dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak logoterapia. Jest to nurt w psychoterapii, opierający się na poszukiwaniu sensu w życiu. Pozwala on człowiekowi odkryć, że jest wartościowy i stanowi ważną częścią świata. Twórca tej terapii, Viktor Frankl (tu ciekawy filmik), przeżył obóz koncentracyjny, co samo w sobie jest mocnym świadectwem tego jak ważne jest poczucie sensu. Termin logoterapia pochodzi o greckiego logos, czyli słowo. A więc to słowo, a może nawet Słowo nadaje sens…

Na dzisiejszym kazaniu znowu usłyszałam o słowie. „Błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je”. Szczęśliwi ci, którzy zrozumieli, że słowo Boga nie jest ulotnym słowem, które za chwile zostanie zapomniane albo zakrzyczane przez wiele innych głosów. Ono ma taką moc sprawczą, że jest o wiele bardziej godne zaufania niż świat materialny, który wydaje nam się dawać oparcie w życiu. Jeśli postawimy wszystko na Słowo i Bożą Obietnicę, będą się działy cuda w naszym życiu.

Logos – Słowo, które stało się ciałem – inspiruje mnie dziś do tego, żeby po prostu czytać, dać się poruszyć temu, co Bóg mówi i ufać, że to Słowo naprawdę nadaje sens wszystkiemu.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje z życia | Dodaj komentarz

The Word

Today I had the opportunity to be at a lecture at Vinea clinic (jesuit spirituality and psychological help) and I learned that there is something like logotherapy. This is a trend in psychotherapy, based on the search for meaning in life. It allows people to discover that they are valuable and an important part of the world. The creator of this therapy, Viktor Frankl, survived the concentration camp, which in itself is a powerful testimony to the importance of meaning in life. The term logotherapy comes from the Greek word logos. So the word, or even the Word gives sense…

In today’s homily I heard again about the word. „Blessed are those who hear the word of God and observe it.” Happy are those who have understood that the word of God is not a fleeting word that will be forgotten or shattered by many other voices. It is so powerful that it is much more trustworthy than the material world, which seems to provide our protection in life. If we put our trust in the Word and the God’s Promise, there will be miracles in our lives.

Logos – the Word that has become flesh – inspires me today to simply read, be touched by what God says and trust that this Word really gives meaning to everything.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje o Bogu | Dodaj komentarz

Vlog #1 – Oburzony Jonasz

Startuję dzisiaj z vlogiem, czyli pierwszym filmikiem! Nie będą się tu pojawiać pewnie bardzo często, ale wypatrujcie kolejnych 😉

Zaszufladkowano do kategorii vlog | Jeden komentarz

Habit zamiast szminki #14 – trudne pytania i życie nadzieją

Dziś (niestety!) ostatnie już spotkanie z książką „Habit zamiast szminki”. Odkładałam ją z niedosytem, bo po przeczytaniu tylu niesamowitych historii, trudno nie odnieść wrażenia, że jest ich więcej! Bardzo się cieszę, że ta książka powstała i pokazała, że naprawdę mamy coś do powiedzenia 🙂

Wywiad z Siostrą Michaelą Rak ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego z pewnością był tym, który najbardziej mnie wzruszył. Czytałam ją w pociągu, więc nie czułam się komfortowo, ocierając co chwilę łzy, ale nie mogłam się powstrzymać. Ten rozdział pełen jest konkretnych historii, które pokazują jak dzieło litewskiego hospicjum powstawało i dalej powstaje dzięki łasce Bożej.

Wśród wolontariuszy w hospicjum są także więźniowie z pobliskiego zakładu karnego. Skąd taki pomysł?

Rzeczywiście, przeszczepiłam na tę ziemię wolontariat więzienny, bo wiedziałam, że w Polsce w wielu miejscach doskonale się sprawdza. Któregoś razu poszłam na spotkanie z dyrekcją więzienia. Opowiedziałam o misji hospicyjnej i o tym, jak posługa chorym może wpłynąć na postawy więźniów. Dyrekcja wytypowała kilkunastu kandydatów, których zapytano, czy chcieliby wziąć udział w takim projekcie. Później chodziłam na spotkania z więźniami, żeby przybliżyć ideę i misję hospicjum. Żeby warsztatowo ich przeszkolić. Krótko mówiąc, żeby umieli odnaleźć się w tym miejscu. Pamiętam doskonale jednego więźnia w naszym hospicjum. Wiedziałam, jaki ma wyrok i za co został skazany, ale nie wymagałam, żeby dzielił się tą wiedzą z innymi. Była akurat pora obiadowa na naszej wspólnej sali, kiedy ten mężczyzna wstał i wobec całego personelu powiedział, że chciałby wyjaśnić, kim jest. Powiedział wtedy: „Jestem mordercą. Zabiłem własnego brata. Było za dużo alkoholu i emocji. Chcę, żebyście wiedzieli, z kim będziecie się spotykać”. Po chwili ciszy mój personel wstał i po kolei każdy z pracowników podchodził do tego mężczyzny. Kobiety go przytuliły, mężczyźni poklepali po plecach. Powiedzieli: „Witaj w domu”. Trzeba by się uczyć posługi i wrażliwości od tego więźnia. Po wielu miesiącach jego pracy u nas wystosowałam odpowiednie pisma do sądu i prokuratury, które pomogły mu w przedterminowym wyjściu na wolność. Z czasem ożenił się z jedną z moich pielęgniarek i tworzą dziś rodzinę.

Domyślam się jednak, że nie wszystkie historie kończą się tak szczęśliwie. Czy kiedykolwiek, analizując biografie swoich pacjentów albo doświadczając ich niezawinionego cierpienia, miała Siostra wątpliwości? Pytała, dlaczego tak się dzieje?

Nie zadaję sobie pytania „dlaczego”. Zawsze szukam odpowiedzi na pytanie „po co, co z tym zrobić, jak to ukierunkować”. Mam w sobie przekonanie, że cierpienie nigdy nie jest czymś bezsensownym. My widzimy tylko pewien odcinek. Często pokonuję drogę, siedząc za kierownicą. Są zakręty, ale wiem, że gdzieś tam jest cel. Wierzę, że Bóg go zna. Ale ja mam skoncentrować się na tym, by pokonać kolejny zakręt. Cel będzie dopiero, kiedy tam dojadę. Dziś często nie widzę końca. Nie umiem odpowiedzieć na wiele pytań, ale wiem, że muszę dany odcinek po prostu pokonać. Przejść kolejny etap. Dopiero kiedy się odwrócę, zobaczę, że to miało sens. Jednego jestem pewna: Bóg nas nigdy nie skrzywdzi. Nie zada nam celowo cierpienia. On zawsze doprowadza nas do celu, daje możliwości jego osiągnięcia i zostawia przestrzeń naszemu zaangażowaniu.

A czy mimo że sama nie stawia sobie Siostra takiego pytania, bywa z nim konfrontowana?

Bardzo często. Zdarza się, że słyszę: „Przecież starałem się żyć uczciwie. Nikomu nic złego nie uczyniłem, a muszę się z tym mierzyć”. Są takie rozmowy. Padają pytania, na które nie znam odpowiedzi. Często mówię: „Nie wiem, dlaczego tak się dzieje”. Z taką odpowiedzią musimy pozostać. Myślę, że to jedyna uczciwa odpowiedź. Ważne jest, żeby wytrwać. Ale też nie uciekać od problemu. Nie mówić, że go nie ma. Nie zakłamywać rzeczywistości. Owszem, problem jest, a ja mam prawo go nie rozumieć. Ale powinienem czekać i trwać. Zdrowy człowiek wyznacza sobie długodystansowe trasy. Natomiast osobę chorą uczymy wyznaczania sobie krótkodystansowych odcinków. I w tym jako personel hospicyjny jej pomagamy. Nie planuj tego, co za rok czy za miesiąc. Zaplanuj tylko dzisiaj. Najbliższą godzinę, pół godziny, chwilę. Ucz się żyć tą chwilą. Ją masz i nie zmarnuj jej. Co będzie później, zobaczymy. Pan Bóg nas przeprowadzi. Ludzie też będą obok. W hospicjum ważne jest i nad tym pracujemy, żeby w człowieku pojawiło się jego „tak”. Ono może być różnorako wyrażone, ale chodzi o „tak” skierowane przede wszystkim do siebie. Do swojego życia, do swojej przeszłości. W perspektywie śmierci bardzo często pojawia się żal, że czegoś się nie dokonało, że coś się źle wybrało. I teraz my jako personel hospicyjny próbujemy pomóc, żeby człowiek powiedział: wybaczam sobie. Tego, co było, nie zmienię, ale mogę coś do tego dołożyć, dodać, przewartościować pewne kwestie. Coś innego uczynić na zasadzie jakiegoś wyrównania, żeby zbilansować rachunek zysków i strat. Żeby nie było długów: emocjonalnych, duchowych czy nawet materialnych.

 

Zaszufladkowano do kategorii Habit zamiast szminki | Dodaj komentarz

Anielski wymiar życia

Wczoraj miałam okazję przeczytać niesamowicie trafny artykuł o zadanioholizmie. Z każdym zdaniem byłam coraz bardziej przekonana, że to o mnie i trzeba zacząć się leczyć. Szczególnie zatrzymało mnie stwierdzenie, że zamieniając każde nasze działanie na zadanie do wykonania, zyskujemy efektywność, ale tracimy głębię życia, której nie da się zmierzyć.

W dzisiejszej Ewangelii Jezus wypowiada bardzo ważne dla mnie słowa: „Zobaczysz jeszcze więcej niż to”. To obietnica, która pokazuje jak niezmierzona jest dobroć Boga wobec nas. Żeby jednak zobaczyć, trzeba mieć oczy i uszy otwarte na rzeczywistość, a nie utkwione w liście zadań. Ignacjańskie magis właśnie do tego zaprasza, by nigdy nie zadowalać się tym co na powierzchni, ale ciągle szukać tego co głębiej i tego co nadaje smak. Wcale nie trzeba do tego specjalnych zdolności. Wystarczy być. Tymczasem bycie „tu i teraz” okazuje się arcytrudne.

Dziś święto Archaniołów – Michała, Rafała  i Gabriela. To ważny dla mnie dzień, bo dokładnie 5 lat temu przekroczyłam pierwszy raz klasztorne progi i w pewien sposób ta trójca towarzyszy mi na zakonnej drodze. To też dobra okazja, by przypomnieć sobie o tym czego nie zobaczymy i nie usłyszymy, jeśli zatrzymamy się tylko na rzeczywistości materialnej. Aniołowie zapraszają, by odkryć otaczający nas duchowy świat, który sprawia, że w życiu cały czas jest coś tajemniczego, „coś więcej”. Obyśmy dawali sobie wystarczająco dużo czasu i przestrzeni, by go dostrzegać.

Zaszufladkowano do kategorii Refleksje z życia | Jeden komentarz

An angel’s perspective

Yesterday I had the opportunity to read an incredibly good article about „taskoholism”. It’s an addiction to making everything in your life a task on your todo-list. With every sentence I was more and more convinced that it was about me and I needed treatment. In particular, I stopped at the statement which said that by turning each of our actions into a task, we gain efficiency, but we lose the depth of life that can not be measured.

In today’s Gospel Jesus says some very important words: „You will see even more than this.” It’s a promise that shows how God’s goodness is immeasurable. But in order to see it, you have to have eyes and ears open to reality, not fixed in the todo-list. The ignatian magis invites us to never be content with what’s on the surface, but to keep looking for what’s deeper and what has taste. You don’t need any special abilities. You just need to be. Unfortunately, being „here and now” turns out to be very difficult.

Today we are celebrating the feast of the Archangels – Michael, Raphael and Gabriel. This is an important day for me, because exactly 5 years ago I entered the doors of my Society for the first time and in some way this trinity accompanies me through my religious life. It is also a good opportunity to remind ourselves of the reality which we will not see and hear if we only stop on what is material.  The angels invite us to discover the spiritual world that surrounds us, which makes life mysterious and makes it „something more”. May we give ourselves enough time and space to see it.

Zaszufladkowano do kategorii God is good | Dodaj komentarz

Habit zamiast szminki #13 – formacja i życie na wschodzie

Siostra Maria Stecka to jedna z legend naszego Zgromadzenia. Mistrzyni nowicjatu i niestrudzona misjonarka w Rosji. Czasem wydaje mi się, że to jeden z najtrudniejszych kierunków głoszenia Chrystusa, bo mentalność na wschodzie może okazać się o wiele bardziej nam odległa niż w afrykańskim buszu. Z wielkim zainteresowaniem słuchałam zawsze opowieści z moskiewskiej placówki, którą obecnie musimy zamknąć. Siostra Maria mówi jednak, że może jechać jeszcze dalej i nie obraziłabym się gdybym miała jechać razem z nią 😉

W zgromadzeniu przez kilka lat była Siostra mistrzynią, czyli osobą odpowiedzialną za formację przyszłych sióstr. Jak z perspektywy czasu patrzy Siostra na własną formację i na tę współczesną?

Myślę, że formacja, którą otrzymałam, była bardzo nastawiona na Pana Boga, „do góry”. Natomiast niewątpliwie brakowało formacji intelektualnej, teologicznej. To, co zapamiętałam jako najbardziej pozytywne, to kierownictwo duchowe i atmosfera rozmodlonego domu zakonnego funkcjonującego w sytuacji zagrożenia bytu, w trudnych warunkach materialnych. Moje pierwsze lata w klasztorze wspominam jako bardzo szczęśliwy czas znalezienia się na swoim miejscu. Stopniowo, z upływem lat, zaczęłam dostrzegać pewne braki i kiedy jako trzydziestoparoletnia siostra zostałam mistrzynią nowicjatu, wiedziałam, że nowicjuszkom należy koniecznie dostarczyć formacji intelektualnej.

 

Z jakimi wyobrażeniami Siostra wyjeżdżała [do Rosji] i z jaką rzeczywistością zostały one skonfrontowane?

Dla mnie to posłanie było jakimś rodzajem wyjścia na obrzeża. Bożym szturchańcem. Czułam, że niemal na skrzydłach tam poleciałam. Przeżywałam czas szczęśliwego uniesienia. Już na samym początku mojego pobytu spotkałam świeżo nawróconych chrześcijan będących pod wielkim wpływem o. Aleksandra Mienia, rosyjskiego księdza prawosławnego, teologa i filozofa. Swoją działalność w Rosji przypłacił śmiercią. Został zamordowany przez nieznanych sprawców uderzeniem topora 9 września 1990 roku. Pierwsze miesiące pracy w Moskwie, oprócz konkretnej pracy w szkole polskiej, były rozpoznawaniem terenu, nawiązywaniem kontaktów i orientowaniem się w specyficznych potrzebach tego miejsca. Moskwa to przeszło dwunastomilionowe miasto. Wszystkie cerkwie były całkowicie zburzone lub zdewastowane, kościoły zamknięte lub nie było ich wcale. I do tego latający „traperzy w sutannach” – księża, którzy docierali tam, gdzie czekali wierni. Kogoś wyspowiadali, ochrzcili, a następnie trafiali za to do więzienia. Później wychodzili i udawali się już gdzie indziej. Wszystko odradzało się na moich oczach i to było niesłychane doświadczenie. Chyba mogę śmiało powiedzieć, że w Moskwie doświadczyłam Kościoła funkcjonującego w katakumbach. Ludzie wiedzieli, jaką cenę mogą zapłacić za Biblię czy jakieś przemycone materiały. Spotkałam wiele osób autentycznie poszukujących, posiadających jakiś szósty zmysł Boga. Ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o Biblii, a jednak nosili w sobie jakąś wrażliwość, która z czasem przyprowadzała ich do tego czy innego kościoła.

Jest Siostra świadkiem przemian najnowszej historii Rosji. Co z tego dwudziestopięcioletniego okresu najbardziej zapadło Siostrze w pamięć?

Stopniowe odradzanie się Kościoła. Odnawianie jego struktur pod kierownictwem nowo mianowanych biskupów, arcybiskupa Tadeusza Kondrusiewicza, biskupa Józefa Wertha. Tworzenie komisji katechetycznej dla całej Rosji (biskup Jerzy Mazur, obecnie biskup Cyryl Klimowicz), rozwijanie pracy z młodzieżą (biskup Klemens Pikiel). Współpraca z ludźmi w różnych rejonach. Do dziś pamiętam wielki entuzjazm ludzi, którzy tam przyjechali: Włochów, Francuzów, Niemców i oczywiście Polaków. Nie było niczego. Rozpoczynaliśmy wielką pracę nad tłumaczeniami książek i podstawowych materiałów do pracy katechetycznej.

Jak państwo podchodziło do takiej działalności?

Przy Jelcynie doświadczyliśmy dużo wolności i wielkiego bałaganu prawnego. Było mnóstwo trudności w przebijaniu się przez biurokrację, ale ostatecznie wiele można było załatwić. Później szło już jak po grudzie, coraz trudniej. Niestety, kilkunastu znajomych kapłanów straciło życie w służbie Ludowi Bożemu. Obecnie wchodzi w życie dekret, który został zatwierdzony przez Dumę i prezydenta, o zakazie prowadzenia działalności misjonarskiej poza terenem danego kościoła.

Zaszufladkowano do kategorii Habit zamiast szminki | Dodaj komentarz

Habit zamiast szminki #12 – posłanie i niegasnąca nadzieja

Ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam wśród rozmówczyń do książki Siostrę ze Zgromadzenia Franciszkanek Misjonarek Maryi. Miałam okazję kilka z nich poznać na studiach i wszystkie to bardzo równe babki 😉 Wywiad z Siostrą Urszulą Brzonkalik przeczytałam z ciekawością, bo opowiada o tym, co jest dla mnie szalenie ważne w życiu zakonnym – gotowość zostawienia swojego wygodnego i bezpiecznego życia, żeby całkowicie poświęcać się dla tych, do których Pan Bóg nas posyła. Oto kilka ciekawych dla mnie wątków związanych z pracą w Aleppo. Jak zwykle zachęcam do przeczytania całego wywiadu w książce 🙂

Co sprawiło, że w ogóle zgodziła się Siostra na wyjazd do Aleppo, jednego z najbardziej zapalnych w tej chwili regionów na świecie?

Tu jest kilka kwestii, które należy poruszyć. Po pierwsze, jestem siostrą i jestem misjonarką. Sądzę, że to już wystarczająca odpowiedź. Owszem, był moment, kiedy górę wziął lęk, bo uświadomiłam sobie, że przecież tutaj chodzi o moje życie. Pamiętam, że w tym czasie milion razy słuchałam piosenki nawiązującej do Ewangelii św. Jana: „Przepasz mnie i poprowadź, dokąd ja nie chcę pójść”. Ona gdzieś wypłukiwała z mojego serca niepokój, bo nie mogę powiedzieć, że go nie było. Później były wspomniane trzy miesiące sesji w Ziemi Świętej zakończone rekolekcjami. Dla mnie słowo „posłanie” urosło tam do słowa klucza mojego życia. Na nowo uświadomiłam sobie, że moje życie jest w rękach Boga i cokolwiek by się stało, On mnie poprowadzi. W tym momencie decyzja była jasna. Pojechałam do Aleppo z ogromnym spokojem i naprawdę to dotychczasowe półtora roku nie zmąciło tego spokoju. Cieszę się, że jutro wracam. Po drugie, oprócz relacji z Syrii prezentowanych w mediach, zwłaszcza w telewizji, jest jeszcze inna strona tego konfliktu, której media już nie relacjonują. Aleppo to ogromne miasto. Żeby to mniej więcej zobrazować, wyobraźmy sobie na przykład, że w Warszawie teraz całą Pragę zajęło Państwo Islamskie, cały Żoliborz Front al-Nusra, a my tu, gdzie teraz rozmawiamy, załóżmy, że znajdujemy się po stronie rządowej. Jest to zatem duża przestrzeń, gdzie spadają bomby, gdzie ludzie nie mają co jeść, ale w cudzysłowie toczy się także jakieś życie. Kiedy decydowałam się na wyjazd, dobiegał końca czwarty rok wojny. Od początku miałam bezpośredni kontakt z siostrami, które w Aleppo przeżywały tę wojnę. Wiedziałam, że jest trudno, ale równocześnie spotykałam siostry, które wyjeżdżały z Aleppo, opowiadały o panujących warunkach i wracały tam. Wiedziałam więc, że jakieś życie tam się tli.
Kiedy przyjechałam do Polski na urlop, doceniłam wagę rozmów z osobami, które przeżyły drugą wojnę światową. Wiedziałam, że ci ludzie mnie zrozumieją. Nikt nie twierdzi, że było to łatwe, ale jednak miliony Polaków przeżyły. Opowiadają koszmary o tym, co się działo. Ale faktem jest, że przeżyli. Ja też mogę opowiedzieć koszmarne historie z Aleppo, ale ważniejsze jest dla mnie to, że istnieje tam jakieś minimum egzystencji. Nie jest łatwo przepędzić cztery miliony mieszkańców. Owszem, wielu uciekło, ale wiele osób wciąż tam żyje i mieszka. I o tym nie należy zapominać.

Co musiałoby się stać, żeby trzeba było zamknąć dom i by podjęły Siostry decyzję o opuszczeniu Aleppo?

Gdyby było tak, jak jest po drugiej stronie miasta, to rzeczywiście nie byłoby absolutnie żadnego sensu, by wracać do Aleppo. Do parafii, z którą współpracuję, należą ludzie, którzy wcześniej mieszkali po drugiej stronie miasta. Oni doskonale pamiętają noc, kiedy w dosłownie jednej koszuli, tak jak stali, uciekli przed rebeliantami, zostawiając wszystko, co mieli. Nie ma mowy w tej chwili o powrocie do tamtego miejsca. To, co pokazują media, czyli obrazy, na których widać, że samoloty bombardują część, gdzie są rebelianci, i że tam jest właściwie wszystko zrównane z ziemią, są zgodne z prawdą. Byłoby zupełnym bezsensem iść tam, nawet nie szaleństwem, tylko bezsensem. Bo to jest na razie rejon, w którym człowieka czeka pewna śmierć. Nie ma się nawet nad czym zastanawiać. Tam na pewno nie mogłybyśmy żyć i pracować. Ale jest jeszcze druga część tego miasta i są ludzie, którzy często z własnego wyboru nie wyjechali. Jedni nie mieli dokąd pojechać, a inni, tacy jak inżynierowie, lekarze, farmaceuci, którzy mają dziś po czterdzieści, pięćdziesiąt lat, zostali z obawy, że ich dyplom za granicą nie zostanie uznany. Poza tym tu są kimś, mają swoją klientelę, tu ludzie ich szanują. Ci ludzie zostali i potrzebują podtrzymania. Ja jeżdżę regularnie na rady prowincjalne do innych krajów i właściwie mogłabym co dwa miesiące podjąć decyzję, że nie wracam do Aleppo, że to za trudne, że to mnie przerasta. Ale na razie uważam, że nie jest to moment, by wyjeżdżać. Owszem, bywa ciężko. Zdarza się, że kiedy droga jest zamknięta, tygodniami jesteśmy uwięzione w klasztorze bez realnych perspektyw choćby na dostawę żywności. Ale później, czasem po upływie kilku tygodni, droga się otwiera. Wie pani, chciałabym jeszcze pożyć i mam w głowie trochę planów, ale kiedy idę ulicą w Aleppo i spotykam parę młodych ludzi z niemowlakiem na rękach, to myślę sobie: jaką odwagę muszą mieć ci ludzie? I gdzie ja w tej sytuacji miałabym się wybierać? Oni żyją i my żyjemy. Oczywiście, wszystko zdarzyć się może, ale mam nadzieję, że nie będziemy zmuszone do rozważania opcji: zostajemy czy nie. Proszę sobie wyobrazić, że jezuici zamknęli na jeden dzień kuchnię po tym, jak dwieście metrów od naszego klasztoru zbombardowano szpital położniczy. Zamknęli ją tylko na jeden dzień, a w świat poszła wiadomość, że jezuici wyjechali z Aleppo. Już na drugi dzień otrzymałyśmy wiadomość od matki generalnej: „Siostry, czy naprawdę chcecie zostać? Przecież jezuici wyjechali”. Na co odpowiedziałyśmy: „Ale przecież kuchnia już dymi od rana” (śmiech). Nie można na podstawie jednego dramatycznego faktu podejmować decyzji, która pociągnęłaby za sobą niesamowite konsekwencje. No bo co nagle miałoby się stać z ludźmi, którzy odbierają u nas dziesięć tysięcy posiłków dziennie? Albo dokąd z dnia na dzień w połowie roku akademickiego miałyby się udać moje studentki

 

Zaszufladkowano do kategorii Habit zamiast szminki | Dodaj komentarz