Krokodyli blues okazał się doskonałym kompanem. Obiad z czikena na forjarowym przystanku był po prostu bjuriful! Muw auty kierowały nasze kroki do et list przepięknych widoków. Szwagier niech zazdrości, że go tam nie było!
A Bieszczady jak zwykle jesienią najszczersze. Dymem z ogniska przywiały zapomniane wspomnienia. Rosochatych pieśni do rana. Kanapek z pasztetem. Prawdziwego kisielu z owocami. Jeżyn na stromym zboczu przy świetle latarek. Zapachu mchu i koloru buków. Czekolady popijanej herbatą z termosu. Plecaka, który paradoksalnie zamiast spowalniać, dodaje sił by wspinać się coraz wyżej.
Trasa przepełniona tymi, którzy zawstydzali mnie swoją gorliwością, uczynnością, bezinteresownym dawaniem i braterską miłością, okazywaną na każdym kroku. Echem od okolicznych pagórków odbijały się słowa Ghandiego… „Lubię waszego Chrystusa. Nie lubię waszych chrześcijan. Wasi chrześcijanie są tacy niepodobni do waszego Chrystusa.” I ja wciąż taka niepodobna.
Podzięksy dla SKPB (i Krzysia w szczególności) 🙂

gdyby mozna bylo byc w kilku miejscach naraz, chetnie bylbym z Wami… nie, zeby zachecaly mnie rosochate piesni, ale juz jezyny, dym ogniska i dobrzy ludzie daja obraz dobrego czasu