Nie mogę już patrzeć na ten ekran. Za oknem też nie lepiej – kolejny tydzień wielki mechaniczny potwór pożera kawałkami wysoki PRLowski budynek. Głowa mnie boli i to chyba wcale nie przez przeziębienie… Jednym słowem – powrót do rzeczywistości.
Na nowo świat mi się poprzewracał za sprawą Ani. Czuję się jakbym równocześnie żyła w dwóch rzeczywistościach. Biało na zewnątrz, ale czarno w środku. Plącze mi się po głowie czerwony pył z sawanny, chapati dobrze wysmażone, zachód słońca nad samotną akacją, śmiech dzieci i uderzenia palców o bęben… Co ja tu jeszcze robię?
Góry uczyły mnie pokory (nie tylko śniegiem powyżej lasów) i ciągłego szukania większego dobra. I po raz kolejny przypomniały mi, że są jeszcze wspaniali ludzie dookoła i że Jezus jest Cudowny i że przyjaciele to największy skarb. Wdzięczności we mnie wiele za śpiew ptaków i jarzębinę i skaliste szczyty we mgle i Matkę Boską Królową Tatr. I za serdeczne uśmiechy i pyszne jedzonko i gitarę i karty…
Czas wracać i przypomnieć sobie, że codzienność też jest piękna, jeśli tylko jest Jezusową codziennością.
