Węgry nie powaliły na kolana… może to przez przewodnik, który obiecywał cuda na patyku: tureckie miasteczko z figami, piękne plaże Balatonu, słodkie arbuzy, klimatyczne winniczki… a tu żadnej figi, arbuzy jak u nas z Tesco, Balaton brudniejszy od Wisły, termy zimne i tłoczne, a winniczki zamykają o 22.00 (tak, ja też byłam w szoku!). Na szczęście Peszt mnie oczarował przepyszną knajpą, gdzie podali mi kawę z miodem i pysznym Langosem, a Buda zauroczyła skalną kapliczką z przewodnikiem po polsku. No i Tokaj! Ale tylko 3 putonowy, bo ze słodyczą nie wolno przesadzać. I Palinka brzoskwiniowa w Popcornerze. I Egri Bikaver. I likier marcepanowy… miesiąc trzeźwości nie obowiązuje za granicą, prawda?
A może trzeba pojechać raz jeszcze? Bo teraz już bym wiedziała, że bilety na tramwaj można kupić tylko w metrze, że zwiedzanie parlamentu zajmuje 10 razy krócej niż stanie w kolejce do niego, że na wino trzeba jechać o 17.00, że Mszy wieczornej szukać w byłym meczecie… Mądry Polak po szkodzie. I Węgier pewnie też, z tego co zdążyłam się zorientować – podobni oni do nas nie tylko w kwestiach szabli i szklanki 🙂
Ale MAGIS się udał za to – starzy znajomi, tańce do rana i pożegnania przy bębenku 🙂

Efca, jest wpis, a gdzie zdjęcia?! 🙂
będą – mam to na liście to-do 😉 ale póki co jeszcze dużo innych rzeczy na niej jest… dam znać jak się z tym obrobię!
no to nadejszła ta wiekopona chwila 😉 foty tu -> https://picasaweb.google.pl/E.Bartosiewicz/Wegry2010 🙂