Wigilia Zesłania Ducha św. to noc czuwania. W tym roku nie czuwałam. Nie miałam już sił. Ktoś jednak musi pracować, by czuwać mógł ktoś… Ktoś musi napełnić stągwie po brzegi, by Jezus mógł tę wodę przemieniać w wino. Bez Jezusa byłaby tylko woda, ale bez sług czerpiących wodę nie byłoby nic.
Ostatnie dni były istnym szaleństwem. Już od środy mocno odczuwałam brak dodatkowych dwóch nóg, trzech rąk i przede wszystkim pojemniejszej głowy, która byłaby w stanie ogarnąć wielość drobnych spraw. Apogeum całej mobilizacji nastąpiło w sobotę. W domu mieliśmy w sumie ok 80 osób – kolejną grupę panów z mieczami oraz rozmodlony przed Zesłaniem neokatechumenat. Tymczasem w naszym ogrodzie trwał wielki rodzinny piknik.
Historia tego wydarzenia sięga połowy marca, kiedy to pierwszy raz udałam się do Stowarzyszenia na Recz Dzieci i Młodzieży Niepełnosprawnej w Pobiedziskach w poszukiwaniu wolontariatu, w który mogłabym się zaangażować w tym czasie pozostałym do wakacji. Spotkanie to zaowocowało kilkoma dziełami: przeniesieniem pod nasz dach Banku Żywności dla najuboższych z okolicy, moimi cotygodniowymi spotkaniami z Adrianem i Dagmarą oraz właśnie pomysłem na piknik. Imprezę ogólnie należałoby zaliczyć do bardzo udanych. Kilkaset osób ucieszyło się naszą zieloną przyrodą oraz wieloma przygotowanymi atrakcjami: były dmuchane zamki, kucyki, plener plastyczny, kiełbaski, ciasta, malowanie twarzy, loterie, klasztorna grochówka… a na zakończenie, dzięki łaskawości Ducha św, który przewiał burzowe chmury, odbyła się polowa Msza św. na naszych schodach.
Na auli natomiast mogliśmy oglądać występy dzieci ze Stowarzyszenia i bardzo się cieszyłam, że udało mi się wyrwać na chwilę, by zobaczyć na scenie moich podopiecznych oraz kolejne przedstawienie, tym razem w wykonaniu dzieci ze szkoły na Letnisku. Zapraszam do galerii, gdzie znajdziecie dokumentację fotograficzną z występów i kilka zdjęć z pleneru, które w przelocie udało mi się uchwycić.
Jakby wrażeń w weekend miało być mało, na niedzielę zaplanowałyśmy jeszcze wyjście do opery w Poznaniu na Jezioro Łabędzie. Część pierwszego aktu przespałam, a drugi mi się dłużył, ale muszę przyznać, że miło było popatrzeć na gibkie panny skaczące równiutko na puentach. Nie mogę tego jednak powiedzieć o panach w obcisłych rajtuzkach – zdecydowanie wolę tych w dresach na sali gimnastycznej, gotowych wyjąć duchowy miecz i walczyć o pokój, dobro i miłość w tym realnym świecie.
Tymczasem przed naszym domem zawisł nowy szyld oznajmiający wszystkim, że co prawda szkoła jest już zamknięty, ale za to jest prężnie działający dom rekolekcyjny. Z tego dzieła jestem szczególnie dumna, bo to pierwszy szyld mojego projektu – jeszcze trochę i będę sama siebie nazywać grafikiem komputerowym 😉
Wszystko więc gotowe na pełne wydarzeń wakacje w Pobiedziskach. Nasze propozycje jak zawsze znajdziecie na www.siostry-sc.pl/rekolekcje. Dzieje się w tych dniach bardzo dużo dobra, Bóg przemienia tyle ludzkich serc… i tylko ja jakaś wyprana z energii, zmęczona i bezsilna. Wciąż czekam aż dosięgnie mnie ożywczy powiew Ducha Świętego i rozpali moje serce do jeszcze gorliwszej służby!


Poruszajacy tekst. pozdrawiam serdecznie i zycze, aby nastepnym razem trwalo poczucie o isteniu dodatkowych rak, nog i pomniejszej glowie ;] choc i bez nich, jak sadze, swietnie daje Pani rade.