Są takie momenty w życiu, kiedy nóż się w kieszeni otwiera. Słuchanie o księżach pedofilach jest na pewno jednym z takich momentów. Przeczytałam ostatnio artykuł o filmie, który wchodzi do kin i porusza właśnie ten temat. Będąc osobą konsekrowaną, mam najgłębszą świadomość, że Kościół to „my”, a nie „oni”. Dlatego szybko ten nóż się w kieszeni zamyka i zostaje tylko wstyd i smutek, bo to przecież mój Kościół. Wielokrotnie od moich uczniów słyszę różne żarty i docinki, które wyraźnie sugerują, że pedofilia to cała prawda o Kościele. Wiemy wszyscy, że to margines, ale ten margines bardzo boli. Jeśli człowiek jest w stanie trzymać Boga w swoich rękach i działać w imieniu Chrystusa w jednym momencie, a w innym dopuszczać się przemocy seksualnej wobec dzieci to wydaje się, że już nikomu na świecie nie można ufać.
W dzisiejszej Ewangelii Piotr mówi: „odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. Jest to szczera prawda, co Piotr wielokrotnie jeszcze udowodni, ale Jezusowi zupełnie to nie przeszkadza. Odpowiada mu: „nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. To jego właśnie chce powołać i uświęcić. Nam sprawiedliwym to się wcale nie podoba. Chcielibyśmy oczyścić Kościół z tego co stawia nas w złym świetle, żeby Kościół był fajny i atrakcyjny. Tylko do kogo my się porównujemy, myśląc w ten sposób? Na pewno nie do Jezusa. Jeśli On by patrzył na nasze grzechy, to nikt z nas by się nie ostał. Musimy więc podtrzymywać się wzajemnie w tym szpitalu połamanych ludzi, bo nie wiemy kto z nas jutro będzie bardziej połamany…
Myślę, że złość, oburzenie, wstyd i smutek są w pełni uzasadnione. Wolno mi to wszystko przeżywać, ale nie wolno mi zrobić jednej rzeczy, jeśli chcę naśladować Jezusa – nie wolno mi powiedzieć „jeśli w tym Kościele są księża pedofile, to ja nie chcę takiego Kościoła”. Ten Kościół właśnie taki ma być – święty Kościół grzesznych ludzi, bo Jezus nie przyszedł powołać sprawiedliwych, ale grzeszników (Mk 2,17). I oby to nam oburzonym zbawienie nie przeszło koło nosa…
