Okazało się, że wieczornej liturgii w Wielki Piątek w Nyahururu nie ma… była droga krzyżowa w południe. Nieco zniechęcona wyruszyłam dziś rano do kościoła, by chociaż pomodlić się w ciszy przed Grobem Pańskim. A tu grobu też brak… w kącie stoi mały krzyż oparty o kawałek szafki, na której zapalono dwie świece. Co gorsza, nie ma też ciszy… przed krzyżem stoi mężczyzna i głośno czyta modlitwy ze swojego modlitewnika w języku kikuyu.
W pierwszej chwili się załamałam. Gdzie są kolorowe koszyczki pełne smakołyków i niosące je dziewczynki ze wstążkami we włosach? Gdzie pięknie ozdobione Groby Pańskie z unikalnym przesłaniem na każdy rok? Gdzie wielkosobotnia cisza, w której można się zadumać nad śmiercią i życiem?
A może to właśnie sedno ludzkiej duszy? Mojej duszy? Po prostu pustka i zapomniany w kącie krzyż…. i głos tego człowieka we mnie, który ciągle coś mówi, ciągle się martwi, ciągle coś planuje, ciągle prosi o wyjaśnienia. Głos, który nie może znieść ciszy…
Kilka dni temu, w ramach ostatnich wizyt w ośrodkach w Kiberze, trafiłam do szkoły dla głuchoniemych. Piękna szkoła, przemiły dyrektor, zostaliśmy przyjęci uśmiechem dzieciaków. Nadały nam nawet imiona w języku migowym. Dziś powróciłam do nich myślami, ciekawa tego jak to jest żyć w zupełnej ciszy. Daleka jestem od powiedzenia, że im zazdroszczę, ale w jakiś sposób musi być to życie wypełnione pokojem, kiedy nie słychać gwaru tego świata…
