„Kocham zapach tego miasta!” – powiedziała, wychodząc z Dworca Centralnego. Spojrzałam na nią spode łba. Jak to możliwe, żeby komuś podobał się zapach taniej chińszczyzny połączony z wonią z budy kebabowej i wszystko uwieńczone nutką wielko-miejskich spalin… nie potrafiłam zrozumieć i chyba dlatego w piątek w wielkim pośpiechu wyruszyłam na ten sam dworzec, by jednak najprędzej opuścić stolicę. Nie wiem co to za dziwna przypadłość, ale nieustannie odnoszę wrażenie, że moje płuca zaczynają dobrze pracować dopiero na wysokości 1500 m npm…
„Niebo musi istnieć. Ziemia nie pachnie jak dom”… znam tylko jeden wyjątek – stojąc w palącym słońcu na Hali Gąsienicowej wzięłam głęboki oddech. Pomyślałam, że tak z pewnością musiał wyglądać Raj.
Dzień minął za szybko. Padłam wykończona po długim spacerze. Jeszcze nie wiedziałam, że pośpię dłużej niż ustawa przewiduje…
Budzik nastawiony na 5.00 szybko przestawiony został na 7.00 z powodu deszczu… potem niestety też na 9.00. Cóż za ironia – Dolina Suchej Wody była tego dnia wyjątkowo mokra… o 10.00 byłam już w Brzezinach całkowicie przemoczona i na przystanku PKSu oczekiwałam na transport. Musiałam wyglądać naprawdę biednie, bo pan zbierający śmieci z przystanku swoją małą śmieciareczką zapytał dokąd chcę jechać. „Zakopane” powiedziałam, „To wsiada pani!” rzucił z politowaniem. I tym sposobem o 11.00 byłam na dworcu, czekając na powrót do zapachu chińszczyzny i kebabów… na szczęście są tu też inne przyjemniejsze rzeczy, bo bym chyba nie zdecydowała się wracać…
