No i stało się… mimo, że dzielnie walczyłam – dopadło mnie nagle i bez żadnej zapowiedzi jakieś wstrętne choróbsko 🙁
Jestem przekonana, że to przez, od dawna planowane, wyjście na basen. Od pół roku umawiam się na trochę rozruszania kości podczas pływania i jakoś zawsze coś wypadało, a jak już się znalazł czas, to okazywało się, że mnie gardło boli albo mam katar i kończyło się na wiecznym przekładaniu. Postanowiłam sobie więc, że tym razem, bez względu na wszystko, udam się na basen… i to mnie chyba zgubiło – musiałam się naprawdę porządnie rozłożyć, żeby uznać, że w tym stanie pływać się nie da. Zastanawia mnie cały czas cóż za niebezpieczeństwo czyha na mnie na Warszawiance, że dotrzeć tam jakoś nie mogę…
Leżę więc w łóżeczku i wypoczywam – jakbym miała od czego wypoczywać 🙂 Przy okazji rozmyślam też o wędrowaniu (podziękowania dla Czarka!) i o tym, że wszystko, jak się później okazuje, jest nam w jakiś sposób potrzebne – więc widoczenie moje chorowanie też.
„Moje wędrowanie… Moje upadanie… Moje powstawanie… Twoje miłowanie… Jesteś dla nas pielgrzymów, jak burzy ustanie…”
