Zgodnie z zapowiedzią dziś rano odbył się w Nakuru ślub jednego z podopiecznych Effathy imieniem Mark z niejaką Jane. On z lekkim porażeniem mózgowym, a ona sporo wyższa od niego – tworzyli więc dosyć osobliwą parę.
Pierwsze co od razu wydawało mi się bardzo inne niż w Polsce, to ślub o 10:00… taka to jednak tradycja. Zaczęło się z lekkim opóźnieniem, ale za to z wielką pompą. Najpierw w trzech turach weszły procesje tańczących dziewczynek, które zrobiły kilka rundek w stronę ołtarza. Za nimi zaś 7 druhen. Po każdą z nich wychodził jeden z 7 drużbów, wręczał wielką kokardę przypominającą kwiatka i brał pod rękę do ołtarza 🙂
Po wstępnych procesjach w końcu weszli narzeczeni, choć nie razem. Najpierw Pan Młody w towarzystwie swoich rodziców i jak się domyślam innych członków rodziny, potem podobnie Panna Młoda. W zasadzie każdemu ważniejszemu momentowi towarzyszyła burza oklasków, co wprowadzało szczególnie radosny klimat uroczystości.
Jako że Panna Młoda nie była wcześniej katoliczką, naprędce przed samym obrzędem zaślubin odbył się jej chrzest. Dalej w zasadzie całkiem europejsko prócz oczywiście mnogości procesji z każdej okazji – choćby z pudełkiem z obrączkami 😉
Po uroczystości (trwającej bagatela 3 h) Młodzi zrobili sobie sesję z najbliższymi, po czym sami udali się na zdjęcia w plener, a goście zostali uraczeni lunchem, składającym się z gederi, ryżu i wołowiny (ciągle się zbieram do tego posta o jedzeniu ;)). Jak się dowiedziałam tłum ludzi jaki pojawił się na weselu to nie tylko krewni i znajomi Państwa Młodych, ale w zasadzie każdy kto przechodząc zauważył, że jest wesele 😉 Tak więc trudno było się dopchać do czystego talerza, a sztućców było zaledwie kilka sztuk na kilkaset osób, więc zabrałam się za jedzenie rękami, jak reszta gości.
Po lunchu i powrocie Państwa Młodych, odbyło się widowisko sztuk wszelakich – od śmiesznych skeczy po naśladowców znanych polityków. W tym czasie Młodzi zajmowali się spożywaniem posiłku przy jedynym na całym weselu stole. Prócz tego jeszcze bardzo ważny obrządek krojenia tortu (któremu towarzyszy znana niektórym pieśń: „kata kata keki kata”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „tnij torta tnij” ;)). Niestety tego już nie doczekałam, gdyż ekipa, z którą byłam zbierała się wcześniej, ale podobno ok 16-17 cała impreza dobiegała końca.
Udało mi się zdążyć natomiast na taneczny pokaz Effathy, który był rewelacyjny i zdecydowanie moje marnej jakości zdjęcia tego nie oddadzą 😉
Jutro skoro świt znowu wyruszam w stronę Nakuru. Tym razem na spotkanie z, niektórym znanym, Johem w ramach mojego niedzielno-poniedziałkowego weekendu 🙂





Mam nadzieję, że uściskałaś od nas Johna 🙂
John też pozdrawiał i pytał o Was wszystkich 🙂
Pingback: Żyrafy, ślub i popielcowe powroty « mały efcowy świat