Bóg się rodzi na ulicy

Młodzież ulic Nyahururu

Wieczór wigilijny. Na skraju parku w Nyahururu pali się ognisko (tylko nie wyobrażajcie sobie kuligowych klimatów – jest 20st ;)) Zaraz obok rozlewnia piwa i kilka małych sklepików. Wokół ognia siedzą ludzie, do których nie podeszlibyśmy w ciemnym zaułku. Są brudni, obdarci, większość na środkach odurzających. Przypominają naszych bezdomnych, ale są w większości młodsi ode mnie. Nie mają domu, nie mają rodziny, nie czekają na święta i prezenty pod choinką. Nie mają absolutnie niczego prócz swojej godności i wolności.

Za ogniskiem ołtarz zbity z kilku starych desek, ksiądz siedzący na kamieniu. Ktoś bardziej pijany zaczyna się wydzierać – od razu podbiega do niego dwóch innych, tłumacząc, że ma być cicho, bo dzieją się ważne rzeczy. Na Podniesieniu słychać dobiegające odgłosy ostatnich przedświątecznych zakupów… prawdziwe zgorszenie dla ultra-konserwatystów…

Młodzież ulicy czuje się bardzo dumna, że to dziś oni mogą nas gościć na wieczerzy. Z radością rozdają nam świeczki, które zapalimy na początku Mszy. Dziś to ich dzień. Bóg schodzi z wysokości śnieżnobiałych ołtarzy i suto zastawionych stołów świątecznych – dokładnie tak jak dwadzieścia wieków temu, postanawia urodzić się na ulicy.

O Ewa Bartosiewicz

Informatyk i teolog. Podróżniczka i marzycielka. Wielka fanka serialu The Chosen i zielonej herbaty. Nieustannie zakochana w Jezusie i zapalona do głoszenia Jego Ewangelii.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Afryka, Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *