Wieczór wigilijny. Na skraju parku w Nyahururu pali się ognisko (tylko nie wyobrażajcie sobie kuligowych klimatów – jest 20st ;)) Zaraz obok rozlewnia piwa i kilka małych sklepików. Wokół ognia siedzą ludzie, do których nie podeszlibyśmy w ciemnym zaułku. Są brudni, obdarci, większość na środkach odurzających. Przypominają naszych bezdomnych, ale są w większości młodsi ode mnie. Nie mają domu, nie mają rodziny, nie czekają na święta i prezenty pod choinką. Nie mają absolutnie niczego prócz swojej godności i wolności.
Za ogniskiem ołtarz zbity z kilku starych desek, ksiądz siedzący na kamieniu. Ktoś bardziej pijany zaczyna się wydzierać – od razu podbiega do niego dwóch innych, tłumacząc, że ma być cicho, bo dzieją się ważne rzeczy. Na Podniesieniu słychać dobiegające odgłosy ostatnich przedświątecznych zakupów… prawdziwe zgorszenie dla ultra-konserwatystów…
Młodzież ulicy czuje się bardzo dumna, że to dziś oni mogą nas gościć na wieczerzy. Z radością rozdają nam świeczki, które zapalimy na początku Mszy. Dziś to ich dzień. Bóg schodzi z wysokości śnieżnobiałych ołtarzy i suto zastawionych stołów świątecznych – dokładnie tak jak dwadzieścia wieków temu, postanawia urodzić się na ulicy.

