płynie tak szybko, że ostatnio mam wrażenie jakby się doba skróciła ze dwa razy. Moje dnie wypełnione są po brzegi, tak bardzo, że szpilki już wetknąć nie można. W związku z tym cierpię na lekki niedomiar snu, ale jak to śpiewała Edith Piaf – „Non, je regrette rien!”. Nie żałuję ani łyżew do północy, ani wstawania o 6.00 na roraty. Ani wieczornej herbatki w duszpasterstwie, ani chodzenia na 7.00 do pracy, żeby mieć czas na mnóstwo innych spraw. Tak właśnie lubię.
Mimo jednak chronicznego niedoczasu, zawsze znajdę chwilę na spotkanie przy kawie z dawnymi lub nowymi znajomymi, co ostatnio zdaża mi się bardzo często 🙂 Wymaga to jednak planowania z wyprzedzeniem większym niż pół dnia (co niektórych przyprawia o zawroty głowy ;))
