Z powodu zamieszania niedzielnego, do Parkishon na ślub dotarliśmy ok 11:00 i ominęła nas poranna uroczystość. Wszystko odbywało się w obrządku Samburu – panna młoda jest mieszanką Samburu i Rendille, a pan młody Samburu i Turkana. Całość rozpoczyna się o 8:00 rano, kiedy mężczyźni zabijają byka – co jest symbolem obrączki. Mięso z tegoż byka przeznaczone jest po kawałku dla przeróżnych osób zarówno ze strony pana młodego, jak i panny młodej, oraz ważnych osób w wiosce. Mężczyźni piją też ciepłą krew prosto z ubitego zwierza. W tym samym czasie w domu panny młodej odbywa się obrzęd obrzezania, co jest brutalną operacją wycięcia warg sromowych i łechtaczki (jest to zakazane przez kenijskie prawo, jednak wykonywane cały czas powszechnie w tradycyjnych społecznościach).
Reszta uroczystości odbywa się wieczorem, kiedy wojownicy wraz z dziewczynami odbywają rytualne tańce ze skokami – bardzo podobne do tych, które znamy z opowieści o Masajach. Tymczasem kobiety kończą budowę domu z patyków i błota, który powstaje w ciągu jednego dnia i już wieczorem państwo młodzi mogą w nim zamieszkać. Patyki zbierane są wcześniej przez panny i towarzyszy temu wiele śpiewu, co przypadkiem miałam okazję zobaczyć kilka dni temu.
Dosyć dziwny to ślub, kiedy państwo młodzi nie spotykają się ani razu… można to jednak zrozumieć dopiero w kontekście tego, że ślub w wielu kulturach nie ma nic wspólnego z miłością. To tylko kontrakt – żona za krowy. Smutno kiedy się pomyśli, że panna młoda ma 14 lat i została zmuszona do wyjścia za mąż. Będzie miała bardzo duże problemy z jakąkolwiek edukacją, a na pewno nie skończy normalnej szkoły.
W kontekście tego chciałoby się oburzyć i powiedzieć, że tak nie można, że to źle, że kobiety też mają prawa, że nie można ich bezkarnie pociąć i oddać jakiemuś obcemu mężczyźnie… a z drugiej strony, jakie ja mam do tego prawo? Co ja wiem o życiu tych ludzi? Czemu mój świat ma być lepszy?… Trudne to dywagacje i dużo pytań bez odpowiedzi…
Wieczorem wybraliśmy się do szkoły wieczorowej dla wojowników, o czym szerzej w następnych odcinkach. Było trochę tańców, trochę przemówień i czasu żeby się nieco zapoznać. Kolejnego poranka miałam okazję umyć zęby wspominanym już patykiem do zębów (całkiem niezłe urządzenie ;)) oraz odbyć krótkie spotkanie z wojownikami przed ich wyjściem na pastwiska.
Zapraszam do bardzo kolorowej galerii, choć tym razem bardzo żałowałam, że mój aparat nie potrafi rejestrować wideo! 🙂





fajny opis i generalnie bardzo podoba mi się, że zastanawiasz się czy masz prawo krytykować inna kulturę… to super podejście. tutaj jednak w gre chodzi okaleczenie… czy wobec tego można się bronić uwarunkowaniami kulturowymi? cos mówi mi, że nie.
Jeszcze bardzo niedawno byłam bardzo przeciwna takim obrzędom. Chciałam nawet pracować z organizacją walczącą o prawa kobiet… ale z czasem nabieram dystansu do tego. Oni nie widzą w tym nic złego – dziewczynki tam czekają na ten dzień, bo wtedy stają się kobietami. Dla nas okaleczeniem nie będzie przekłuwanie uszu (choć dla mnie to np. coś strasznego mieć dziury w uszach!), albo obrzezanie mężczyzn… To trudne i oczywiście ja bym nie chciała, żeby mi coś wycinali, ale staram się spojrzeć na to oczami tych ludzi i odpowiedzi nie są już takie klarowne