W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi do tłumów w przypowieściach. Bardzo lubił to robić i miał ku temu kilka powodów. Do mnie dziś przemówił jeden z nich. Chociaż czytanie kończy się słowami: ” Kto ma uszy, niechaj słucha!”, aby zrozumieć przypowieść trzeba właśnie przestać słuchać uszami, a zacząć słuchać sercem. Czasem chcielibyśmy dostawać jasne odpowiedzi na tacy, zamiast wychylić się poza to co na pierwszy rzut oczywiste i odnaleźć głębię, w której mówi do nas Bóg. Słowa, które ostatnio towarzyszyły nam na modlitwie porannej, oddają dobrze tę głębię: „Pokażę ci zakryte rzeczy; zakryte rzeczy, których wcześniej nie wiedziałaś”. „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Dobrze widzi się tylko sercem”, jak mawiał lis z Małego Księcia.
Podczas Kapituły, mam okazję razem z kapitulantkami brać udział w zorganizowanych wycieczkach. W zeszłym tygodniu byłam w Castel Gandolfo, w którym można teraz zwiedzać piękne ogrody, po których przechadzali się papieże. Dołączyłam tam do grupy hiszpańskiej, żeby szlifować język i hitem dnia stało się słówko nadużywane przez naszą kolumbijską przewodniczkę. Włoski zwrot „ovviamente” powtarzany przez nią co trzecie słowo oznacza „oczywiście”. Tym bardziej komicznie to brzmiało, kiedy używała go, mówiąc jednocześnie o szczegółach ze starożytnego Rzymu, o których większość z nas nie miała pojęcia. Jak łatwo jest nam przyjąć coś za oczywiste jeśli się na tym znamy. Zważywszy jednak na Bożą perspektywę, możemy, zupełnie nie przesadzając, powiedzieć, że nie mamy bladego pojęcia czym jest świat, życie, śmierć, wiara… Naprawdę nic nie powinno być dla nas oczywiste.
Wczoraj natomiast wyruszyłam do pobliskiego Rzymu, gdzie byłam ostatnio 21 lat temu (więc nie wiem czy tamten się w ogóle liczy…), ale zamiast iść tam, gdzie większość pielgrzymów, nadchodzących z wielkimi krzyżami by przejść przez Drzwi Święte, ja zmierzałam w kierunku zupełnie przeciwnym – na Trinita dei Monti. Tam u szczytu hiszpańskich schodów (które, o ironio, były znowu w remoncie jak 21 lat temu!!) znajduje się piękna bazylika, ale jej również nie odwiedziłam. Udałam się bowiem do małego krużganku po lewej stronie, gdzie na jednej ze ścian znajduje się bardzo ważny fresk – nasza Mater Admirabilis. Posiedziałam z nią chwilę i próbowałam dostrzec coś więcej niż obraz Maryi, łączącej kontemplację z działaniem. To „coś więcej” może dostrzec tylko serce, które w całej historii fresku namalowanego przez naszą kandydatkę jeszcze w czasach św. Magdaleny Zofii, znajduje kawałek siebie.
Miałam też niebywałą przyjemność zobaczyć wczoraj kaplicę stworzoną przez Marko Rupnika w jezuickiej kurii. Jego mozaiki są dla mnie zachwycające za każdym razem. Ta akurat przedstawia scenę Wcielenia i Narodzenia, jedną z kontemplacji w Ćwiczeniach Duchowych św. Ignacego i jej symbolika jest niesamowicie bogata (opis na całą stronę a4!). Podobno jednak komuś nie spodobało się, że w kaplicy nie ma żadnego nawiązania do zmartwychwstania, więc artysta z pewną dozą złośliwości dorobił w jednym z rogów małego kurczaka wykluwającego się z jajka 😉 Nieuchronnie takie sytuacje będą nas w życiu spotykać jeśli będziemy oczekiwali prostych i natychmiastowych odpowiedzi, zamiast szukać ich w rzeczywistości, która jest bardzo skomplikowana, ma zawsze więcej niż jedno dno i przede wszystkim zupełnie nie jest oczywista.
