Magis Dar 2012

Mój magisowy weekend zaczął się już w środę. Pojechałam wcześniej, żeby mieć czas zobaczyć jeszcze trochę Dar es Salaam. Co prawda byłam tam już w 2009, ale w zasadzie tylko wieczorami, więc nastawiona byłam na zwiedzanie dzienne 😉 Niestety okazało się, że poza oceanem w mieście nie ma zupełnie nic wartego zobaczenia. Jedyne co mnie zainteresowało to duży bazar z różnymi obrazami i rzeźbami, gdzie można było zobaczyć warsztat od kuchni. Pierwszy raz widziałam jak wygląda drzewo hebanowe. Okazuje się, że jest ono czarno-białe (w takie ciapki w zasadzie), więc wszystkie znane nam czarne jak smoła figurki to efekt polerowania… pastą kiwi 😉 (prawdziwa najprawdziwsza pasta kiwi :)) Poza tym figurki są misternie rzeźbione przy użyciu dłutek, a potem szlifowane papierem ściernym. W galerii znajdziecie kilka zdjęć.

Podczas zwiedzania przekonałam się też, że nie ma co wierzyć plotkom o Tanzańczykach, że podobno są bardziej życzliwi i sympatyczniejsi. Wsiadając do daladali (tanzański odpowiednik matatu) byłam świadkiem dantejskiej sceny, kiedy ludzie wydrapywali sobie oczy, żeby się dostać do środka, a podobno to jeszcze nie było nawet w połowie tak drastyczne jak bywa.

Sam weekend rozpoczął się w piątek wieczorem. Spotkałam kilku starych znajomych, poznałam dużo sympatycznych ludzi z Dar i jak zwykle owocnie przeżyłam sobotnie spotkania. W ramach tzw. eksperymentu, udaliśmy się tym razem do wioski dla trędowatych. Sam pomysł wywołał we mnie dość silne emocje, bo nie myślałam, że będę miała okazję w życiu zobaczyć jak wygląda najbardziej biblijna choroba. Okazało się, że trąd jest już na tyle wyleczalny, że ostało się tylko kilka osób z powikłaniami w postaci zniekształconych kończyn. Wioska została wybudowana jeszcze przez kolonizatorów i wyraźnie jest  daleko od głównego miasta – na wyspie do której dopływa się promem. Przywodzi to na myśl sceny ludzi wypędzonych daleko od społeczeństwa… Jak zwykle jednak budujące było zobaczyć, że mieszkańcy mimo bardzo poważnego upośledzenia są pogodni, otwarci i wdzięczni za wizytę naszej grupy, której zadaniem, prócz odwiedzin było posprzątanie ich domów.

Popołudniu oczywiście nie mogło się obyć bez wyjścia nad ocean. Plaża była całkiem przyjemna – mocno w klimacie, który pamiętam z Zanzibaru. Woda była tak gorąca, że prawie można było się oparzyć wchodząc do niej 😉 Tym bardziej więc zachęcała do długich kąpieli – Kenijczycy potrafią nie wychodzić z wody przez dwie godziny!

Wieczorem poza dzieleniem, które bardzo owocne, czekał nas wieczór integracyjny gier i zabaw, a po północy odśpiewane mi zostało urodzinowe sto lat 🙂 I niestety trzeba było wracać, spędzając kolejne 16 godzin w autobusie… kolejny weekend magisowy w lipcu – może jeszcze się załapię 😉

Jak zwykle zapraszam do obejrzenia zdjęć.

Informacje o s. Ewa Bartosiewicz RSCJ

Jestem zakonnicą ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa (Sacre Coeur). W 2015 złożyłam swoje pierwsze śluby zakonne i pracowałam jako katechetka w jednym z gimnazjów w Gdyni. Obecnie mieszkam w Poznaniu i zajmuję się duszpasterstwem powołań.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Afryka, Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *