Wczoraj z samego rana posłano nas po dwóch ze specjalną misją do Kibery. To ostatni etap rekrutacji do klas pierwszych – wizyty domowe. Naszym zadaniem było spotkać się z uczniem i opiekunem w jego domu, aby zweryfikować opowieści, jakie przedstawili podczas rozmowy w szkole. Ja i David dostaliśmy listę dwunastu nazwisk. Niestety tylko czterem udało się spełnić najbardziej podstawowy warunek w postaci tego, że uczeń pojawił się, by nas zaprowadzić oraz opiekun był w domu… Resztę będziemy próbowali łapać później, a jeśli się nie uda, niepowtarzalna szansa trafi się komuś z listy rezerwowej.
Slumsy nie zmieniły się ani trochę. Dalej żyją swoim innym życiem, które w jakiś tajemniczy sposób jest mi bliskie. Dzieci bawiące się wśród ton śmieci; panowie w garniturach przeskakujący przez rzeczkę ze ścieków, biegnącą środkiem ulicy; panie sprzedające grillowaną kukurydzę; muzyka dobiegająca z najbliższego salonu fryzjerskiego; wąskie przejścia między tekturowymi domkami, w których po trzech zakrętach już wiesz, że jesteś skazany na swojego przewodnika, bo sam na pewno nie znajdziesz drogi powrotnej…
Przeciętne mieszkanko składa się z łóżka zasłoniętego kotarką i drugiej części, gdzie jest stół, kanapa, mała kuchenka. W większości znaleźć można prąd, więc jest światło w postaci żarówki oraz możliwość podłączenia różnych urządzeń. W co bogatszych znajdziemy telewizor (jego włączenie umożliwia odbiór najnowszych seriali w wersji audio we wszystkich mieszkaniach w promieniu kilkudziesięciu metrów).
Uczniowie, którym udało się dobrnąć do końca rekrutacji są bardzo szczęśliwi. Już w poniedziałek zaczną swoją licealną przygodę. Mają się stawić o 8:00 z plecakiem, czarnymi butami (w 90% szkolne skórzane buty kupuje się tu w Bacie…), z kubkiem, talerzem i łyżką do jedzenia. Teraz mogę im tylko życzyć owocnej nauki 🙂

