Długo już nic nie pisałam… nie dlatego, że nie było o czym pisać i też nie dlatego, że zbyt dużo się działo, by nie było czasu na pisanie. Dni mijają mi na spokojnym cieszeniu się każdą cudowną chwilą życia, jaką Bóg mi podarował. Czasami tylko zadumam się nad tym, że jak się tak dużo dostaje, to powinno się dawać owoc stukrotny, a mi wciąż do tego daleko.
Teraz po raz kolejny dostałam w prezencie wiele więcej niż mogłam sobie zamarzyć – przecudowne dwa tygodnie urlopu spędzone u rodziców, na kajakach i w Bydgoszczy, a zakończone trzydniową salsą 🙂
Pan Bóg jak zwykle pobłogosławił w nadmiarze wyproszonym słońcem (przypomniał mi się wyjazd na narty, kiedy po tym jak modliliśmy się o śnieg, ledwo wyjechaliśmy z Korbielowa, bo było śniegu po pas ;)), mimo przerażających prognoz nie zjadły nas komary, rzeka przynosiła wiele niespodzianek – łącznie z wodospadem po drodze 🙂 a moja DĘBowa rodzina jak zwykle okazała się najlepszym towarzystwem pod słońcem! Nawet ostatni dzień w Darłowie był zaskakująco przemiły w całej mojej niechęci do morza.
Niespodziankom w zasadzie nie było końca – spacerując po Bydgoszczy zupełnie przypadkiem natknęliśmy się na znany wszystkim z demotywatorów mural (bo jak się okazało to nie graffiti ;)), który w rzeczywistości jest naprawdę powalający i nie mogliśmy przestać się nim zachwycać. Oprócz tego okazało się, że nie znamy ani jednej piosenki legendy polskiego blues-rock Kasy Chorych… co zasadniczo nie było przeszkodą 🙂
Nawet powrót do rzeczywistości nie okazał się taki straszny. Po prostu pięknie jest i czegóż chcieć więcej!
