Pokój serca od zaraz

wolfOstatnie dni spędzam znowu w szalonym pędzie między kolejnymi sprawami. Tęsknię za spokojnym czasem na refleksję i odpoczynek. Tęsknię za pokojem serca. Nie lubię kiedy wszystko odbywa się w biegu, ale czasem po prostu tak jest.

Adwentowe czytania wprowadzają nas w okres oczekiwania, który wymaga jednak zatrzymania choć na chwilę. Nie zawsze się to udaje, ale Słowo czytane we wtorek z pewnością mnie zatrzymało.

Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii. Zła czynić nie będą ani zgubnie działać po całej świętej mej górze, bo kraj się napełni znajomością Pana, na kształt wód, które przepełniają morze.

Niby słowa bardzo znane, ale dla mnie zupełnym zaskoczeniem było uświadomić sobie, że to nie słowa Apokalipsy, ale proroka Izajasza! To kopernikańskie odkrycie, bo oto tekst, który zawsze kojarzył mi się z powtórnym przyjściem Jezusa, został napisany jako zapowiedź Jego pierwszego przyjścia. A więc pokój, który utożsamiałam zawsze z życiem wiecznym już nastał 2000 lat temu! Już jest, choć może go nie widać. To pokój, który w sercu ma każdy kto zaufał Jezusowi. Tylko nie wystarczy raz oddać Jemu całego życia. Powtarzając za św. Augustynem – raz wybrawszy ciągle wybierać muszę. Obym wybierała trzymanie się Jezusa w tych najmniejszych najdrobniejszych rzeczach codziennego życia, bo tam właśnie znajdę pokój, w którym wilk zamieszka z barankiem, bo zła nie będzie już. Tego sobie i Wam życzę w tym Adwencie!

A jak się modlić w zabieganiu? O tym na żywo lub później usłyszycie od dwóch przystojnych jezuitów 🙂

Opublikowano Refleksje z życia | Skomentuj

Miłość rodzi się z milczenia

phpthumb-phpOstatnie tygodnie były dla mnie ogromnym zabieganiem. Ciężko było mi złapać oddech wśród bardzo wielu spraw i wydarzeń. Może dlatego tym bardziej dziś chce mi się napisać o milczeniu.

W piątek po raz pierwszy byłam na Wieczorze Modlitwy Młodych. Już po raz dwudziesty w kolejnej parafii na pomorzu spotkało się mnóstwo rozśpiewanych dla Jezusa młodych ludzi. Był czas na uwielbienie, ale był też czas na Adorację i ten drugi był mi bardzo potrzebny na tamten moment. Nie po raz pierwszy miałam wrażenie, że sama obecność Jezusa w Najświętszym Sakramencie po prostu zmienia moje serce. Szukając słów, którymi mogłabym się modlić, wracało do mnie doświadczenie z ostatnich rekolekcji. Przeżywałam wtedy trzeci tydzień ćwiczeń duchowych, w którym rozważa się mękę Jezusa. To były pierwsze moje rekolekcje, gdzie nie padły żadne ważne słowa, nie dostałam żadnej myśli, którą mogłabym sobie zapisać w zeszyciku. Było tylko milczenie. Ale nie milczenie ciężkie, zwiastujące burzę, czy wyrażające niezadowolenie. Milczenie pełne miłości, jak między przyjaciółmi, którzy nie tylko umieją rozmawiać o wszystkim, ale umieją też milczeć.

W piątek świętowałyśmy w Zgromadzeniu wspomnienie św. Filipiny Duchesne, więc była ona mocno obecna w moim sercu. To jest kobieta, która uczy mnie właśnie takiego milczenia. Nie potrzebowała słów, by Indianom głosić miłość Boga. Nie znała ich języka, a jednak stała się im bliska i mnóstwo osób dzięki niej poznało Jezusa i przyjęło chrzest. „Kiedy trwała nieruchoma albo leżała krzyżem przed tabernakulum, zagubiona na modlitwie, Indianie wchodzili ukradkiem do kościoła, obserwowali ją uważnie, a później przybliżali do niej i całowali wytarty rąbek jej sukni albo frędzle jaj starego szala. Dla nich była Quah-kah-ka-num-ad, kobietą, która stale się modli„[1] . Mam wrażenie, że zbyt często modlitwa jest dla mnie wypowiadaniem słów, lub chociaż ich rozważaniem. A modlitwa to bycie, przebywanie ciągle w obecności Boga. I to najlepiej w milczeniu. Nie tylko tym zewnętrznym, ale tym w sercu.

Dziś w Uroczystość Chrystusa Króla widzimy takiego właśnie Jezusa. Nasz król nie wygłasza orędzia do narodów, nie grzmi, że musimy być silni i że On nam zapewni zwycięstwo. Nasz król wisi na krzyżu i w milczeniu przyjmuje na siebie wszelkie możliwe obelgi i zniewagi. Mateusz napisał o Jego procesie: „Wtedy powstał najwyższy kapłan i rzekł do Niego: «Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciwko Tobie?» Lecz Jezus milczał.” (Mt 26, 62-63). To jest właśnie milczenie miłości, w którym On się modli za swoich oprawców. To jest milczenie pełne królewskiego majestatu. Jeśli w czymkolwiek chcę dziś naśladować Jezusa jako króla to w takiej właśnie postawie.

Dziś myślę, że chociaż „wiara rodzi się ze słuchania” (Rz 10,17), to miłość rodzi się z milczenie. Z bycia w bliskości zupełnie bez słów.

[1] Louise Callan rscj, św. Filipina Duchesne – Misjonarka Najświętszego Serca, str. 364

Opublikowano Sacre Coeur, Spojrzenie na Boga | Skomentuj

Filipina i Wielki Duch

filipinaŚwięta Filipina jest dla mnie niesamowicie inspirująca. Bardzo chciałam Wam o niej trochę napisać, ale gonitwa tego tygodnia niestety mi w tym przeszkodziła. Dziś więc tylko dwa słowa. Filipina przez wiele lat czekała na to, by pojechać do Indian i mogła być z nimi tylko przez rok, nie mogąc się nauczyć ich języka, a jednak oni ją zapamiętali i widzieli w niej świętą.

Zostawiam Was z wierszem, który ci właśnie Indianie napisali po jej śmierci. Jest po prostu piękny!

MODLITWA INDIAN POTOWATOMI NA WIEŚĆ O ŚMIERCI FILIPINY

Wielki Duchu, oto idzie ku tobie.
        Wkrótce przybędzie.
        Umocnij jej ducha i czuwaj nad jej drogą.
        Pozwól, by nasze trawy szeptały o jej przybyciu do ciebie,
        by fale Missisipi śpiewały o jej powrocie.
        Pokaż tego ranka kolory wszystkich kwiatów
        czterech pór roku.
        Niech zakwitną razem na jej cześć.
        Niech kos wygwizduje wszystkie uczucia naszych serc.
        Jesteśmy smutni; była naszą siostrą.
        Jesteśmy także szczęśliwi: jest twoim dzieckiem.
        Jesteśmy zmartwieni; odległość nie pozwala nam
        narzucić okrycia na jej ramiona.
        (Nauczyła nas tkać, a patrząc nań, myśmy nauczyli się modlić).
        Spraw, by słońce rozbłysło nad jej serdecznością,
        a pełnia księżyca przypominała godziny,
        jakie spędziła na modlitwie w tym namiocie.

        Nasza wieś będzie się modliła całą noc.
        Na jej cześć wódz zarządził post do jutra.
        Będziemy się modlić w namiocie, który do niej należał,
        za nasze dwa narody i za wszystkie miejsca na mapie świata,
        którą nam pozostawiła w spuściźnie.
        Stworzycielu, wysłuchaj naszą modlitwę za nią,
        za te łąki, drzewa i rzeki, za dalekie góry
        i za strumień, z którym płyną nasze łzy.
        Wysłuchaj próśb za nasze dzieci,
        niechaj pamiętają, czego je nauczyła.
        A podczas księżycowych nocy niechaj powtarzają jej imię,
        imię największe pośród twoich wybranek.

Opublikowano modlitwa, Sacre Coeur | Skomentuj

Miłosierdzie stosowane

rok-milosierdziaWielkimi krokami zbliża się nieubłaganie koniec jubileuszowego roku miłosierdzia. Dla niektórych to z pewnością był rok bardzo wyjątkowy, przełomowy. Dla innych, podobnie jak dla mnie był po prostu kolejnym rokiem przeżytym w Bożej łasce i wcale nie innym niż poprzednie. Takie jednak końcówki jak ta pobudzają mnie do refleksji i zmuszają do spojrzenia na moje serce i zmierzenia się z samą sobą w tym temacie.

W zeszłym tygodniu w naszej parafii mieliśmy doskonałe rekolekcje właśnie na zakończenie roku miłosierdzia. Głosił je zacny misjonarz miłosierdzia wyznaczony przez samego papieża – o. Rafał Sztejka. Wiele słów mnie poruszyło, ale zostały przede wszystkim te o tym, że chrześcijanin to misjonarz, że mamy naszym życiem głosić miłość Boga. Szczególnie został mi w sercu obraz Mateusza, którego Jezus znajduje w jego komorze celnej i wcale nie pyta o nawrócenie, o wyjście z grzechów, ale patrzy na niego z taką miłością, że Mateusz jest po prostu pociągnięty ku dobru i miłości. Chcę tak ludzi prowadzić do Boga! Przez takie właśnie spojrzenie.

Wczorajszy dzień miał bardzo fajnego patrona. Święty Marcin, z tego co wyczytałam, był pierwszym ogłoszonym świętym, który nie był męczennikiem. Oznacza to, że w tym czasie Kościół zaczął zmieniać akcenty z tego, by dla Boga umierać, na to, by dla Boga żyć. To bardzo ważne, bo od tamtej pory świętość to nie jakieś wielkie heroiczne decyzje, ale zwykłe, najzwyklejsze życie miłosierdziem na co dzień. Świętemu Marcinowi objawił się Jezus ubrany w płaszcz, który poprzedniego dnia podarował potrzebującemu. Z czym jutro mógłby się nam objawić Jezus? Co jest symbolem naszego bycia dla drugiego?

Może warto jeszcze w tym tygodniu rzutem na taśmę skorzystać z łaski roku jubileuszowego. Nie tylko po to, by szukać miłosierdzia u Boga, ale może przede wszystkim by szukać go w sobie. Jest milion sposobów by to uczynić. Ostatnio usłyszałam o dwóch, którymi się z Wami dzielę: Możesz coś zrobić od serca dla konkretnego potrzebującego  lub ofiarować swoją modlitwę w konkretnej intencji.

Niech czułość, do której jesteśmy nieustannie zapraszani przez papieża Franciszka, będzie w nas obecna nie tylko od święta i z okazji jubileuszu. Niech przepełni nasze serca na całe życie!

Opublikowano Refleksje z życia | Skomentuj

Zdobyta przez Jezusa

foto_07629c74154e7d4dbeb4a8ec858aa10_orgDzisiaj w naszej jezuickiej parafii obchodzimy specjalne święto – wszystkich świętych i błogosławionych jezuitów. Z tej okazji przeczytaliśmy inne niż przewidziane na dziś czytania, a pierwsze z listu św. Pawła jest po prostu genialne:

„Bracia: Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznałem to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim – nie mając mojej sprawiedliwości, pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwość pochodzącą od Boga, opartą na wierze – przez poznanie Jego: zarówno mocy Jego zmartwychwstania, jak i udziału w Jego cierpieniach – w nadziei, że upodabniając się do Jego śmierci, dojdę jakoś do pełnego powstania z martwych. Nie mówię, że już to osiągnąłem i już się stałem doskonałym, lecz pędzę, abym też to zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa. Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już zdobyłem, ale to jedno czynię: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie.” Flp 3, 8-14

Jest tu kilka wątków arcyważnych! Pierwszy to sprawiedliwość i prawo. Paweł mówi, że sprawiedliwość już nie pochodzi z Prawa, ale jest Bożą sprawiedliwością pochodzącą z wiary. Ostatnio prowadząc różne dyskusje odnośnie tego co jest grzechem a co nie, ciągle rozmijam się z tymi, którzy wszystko tłumaczą prawem. Dla nich sprawy wydają się proste – łamiesz prawo Boże, więc grzeszysz, a zatem jesteś odłączony od Boga. Miłość, jak mówi Jezus, jest wypełnianiem prawa. Bardzo dużo tu jednak zależy od tego jak rozumiemy prawo. Boża sprawiedliwość to nie przepisy, choćby najświętsze, objawione przez samego Boga. Boża sprawiedliwość to miłość i wiara, to szukanie dobra, to miłosierdzie! Jeśli nie umiem pochylić się nad bliźnim i nie próbuję zrozumieć skąd bierze się łamanie przez niego prawa, to nie ma we mnie Bożej sprawiedliwości, jedynie faryzeizm i osądzanie…

Druga bardzo ważna kwestia, to bycie zdobytym przez Boga. Paweł mówi, że pędzi, by dojść do pełnego powstania z martwych, bo sam został zdobyty przez Chrystusa Jezusa. To jest dla mnie kluczowe w naszej wierze. Nikt nie jest w stanie żyć prawdziwą miłością, jeśli najpierw nie zostanie zdobyty przez Jezusa. Bóg nas zdobywa podobnie jak mężczyzna zdobywa kobietę. Daje jej wszystko co uważa za najlepsze, trudzi się żeby ją zaskoczyć, idzie na koniec świata by pokazać jak bardzo ją kocha. Bóg też tak się stara. Szuka sposobów, by robić nam w życiu niespodzianki, by udowodnić nam, że tak dużo dla Niego znaczymy. Jeremiasz mówił: „uwiodłeś mnie Panie miłością, a ja dałem się uwieść”. Dopóki tego nie zauważymy, dopóki nie pozwolimy się Jezusowi zdobyć, nie będziemy potrafili zacząć żyć naprawdę dla Niego. Zawsze znajdzie się coś ważniejszego, ciekawszego, bardziej atrakcyjnego. Kiedy jednak pozwolimy się uwieść i rzucimy się Bogu w ramion, wtedy wszystko stanie się proste, jak proste jest bycie blisko kogoś, kim się zachwycamy. Dziś dziękuję Bogu za to, że zdobył moje serce i za to, że chcę, by ciągle je zdobywał.

I jeszcze trzeci wątek. Patrzenie w przyszłość. Paweł nie chce się oglądać na to co było, ale wciąż patrzy do przodu. Ci, którzy kiedykolwiek wspinali się nad przepaścią, wiedzą, że nie wolno oglądać się za siebie, bo ten widok może nas sparaliżować. Wzrok trzeba mieć utkwiony w górze, tam gdzie cel naszej podróży. W naszym życiu wiele z naszej przeszłości może nas przerazić. Możemy się poczuć niegodni stawania przed Bogiem w obliczu wielu błędów, jakie popełniliśmy, ale On zawsze znajduje nas w momencie, w którym jesteśmy i mówi nam: „patrz do przodu”. Przyszłość jest zawsze pełna nadziei, bo tam jest Dobry Bóg. Nie ma dla Niego nic niemożliwego. Biegnijmy więc razem z Pawłem do naszej mety. I zabierajmy innych ze sobą!

Opublikowano Refleksje z życia | 2 komentarze

Świętość zwyczajna

el_grecoRaz na jakiś czas jak jest mi ciężko i czuję się osamotniona w swojej walce z codziennymi trudami, mam taki przebłysk świadomości obcowania świętych. Przez chwilę dostrzegam tych wszystkich, którzy już odeszli i którzy z całych sił kibicują mi, bym również zrobiła jak najlepszy użytek ze swojego życia. Wyobrażam sobie też wtedy, że kiedyś tam w Niebie zasiądziemy razem i wypijemy jakąś niebiańską herbatkę. Przypominam sobie o świętych, którzy mieli duży wpływ na mnie w różnych momentach życia: św. Ignacy, św. Magdalena Zofia, św. Teresa Wielka, św. o. Pio, dwóch św. Franciszków, św. Filipna… i wielu innych. Oni nie są tylko dla nas wzorem. Oni są obecni!

Wiele ostatnio z uczniami rozmawiam o świętych patronach, chociażby tych z bierzmowania i o tym, że oni szczególnie wspierają nas z góry. Jakoś przy tej okazji mi osobiście zrobiło się trochę przykro. W końcu jako Ewa mam poprzedniczkę z dosyć niechlubną przeszłością i choć miło mieć imię po pierwszej kobiecie, jednak niewiele odnajduję w jej życiorysie wzorców do naśladowania. Była też jedna błogosławiona Ewa, ale odkryła w sobie powołanie do zamurowania się w małym pomieszczeniu z kratą… a to nie do końca moja wrażliwość. Na drugie imię mam Maria, więc to patronka najwyższej klasy i najświętsza pośród ludzi, ale przez to też jednak nieco onieśmielająca ze swoim niepokalanym poczęciem. Została mi więc patronka z bierzmowania. Historia z nią jest dosyć zawiła. Pierwotnie miała być Wiktoria (zdecydowanie wstydzę się przyznać dlaczego akurat Wiktoria ;)), ale katechetka powiedziała, że nie ma takiej świętej (co zresztą nie jest prawdą…) i stanęło na Weronice.

Niestety św. Weronika też nie wydawała mi się do niedawna rewelacyjną patronką. Problem bowiem taki, że nie istnieje (o tym już chyba moja katechetka nie wiedziała) – jest ona wytworem tradycji z IV w – dopiero wtedy zaczęto mówić o kobiecie, która otarła twarz Jezusowi podczas drogi krzyżowej. Jej imię pochodzi od słów vera eikon („prawdziwy wizerunek”). Przez jakiś czas byłam więc zawiedziona, że tak naprawdę nie mam się do kogo zwracać… aż nagle mnie olśniło!

Może to właśnie w roku miłosierdzia dane mi było sobie uświadomić, że skoro moja patronka Weronika nie istnieje, to jest symbolem tych milionów zwyczajnych anonimowych świętych, którzy nie zostali wyniesieni na ołtarze, nie mają swojego wizerunku, spisanego życiorysu i święta w kalendarzu. Teraz jednak cieszą się wieczną radością, bo przeżyli swoje życie w przyjaźni z Jezusem, szukając dobra i będąc miłosiernym człowiekiem, który ulitował się nad cierpiącym bliźnim, nie uważając tego za wielki heroizm, ale za coś najbardziej zwyczajnego.  Może wśród takich świętych jest moja Babcia, mój Wujek, sąsiadka z klatki obok. Świętość nie polega na wielkich dziełach, wręcz odwrotnie, polega na całkowitym przyjęciu swoich słabości i pozwoleniu by Bóg w nas działał bez przeszkód. Święta Weronika stała się więc dla mnie patronką niezwykłą, bo pokazującą, że świętość naprawdę jest dla każdego, taka bliska, na wyciągnięcie chusty…

Opublikowano Refleksje z życia | 4 komentarze

Zakazywać czy rozgłaszać?

noc_horrorow-1Dla mnie definicją chrześcijańskiej misji jest głoszenie Chrystusa w każdym możliwym miejscu. Szczególnie tam gdzie panuje ciemność, zło i brak miłości. W dzisiejszym czytaniu Paweł zdaje się mówić dokładnie o tym samym: „Że na wszelki sposób rozgłasza się Chrystusa, z tego się cieszę i będę się cieszył.” Dlatego tak bardzo dziwią mnie coroczne akcje w stylu „nie świętuję halloween, świętuję wszystkich świętych”, bo to absolutnie nic nie wnosi. Dla mnie zawsze pytaniem jest jak możemy pozytywnie wejść w to co współczesną popkulturą (która zawsze jakaś była, jest i będzie), aby tam głosić to co jest dla nas najwyższą wartością.

Wczoraj byłam na wieczorze filmowym w moim gimnazjum i postanowiłam przynieść własną dynię, na której wyryłam napis „Jezus żyje”, a sama pośród wiedźm i wampirów wystąpiłam w stroju anielskim. Kompromis ze złem? A może bardzo konkretny pomysł na realizację Pawłowej zachęty? Myślę, że zamiast zabraniać dzieciom zbierać cukierki, można uczynić ich orędownikami Jezusowego światła i np. przebrać za jakąś pozytywną postać. Myślę, że zamiast przepędzać przebrane dzieci, które nas odwiedzą, można im do cukierka dołożyć jakiś pobożny obrazek świętego (co zresztą zrobiła kiedyś jedna z moich współsióstr!). Bądźmy kreatywni i pokazujmy dobro!

Dzisiejsze czytanie mówi też dalej o czymś, co osobiście jest dla mnie kluczowe w myśleniu o śmierci. „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk.” Myślę, że to powinno być wyznacznikiem naszego podejścia do śmierci i do zmarłych. Jezus zwyciężył śmierć i uczynił z niej tylko bramę do naszej wieczności. Nie ma tam dla nas nic strasznego. W naszej polskiej tradycji zamieniliśmy radość z pięknego życia świętych i naszych bliskich na „zadumę” nad grobami. A może warto po prostu poświętować z tymi, którzy już odeszli, bo wszak wierzymy, że są pośród nas i chcą nam pomagać dochodzić do naszej świętości. Z racji moich nauk hiszpańskiego widziałam wczoraj uroczą kreskówkę o dniu zmarłych w meksykańskiej tradycji – chyba bym się tam odnalazła 🙂

Uczmy się być mądrzy, głosząc Dobrą Nowinę wszędzie bez wyjątków. Możemy zakazywać, mówić, że złe, straszyć i ostrzegać, ale jeszcze nigdy nie słyszałam, by dzięki temu ktoś się nawrócił… możemy też być kreatywni i w każdych warunkach głosić Zmartwychwstanie – dzięki temu to już i owszem!

 

Opublikowano Refleksje z życia | 9 komentarzy

Bóg o mnie zapomniał?

14666272_1153504741352285_6254697624283260923_nZ wielką radością dzielę się z Wami wydarzeniem wtorkowym w DA Winnica w Gdańsku. Na spotkaniu wspólnoty św Ignacego będę miała okazję powiedzieć nieco o Bogu dalekim, niedostępnym, przyczajonym jak tygrys i ukrytym jak smok. Podzielę się tym co już odkryłam i mam nadzieję, że zechcecie wyruszyć ze mną na dalsze poszukiwania, które nie do końca sama wiem gdzie nas doprowadzą. Z pewnością jednak do źródeł 🙂 Proszę o modlitwę, by Duch Święty był mocno z nami!

Wtorek – 20:00 modlitwa, po niej konferencja.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Heroiczna wdzięczność

dar-y-recibirDzisiejsza Ewangelia przypomina nam o wdzięczności. Jezus uzdrawia 10 trędowatych, ale tylko jeden wraca, żeby podziękować. „Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec.” Zastanawiałam się kiedyś jak skończyli ci pozostali, którzy nie podziękowali, czy choroba do nich wróciła? Jestem przekonana, że nie. Nasza wdzięczność nie jest potrzebna Bogu, ona jest potrzebna nam samym. Bo wdzięczność zmienia nasze patrzenie na świat – zamiast zła, zaczynamy dostrzegać dobro. Myślę, że cała dziesiątka nadal cieszyła się dobrym zdrowiem, ale tylko jeden zdołał uzdrowić coś ważniejszego – swoją duszę. Może to właśnie dlatego na końcu Jezus powiedział do niego: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Jego wiara, że ktoś mógł dokonać niemożliwego, przemieniła jego serce.

Jak pokazuje ta krótka historia, tak ciężko nam być wdzięcznym nawet wtedy gdy w naszym życiu dokonują się cuda. A ja wierzę, że człowiekiem prawdziwie szczęśliwym może być tylko ten, kto umie dziękować w każdej możliwej sytuacji. Nawet wtedy gdy doświadcza zła i niesprawiedliwości, potrafi odnaleźć iskierki dobra, za które umie podziękować.

Z ogromnym niepokojem i smutkiem obserwowałam przez ostatnie tygodnie debatę o ustawie mającej zaostrzyć przepisy antyaborcyjne. Obie strony obrzucały się błotem w imię wolności i prawa do życia, różnie rozumianych. Najgorsze, że jak zawsze przy takich dyskusjach, nastąpiło całe mnóstwo uproszczeń i przekłamań. Chcę wierzyć, że każda ze stron walczyła o jakieś dobro, a nie tylko o swoje dobre samopoczucie i wygraną sprawę, ale wyszło jak zawsze i skończyło się skłóceniem wszystkich ze sobą. Dla mnie największe dobro zadziało się niejako przy okazji, bo dostrzegłam ludzi, którzy żyją wdzięcznością i to nie byle jaką, ale heroiczną.

W tle pojawiło się przypomnienie o tysiącach rodziców, którzy w zaciszu swojego domu, bez blasku kamer, dają całe życie swoim niepełnosprawnym dzieciom. To jest właśnie heroiczna wdzięczność za życie, które zostało im powierzone. Miałam też okazję przeczytać historię kobiety, która doświadczyła największej tragedii, jaką jest gwałt i potrafiła z niewyobrażalnego zła wydobyć dobro. Postanowiła urodzić dziecko i powiedziała: „Mnie skrzywdzono, nie uchroniono, ale ja nie pozwolę, aby ktokolwiek skrzywdził Ciebie! Będę z Tobą zawsze. Twoja mama.”  To jest heroiczna wdzięczność.

Nie myślmy jednak, że wdzięczność czy inny heroizm można komukolwiek narzucić. Możemy kogoś zmusić, by powiedział „dziękuję”, żeby się uśmiechnął, ale nie zmusimy do wdzięczności. Dlatego jedyne co możemy zrobić, to dawać przykład takiego heroizmu. Szukać Boga i dobra wszędzie – w największym bagnie, pośród największej wojny, na najdalszych peryferiach i może dziś szczególnie w tych, którzy myślą inaczej.

Opublikowano Refleksje z życia | Skomentuj

Los pielgrzyma

img_1283Dzisiaj w Ewangelii pada zdanie, które bardzo lubię: „Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć.” Może brzmieć to trochę jak wyrzut i użalanie się Jezusa nad swoim losem. A jednak można to odebrać bardzo pozytywnie, bo to co dla jednych jest bezpieczną przystanią, dla innych jest ciasnym portem, w którym warto się zatrzymać tylko na chwilę, by zaraz dalej ruszyć w drogę. Często lubię przypominać sobie słowa św. Katarzyny ze Sieny, która mówiła: „Życie jest mostem. Przejdź przez nie, ale nie buduj na nim swojego mieszkania”.

Jutro, w święto Archaniołów, miną dokładnie cztery lata od kiedy moja stopa stanęła w Pobiedziskach i rozpoczęłam moje życie zakonne. (Jak ktoś chce może sobie poczytać jak to wyglądało 🙂) Te cztery lata były bardzo piękne z różnych względów, ale dziś szczególnie jestem wdzięczna za to życie pielgrzymie. Nie będę miała co prawda swojego domu z ogródkiem i nie pomaluję kuchni na ulubiony kolor, ale też nigdzie nie zapuszczę korzeni na tyle, by stało się to ciężarem. Nie zawsze takie życie jest łatwe, bo często przyjdzie nam zmieniać wspólnotę i miasto właśnie wtedy kiedy zdążymy wszystko poznać, wdrożyć się w misję, zaprzyjaźnić z sąsiadami… ale właśnie to jest najlepszy czas, by przypomnieć sobie, że nasz dom jest gdzieś dalej, że życie jest drogą, że Bóg jest wszędzie. Uwielbiam wyzwania, które niesie za sobą „nowe” i nie przestają mnie one fascynować, nawet jeśli są trudne.

Wiem, że mając rodzinę ciężko żyć życiem pielgrzyma. Ideałem ewangelicznym na pewno nie jest ciąganie dzieci po świecie i kazanie im co chwilę zmieniać szkoły… ale warto pomyśleć czy nasze serce jest ciągle w drodze, czy szuka ciągle okazji, by bardziej kochać, by uczyć się na nowo patrzeć na świat. Bo właśnie do tego zaprasza Jezus – by nie oglądać się wstecz i zmierzać śmiałym krokiem do świętości.

Opublikowano Refleksje z życia | 2 komentarze