Złodzieje czasu

czas-godzina-zegarekU nas w parafii już trzeci dzień świętujemy razem ze św. Stanisławem Kostką, naszym patronem. Z tej okazji wczoraj dzieci wystawiały przedstawienie pt.: „Złodziej czasu”. Fabuła była dosyć prosta o tym, że czas zabierają nam nieznaczące rzeczy, a brakuje go nam na relacje. Ja wielokrotnie łapię się na tym, że hierarchia wartości mojego zwyczajnego dnia nie odzwierciedla wcale tego co byłoby moim ideałem. Wcale więcej mojego czasu nie poświęcam na to co uważam za ważne.

W ostatnim czasie towarzyszy mi fragment naszych konstytucji, który dotyczy tego etapu formacji na jakim się znajduje, czyli po ślubach czasowych. „Młoda profeska styka się z nową sytuacją: życia apostolskiego otwartego na świat. Ilość i różnorodność wezwań dostrzeganych w zetknięciu z problemami i potrzebami odkrywanymi poprzez kontakty i przyjaźnie, stawiają ją wobec konieczności dokonywania wyborów. Będzie je podejmować zgodnie ze swoją konsekracją. W ten sposób uczy się żyć w świecie nie będąc ze świata.” Myślę, że to cenna wskazówka nie tylko dla zakonnic. Każdy z nas powinien decyzje podejmować zgodnie ze swoim powołaniem – czy to będzie matka czy ojciec, czy pracownik, student, uczeń. Każdy uczeń Chrystusa ma żyć w świecie, ale jednocześnie cały czas patrzeć w Niebo. W tej perspektywie naprawdę nie ma czasu na głupoty, bo tak wiele dobra jest do zrobienia! Może warto dziś sobie uświadomić, że złodziejem naszego czasu nie jest jakaś zewnętrzna siła, ale my sami – kradniemy sobie czas naszymi własnymi wyborami. Bardziej lub mniej świadomymi.

Patron dzisiejszego dnia nie był przykładem grzecznego ułożonego chłopca. Z pewnością jednak nie szczędził czasu na to ważne. Podjął wielkie ryzyko, uciekając z domu, by wstąpić do jezuitów, przeciwstawił się rodzicom i oczekiwaniom jakie mieli wobec niego. Ruszył piechotą z Wiednia do Rzymu żeby iść za tym co podpowiadało mu serce. My nie koniecznie musimy daleko uciekać, ale może czasem taka postawa jest nam potrzebna, kiedy trzeba wybrać to co najważniejsze i nie zrobić czegoś co inni od nas oczekują. Może trzeba się na chwilę schować przed światem i spotkać się z Jezusem aby nabrać siły na dalsze działania? Może trzeba jeszcze raz spojrzeć na listę spraw i zobaczyć co na niej naprawdę zmieni świat, a co jest tylko dodatkiem? Do tego namawia nas też dzisiejsza Ewangelia – byśmy byli tak samo sprytni, kiedy chodzi o sprawy Boże, jak potrafimy być gdy chodzi o znalezienie chwili na nasze ulubione zjadacze czasu.

Opublikowano Refleksje z życia | 3 komentarzy

Po owocach poznacie

plik552b8a7720504Dzisiejsza Ewangelia zdaje się być trudna. To jeden z tych momentów, kiedy wydaje mi się, że Bóg dzieli ludzi na dobrych i na złych: „Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło.” A przecież każdy z nas jest grzesznikiem, a jednocześnie każdy z nas jest odkupiony Krwią Jezusa. Jak można więc dzielić na dobrych i złych? Pośród rozważań odnośnie tego kto mógłby być uznany za „dobre drzewo” przynoszące „dobre owoce”, nagle coś zrozumiałam. Przecież to nie jest jakiś socjologiczny opis społeczeństwa i klasyfikacja ludności, to jest Pismo Święte! A ono zawsze ma dla nas dwa przekazy – mówi nam coś o Bogu i mówi nam coś o nas samych. Z tej perspektywy wszystko nabrało innego sensu.

Jezus nam mówi, że „Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc, ani złym drzewem to, które wydaje dobry owoc”. O Bogu mówi nam to tyle, że skoro Bóg jest czystym dobrem, a Szatan czystym złem, to nie dajmy się zwieść podpowiedziom, które sugerują, że z Bożych planów mogą wynikać jakieś niedobre konsekwencje, albo co gorsza, że z szatańskich zamiarów może wyjść jakieś dobro. Dokładnie to próbuje nam wmówić świat prezentując co chwila coś co jest „grzechu warte”. Jasne, że to tylko chwyt reklamowy, ale ta mentalność w nas się zakorzenia. Możemy być pewni, że jeśli nawet w małej sprawie świadomie wybierzemy zło, bo jest lekkie, łatwe i przyjemne, to prędzej czy później zło do nas powróci.

Ta Ewangelia mówi nam też coś o nas samych. Jeśli nasze życie przynosi dobre owoce, to znaczy, że nasze serce jest dobrym drzewem, zakorzenionym w Miłości (nawet jeśli nie nazwiemy jej wprost Bogiem). Jeśli jednak z jakiegoś powodu owoce naszych działań są złe, to nie szukajmy przyczyn w niewłaściwym nasłonecznieniu, zanieczyszczeniu powietrza i zżerających nas robakach. Coś jest nie tak z naszymi korzeniami. One się same nie psują – może kiedyś doznały porażenia piorunem i nie umieją się odrodzić, może jest w nich zbyt dużo lęku, by swobodnie się rozrastać, a może nie chcą podjąć wysiłku, by dokopać się do źródeł Żywej Wody.

Ja mam dziś zaszczyt być w Markach i nagrywać Festiwal młodych talentów Marki.Fm. Warunkiem wzięcia udziału w Festiwalu były teksty, które promują pozytywne wartości, które skupiają się na dobru. To okazja dla młodych ludzi, by rozwijać talenty i zapuszczać korzenie w dobrą stronę!

Zróbmy dziś przegląd naszych owoców. Jeśli są dobre – podziękujmy Bogu za odżywcze soki, którymi nas poi każdego dnia i ucieszmy się zdrowymi korzeniami, które mogą dawać życie. Jeśli owoce są złe, to spójrzmy na nasze korzenie – czym je karmimy, jaką dajemy im przestrzeń. Przede wszystkim jednak wzywajmy najlepszego dendrologa, specjalistę od leczenia wszelkich chorób – samego Jezusa.

Opublikowano Refleksje z życia | Skomentuj

Miłość ponad prawdą

8836598-boska-florence-900-476Przynależność do Chrystusa zobowiązuje do tego, by poszukiwać prawdy i by świadczyć o niej w naszym życiu. W imię prawdy można poświęcić wiele, aż do wymiaru męczeństwa. Prawda jest ważna i udowadnia to sam Jezus, mówiąc, że On jest Prawdą. Chrześcijaństwo nie pozwala nam się zadowalać namiastkami i podróbkami, każde nam szukać prawdziwej miłości, prawdziwego szczęścia i prawdziwej wolności. Często bardzo różnych od tego co proponuje nam świat.

Wczoraj wspólnotowo wybrałyśmy się do kina na film „Boska Florence”. Jest to mistrzowskie dzieło nie tylko ze względu na genialną grę Meryl Streep czy szarmancki uśmiech Hugh Granta. Jest tam mnóstwo wątków, które zostawiają pytania w sercu. Tytułowa Florence to marzycielka całkowicie pozbawiona głosu, która jednak bardzo chce śpiewać. W osiągnięciu tego marzenia pomagają jej ogromne pieniądze, które sprawiają, że wiele osób prawi jej fałszywe komplementy, ale przede wszystkim piękny świat, w którym ona jest najwspanialszą śpiewaczką, kreuje jej oddany całym sercem mąż. Możemy mieć wiele wątpliwości co do czystości intencji bohaterów i co do tego czy cała taka farsa nie jest właśnie godzeniem w prawdę, w piękno, w doskonałość… Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że jest coś większego od prawdy i tą wartością jest miłość.

Dzisiaj w Ewangelii złe duchy mówią nam największą prawdę jaka jest na ziemi. Mówią do Jezusa: „Ty jesteś Syn Boży”. Jezus wcale ich za to nie chwali, wręcz przeciwnie – gromi je i nie pozwala im mówić. Może więc nie każda prawda jest dobra, a nie każde kłamstwo jest złem? Pewnie bardzo łatwo zarzucić mi relatywizm, ale wcale nie o to mi chodzi – bo tak naprawdę, to granica między prawdą a kłamstwem nie zawsze przebiega wzdłuż naszych słów i czynów, ale znajduje się w naszym sercu. Jeśli wypowiadamy prawdę po to by skrzywdzić drugiego człowieka, to przestaje ona być prawdą, bo przeciwstawia się miłości. To nasze serce wie jaką mamy intencję.

Ósme przykazanie w tym kontekście brzmi bardzo dosadnie – nie kończy się na stwierdzeniu: „nie mów fałszywego świadectwa”, ale dodaje jeszcze „przeciw bliźniemu swemu”. A co jeśli mówię coś fałszywego na jego korzyść? Czy można z miłości kogoś oszukiwać? Odpowiedź z pewnością jest złożona i nie ma tu gotowej recepty. Najważniejsze jednak wydaje się pytanie, czy naginamy prawdę dla naszej własnej wygody, czy może wręcz przeciwnie – narażamy własne dobre imię po to by bronić kogoś z miłości.

Pomyśl więc dwa razy zanim coś wypowiesz. I nie zastanawiaj się najpierw „czy to prawda?”, ale zastanów się „czy będzie z tego dobro?” i „czy mówię to z miłości?”. Wydają się to być o wiele ważniejsze pytania.

Opublikowano Komentarz | 4 komentarzy

Chodź i zobacz

202144_dzieci_bieg_drogaTak się jakoś stało, że w ostatnich dniach DEON odświeżył mój artykuł sprzed roku na temat mitów zakonnych, gdzie dzielę się stereotypami na temat zakonnic i odkrywaniem prawdy w moim Zgromadzeniu. Niespodziewanie artykuł znowu stał się popularny i nawet kilka osób napisało do mnie z pytaniami po jego przeczytaniu. Chcę się tym dzielić, jeśli tylko mogę, bo wiem, że wiele osób ma skrzywiony obraz zakonnego życia, ale też wiem, że to nie wszystko. Myślę dziś o słowach Filipa z wczorajszej Ewangelii: „chodź i zobacz”. Świadectwo jest ważne, ale to za mało. Nie można nikomu wytłumaczyć jak jest w zakonie. Trzeba przyjść i zobaczyć.

Widziałam ostatnio filmik, na którym (zakładam, że szanowany) naukowiec tłumaczy z wielkim przekonaniem w głosie, że przecież każda religia to prymitywny wymysł człowieka by wytłumaczyć to co niewytłumaczalne. Brzmiało to jak przyrównanie osób wierzących do jaskiniowców. I można temu człowiekowi wysłać listę fizyków, noblistów, odkrywców i geniuszy, którzy badając wszechświat stwierdzili w pewnym momencie, że to wszystko musiał stworzyć ktoś Większy, ale nie sądzą by to przekonało nieprzekonanych. Myślę, że nie można nikogo przekonać o istnieniu Boga. Można tylko powiedzieć: „chodź i zobacz”. Bo Boga trzeba spotkać.

Jak się odkryje coś fantastycznego w życiu, to naturalne jest, że chcemy się tym dzielić. Staram się pisać o tym co znajduję, by inni mieli bliżej, by nie musieli tyle szukać. Dziś jednak zaczynam zauważać, że to nie jest najważniejsze, bo każdy ma inną, zupełnie unikalną drogę i musi nią przejść sam, bez skrótów. Najważniejsze jest nasze własne doświadczenie, bez którego wszystko będzie tylko teoretycznym rozważaniem. Chcesz spotkać Boga? Usłyszałeś/aś już Jego głos i chcesz iść za Nim do końca? Chodź i zobacz.

Opublikowano Spojrzenie na Boga | Skomentuj

Trening gibkości

narrowdoorDziś pytają Pana Jezusa o to, czy tylko nieliczni będą zbawieni. Jego odpowiedź może wydawać się nawet nie na temat, bo w tym miejscu odpowiada, że mamy się starać wejść przez ciasne drzwi. Jakby chciał nam powiedzieć: „nie martw się o liczby, Ja mam miejsce dla każdego – nie każdy jednak zdoła przez te drzwi przejść”. Co zrobić, żeby się zmieścić? Jedno o czym trzeba pomyśleć, to by nie być za tłustym z całym swoim dobytkiem materialnym, duchowym, intelektualnym. O tym pisał niedawno o. Piotr – musimy dbać o zdrową linię. Drugie, co nam potrzeba to gibkość. Dzieci są gibkie z natury, więc przebiegają przez bramę bez problemu, my jednak musimy ją odzyskiwać przy pomocy regularnego treningu. Podobnie jak olimpijczycy przez długie lata muszą ćwiczyć, zapierać się siebie, dbać o dietę i wiele godzin spędzać na treningach, podobnie i w życiu duchowym bez tego wszystkiego się nie obejdzie.

Gibkością jaką chcemy osiągnąć jest wydoskonalenie się w miłości. Pan Jezus mówi, że do Królestwa nie wejdą ci, którzy dopuszczają się niesprawiedliwości, czyli tacy, którzy nie potrafią kochać każdego. Nie wystarczy, że będziemy kochać najbliższych, albo co gorsza jedynie siebie. Jeśli chcemy być gibcy, to mamy kochać każdego, nawet nieprzyjaciół. To nie jest łatwe, wymaga więc treningu, a trening oczywiście jest najlepszy, kiedy uczymy się od samego Mistrza, naszego Boga, który sam jest Miłością. Dlatego właśnie czas na modlitwę jest nam tak potrzebny. To nie chodzi o to, żeby odhaczyć kolejne godziny wypowiadania formułek, które Pan Bóg notuje i podlicza, ale o to, żeby ten duchowy trening przynosił nam duchowe efekty w postaci większej miłości.

Dziś rano na Eucharystii słyszałam pieśń, której część brzmi: „będziemy adorować, tracić czas w oczach świata”. Ta strata czasu to zysk, który jest niewidoczny, ale kluczowy, bo to co ziemskie przeminie, a owoce naszych treningów duchowych trwać będą wiecznie. Trenować mamy też z innymi ludźmi, szczególnie w tym roku miłosierdzia. Najbardziej owocne będą ćwiczenia z tymi, z którymi jest nam najtrudniej, bo to oni rzucają nam największe wyzwania. Warto też wspierać się wzajemnie w treningu, dopingować się i szukać nowych form ćwiczeń, żeby wszechstronnie się rozwijać. Po to jest wspólnota, żeby nas ciągnęła jak peleton w biegu.

Oby nasze codzienne trenowanie przyniosło nam duchową gibkość. Wtedy nie tylko sami w podskokach przejdziemy przez ciasne drzwi, ale też pomożemy tym, którzy będą mieli z tym kłopoty.

Opublikowano Spojrzenie na Boga | 1 komentarz

Coś się kończy…

proces_u-8Zamykam właśnie kolejny rozdział mojego zaangażowania wakacyjnego na Kapitule. Wczoraj Joy, nasza Siostra z Filipin, z którą pracowałam przez ostatnie prawie dwa miesiące, wyruszyła już do Azji, a ja przeszłam w kilkudniowy tryb wakacyjny 😉 Wiele mam szczęścia, że mogłam uczestniczyć w takim niesamowitym wydarzeniu, które do tej pory było jakąś magiczną częścią historii naszego Zgromadzenia. Teraz na moich oczach dzieje się historia i zaprasza do nowych wyzwań. Jest w tym coś naprawdę ekscytującego! Bóg jest dobry 🙂

Dla tych, którzy nie zdążyli obejrzeć pojawiających się gdzieniegdzie filmików z Kapituły wrzucam specjalną listę z linkami. Miłego oglądania!

Przyjazdy do Nemi
Konferencja otwierająca Kapitułę
Eucharystia na otwarcie Kapituły
Prezentacja kontynentów: Afryka, Azja, Europa, Ameryki
Wywiady (angielski, hiszpański, francuski)
Wybór Matki Generalnej
Audiencja u papieża
Wycieczki w czasie dni wolnych
Konferencja zamykająca Kapitułę
Podziękowania dla pomagających za kulisami

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Być kobietami ognia

1570_1Po pięciu tygodniach pracy na Kapitule Generalnej, powróciłam na polską ziemię. Może to nie przypadek, że właśnie dziś skończyłam pracę nad konferencją zamykającą Kapitułę s. Barbary, naszej nowej generalnej, bo pojawia się w niej motyw ognia, który gra główną rolę też w dzisiejszej Ewangelii. „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, by on już zapłonął” (Łk 12,49) – takie słowa wypowiada do nas Jezus i mogą one zabrzmieć nawet złowrogo. Ogień to wielka siła, która może spalić, ale może też oczyścić i wprawić w ruch, dać ciepło i życie.

Cieszę się, że jeszcze przez tydzień mogę być w Markach, bo jeszcze niedawno był tu mój dom i działy się ważne dla mnie rzeczy podczas nowicjatu. Cieszę się też, że dziś po raz kolejny mogłam usłyszeć słowa ks. Marcina, które znowu pozwoliły mi dostrzec więcej. Jestem głęboko przekonana, że jako chrześcijanie jesteśmy powołani do szczęścia. Jezus pragnie dla nas radości i miłości, a nie ofiary i poświęcenia. Pierwsze pytanie jakie powinniśmy sobie zadać, to „czy ja jestem szczęśliwy i radosny?”. Drugi krok jest jednak bardziej subtelny, bo prowadzi do pytania: „czy nie jest mi za wygodnie?”. Papież mówił o tym by zamienić kanapę na parę butów, ale chodzi o coś jeszcze więcej. Dzisiejsza Ewangelia mówi o rozłamie miedzy ludźmi i wcale nie o to chodzi, że mamy się kłócić z innymi, ale o to, że mamy być takimi świadkami, którzy pozwolą sobie na bycie nielubianym, może nawet odrzuconym, którzy będą mieli w sercu ogień i nie będą go chować przed światem. Ten rozłam musi dokonać się w naszym sercu, by było ono otwarte podobnie jak Serce Jezusa. Powoli zaczynam rozumieć dlaczego to była jedna z ulubionych Ewangelii Magdaleny Zofii.

Słowa z zamykającej konferencji, które pozostały w moim sercu mówią właśnie o ogniu. O tym, że mamy „nie bać się ognia, być strażnikami płomienia i zaryzykować możliwość poparzenia się od czasu do czasu”. Mamy być „kobietami ognia i siewcami nowego życia”. Nasze życie nie ma być bezpieczne i wygodne, ale ma być pełnym pasji głoszeniem prawdy o Miłości Boga i Dobrej Nowiny o zbawieniu.

Opublikowano Refleksje z życia, Sacre Coeur | Skomentuj

Po wodzie

Jesus-Walking-On-WaterW niedzielę wieczorem kiedy czytałam Ewangelię na kolejny dzień, coś mnie zastanowiło. Była śmierć Jana Chrzciciela, teraz rozmnożenie chleba, czyli we wtorek… Jezus chodzi po wodzie! I owszem. Właśnie dziś, kiedy za chwilę wszyscy bez prawa głosu, zgromadzimy się w kaplicy niedaleko sali obrad w oczekiwaniu na wybór naszej głównej przełożonej, Jezus będzie beztrosko kroczył po jeziorze w stronę swoich uczniów. To jednak jeszcze nic. Przecież On jest Bogiem, Jego Ojciec stworzył świat, przekraczanie praw natury to dla niego pikuś. Dużo bardziej interesujące jest to, co czyni Piotr. Bo Piotr to zwykły śmiertelnik, rybak o niewyparzonym języku, raz zbyt ambitny, innym razem po prostu tchórzliwy. I taki Piotr jak patrzy na Jezusa, to zupełnie jak On umie chodzić po wodzie! Dopóki patrzy na Jezusa…

To lekcja dla nas niesamowita! Myślę, że to wyjście z łódki wcale nie było łatwe. Podobnie jak wejście Zacheusza na drzewo, o którym na Mszy posłania na ŚDM mówił papież Franciszek, musiał sobie zadawać mnóstwo pytań: A co jeśli mi nie wyjdzie? Może nie powinienem wychodzić przed szereg? A jeśli będą się ze mnie śmiali? Miał tysiąc powodów żeby zostać w łodzi i siedzieć cicho, a jednak wyszedł i postawił stopy na wodzie, by dokonać niemożliwego. Przestał na chwilę myśleć o sobie, spojrzał na Jezusa i pomyślał „Też tak chcę!”.

Nie mamy pojęcia jaki świat czeka nas jutro, nie wiemy do jakich nadzwyczajnych rzeczy będziemy wzywani. Jeśli tylko jednak zamiast skupiać się na swoich lękach i obawach, spojrzymy na Jezusa i powiemy „Też tak chcę!”, to nic nam nie przeszkodzi w realizacji misji. Obyśmy tylko potrafili w ten sposób naśladować Jezusa, który uzdrawia, ubogim głosi dobrą nowinę, podnosi z ziemi grzesznika i w końcu oddaje życie z miłości. By tego wszystkiego dokonywać na pewno musimy wstać z wygodnego fotela, wsiąść do łodzi i wypłynąć na głębię, ale coraz częściej mi się wydaje, że czasem musimy też iść po wodzie.

Opublikowano Refleksje z życia | Skomentuj

Duch rozeznawania

3107-loyola_1Gdyby nie niedziela, dziś wspominalibyśmy w Kościele św. Ignacego Loyolę. To święty, który zdecydowanie wywrócił mój świat do góry nogami, za jego bowiem przyczyną poznałam prawdę, że Bóg może mówić do każdego z nas. Zanim to odkryłam, moja wiara wyglądała jak pogańskie składanie ofiar, żeby bogowie byli mi przychylni. Wydawało mi się, że muszę przestrzegać przykazań i wykonywać różne religijne rytuały, bo Bóg ma przecież władzę, żeby coś w moim życiu popsuć, jeśli się zezłości. Żeby wyjść z tej pułapki myślenia, musiałam odkryć Boga, który mówi do mnie osobiście, który ma jakąś dobrą nowinę właśnie dla mnie i który pragnie mojego dobra.

Święty Ignacy urzekł mnie swoimi Ćwiczeniami Duchowymi, w których po żołniersku opisał w jaki sposób możemy usłyszeć głos Boga, który nieustannie mówi do nas każdego dnia przez Pismo Święte, przez ludzi, wydarzenia i znaki. Tylko skąd możemy być pewni, że wśród miliona głosów jakie biegają po naszej głowie, ten akurat należy od Boga? Skąd wiemy, że właściwie odczytujemy Słowo i znaki? Tu właśnie zaczyna się proces rozeznawania. Jest to wielki dar, który wydaje mi się, że chce Kościołowi przypomnieć papież Franciszek, a bardzo często interpretowany on jest jako „rozmywanie doktryny”. Chodzi o to, by używać rozumu i serca, które są zdolne usłyszeć i rozpoznać głos Boga, jeśli tylko będziemy chcieli. Dla wielu, podobnie jak kiedyś dla mnie, może to być rewolucja, bo to znaczy, że nie tylko papież czy biskupi mają odpowiednie poznanie co do tego, gdzie ma zmierzać Kościół, ale przez owieczki też mówi Bóg. Dlatego Franciszek zaleca słuchania ich głosu i czasem nawet podążania za nimi. W historii zbawienia było kilka etapów, w których Bóg się porozumiewał ze swoim ludem. Najpierw w Starym Testamencie przez proroków, potem w Nowym Testamencie przez swojego Syna, a dziś mówi do nas równie mocnym głosem przez Ducha Świętego, który działa w każdym ochrzczonym.

Rozeznawanie jest też czymś, co zachwyca mnie w moim Zgromadzeniu. U nas nie ma przełożonej, namaszczonej przez Boga, która ma zawsze rację. Słucha się najmniejszych głosów ze świadomością, że to właśnie przez tych najmniejszych często Bóg przemawia. Wczoraj na Kapitule rozpoczął się bardzo szczegółowy proces rozeznawania tego kto będzie naszą Matką Generalną na kolejne lata. Tu nie chodzi tylko o to, by wybrać kogoś kto będzie dobrze rządził, ale żeby usłyszeć głos Boga, który nam podpowiada kto byłby najlepszy.

Trzeba jednak mieć świadomość, że rozeznawanie nieuchronnie wiąże się z odpowiedzialnością za to co usłyszymy. Jeśli Bóg coś nam powierza, to nie po to byśmy schowali to pod korcem, ale po to by głosić na dachach i wprowadzać w życie. Często jednak wolimy zamknąć się w ciasnych i bezpiecznych ramach prawa i tego co narzucą nam inni, bo Duch może (i będzie) zapraszać nas do nieustannego przekraczania siebie i do podejmowania coraz to bardziej szalonych wyzwań.

Dla tych, którzy chcieliby wiedzieć więcej o tym jak rozeznawać, polecam Rekolekcje Ignacjańskie.

Opublikowano Sacre Coeur, Spojrzenie na Boga | Skomentuj

Mój papież

Franciscus_in_2015Moje myśli biegną dziś w stronę papieża Franciszka. Może dlatego, że wczoraj dostałyśmy od niego miłą niespodziankę. Napisał do nas: Drogie Siostry, towarzyszę Wam na tej Kapitule Generalnej. Niech Bóg da Wam odwagę i cierpliwość aby „otwierać się na pełnię życia”. I proszę, módlcie się za mnie. Z czułością, Franciszek. Trudno nie być wzruszonym po takich słowach! Poza tym myślę o nim oczywiście dlatego, że za chwilę jedzie do Polski i trochę mi żal, że akurat wtedy mnie tam nie będzie.

Pamiętam dokładnie gdzie byłam w marcu 2013 roku, kiedy ogłoszono go papieżem. Pierwsze wieści były zastanawiające: Jezuita papieżem? Przyjął imię Franciszek? To już zapowiadało jakiś raban 😉

Kilka miesięcy temu zostałam poproszona o napisanie moich oczekiwań wobec obecnego papieża i oto co wtedy napisałam:

Kiedy usłyszałam pytanie o moje oczekiwania wobec papieża Franciszka, wydało mi się to trudne. Kiedy jednak zagłębiłam się w temat okazało się arcytrudne! Postanowiłam podejść do tematu od nieco innej strony i najpierw wyobrazić sobie jakby wyglądał mój wymarzony Kościół. Potem spróbowałam znaleźć te miejsca, gdzie papież mógłby mieć swój udział. Zarysował mi się taki obraz: Marzy mi się pasterz, który mówiłby głosem swoich owiec, a nie bełkotem filozoficzno-teologicznym; który nazywałby po imieniu błędy ludzi Kościoła i dążył do ich oczyszczania a nie zamiatania pod dywan (szczególnie wobec wielkich grzechów jakimi są pedofilia, chciwość i pycha); który byłby otwarty na dialog z innymi kulturami i religiami; który wychodziłby z Dobrą Nowiną do ludzi na wszystkich marginesach społeczeństwa; który nikogo by nie potępiał i głosił miłość Boga, który jest miłosierny; który ponad moralne prawa stawiałby dramat konkretnego człowieka; który byłby obecny pośród ludzi, a nie patrzył na nich z góry; a nade wszystko pasterz, który słuchałby Ducha Świętego w każdym czasie i nie bał się radykalnych zmian pod wpływem tego głosu.

Jak łatwo zauważyć, papież Franciszkiem spełnia moje marzenia z nawiązką. Myślę, że właśnie dlatego, że jest człowiekiem zanurzonym w Duchu Świętym, który pozwala się prowadzić i za nic ma ludzkie układy i konwenanse. Trudno wobec takiego człowieka mieć jakieś oczekiwania, prócz takiego, by robił to nadal. Jedyne co jednak pozostaje moim niezrealizowanym marzeniem to pójście za Franciszkiem całego Kościoła – od kardynałów i biskupów po najmniejszego parafianina. W tym względzie czuję, że przed nami długa droga.

Ostatnio mam trochę mniej pracy niż się zapowiadało, więc też więcej czasu, żeby poczytać różne rzeczy w internecie. Muszę przyznać, że jestem zdziwiona ilością negatywnych komentarzy dotyczących Franciszka. Jak czytam Ewangelię, to nie potrafię sobie wyobrazić osoby, która bardziej naśladuje Jezusa – zawsze staje po stronie ubogich i grzeszników, upomina tych, którzy z prawa zrobili sobie bożka, przychodzi z miłosierdziem do każdego bez wyjątku. Są jednak ludzie, i jest ich całe mnóstwo, którzy odczytują Ewangelię i działania Franciszka zupełnie odwrotnie. I daleka jestem od prostego stwierdzenia, że ja mam rację, a oni się mylą, bo to jest wszystko jakaś niezbadana tajemnica. Bóg w sercach ludzi działa na różne sposoby i przez to też cały czas mi przypomina, że sprawy nie są oczywiste, że „Jego drogi nie są moimi drogami” (por. Iz 55,8).

Obyśmy tylko wszyscy szukali prawdziwego dobra, a nie chcieli własnego interesu, jak apostołowie z dzisiejszej Ewangelii. Wiemy jednak, że nawet z takimi Bóg sobie poradzi.

Opublikowano Refleksje z życia | 4 komentarzy