Sens cierpienia

Dziś mój dzień naznaczony cierpieniem. Takim małym, malutkim, przez małe c. Może nawet zbyt małym, by nazywać to cierpieniem – w końcu to tylko ból brzucha. A jednak musiałam wyjść wcześniej z pracy… a jednak nie byłam w stanie nic zrobić i zaległam w łóżku na kilka godzin, nie mogąc nawet zasnąć… a jednak na swój malutki sposób cierpiałam…

Po jakimś czasie, przypomniałam sobie o tym, że cierpienie można za kogoś ofiarować. Pomyślałam o mamie mojej przyjaciółki, u której niedawno wykryto złośliwego raka. Powiedziałam Panu Bogu, że skoro już musi mnie boleć, to niech On przemienia to wszystko w łaskę. I wiecie co?… Nie, nie przestało mnie boleć. Wręcz przeciwnie. Ale im bardziej bolało, tym gorliwiej się tym modliłam. Nie było mi lepiej tak po ludzku, ale gdzieś w głębi duszy było zupełnie inaczej. Nagle cierpienie zaczęło mieć sens. Jak mówił Szymuś, wszyscy jesteśmy maszynkami do przerabiania zła w dobro i cierpienia w łaskę.

W czwartek nasze postakademickie rozważania na temat cierpienia. Pomyślałam sobie, że warto…

O Ewa Bartosiewicz

Informatyk i teolog. Podróżniczka i marzycielka. Wielka fanka serialu The Chosen i zielonej herbaty. Nieustannie zakochana w Jezusie i zapalona do głoszenia Jego Ewangelii.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *