Przyleciałam zgodnie z planem po kilkudniowej wizycie w Dublinie i Londynie. Z Łodzi dojechałam prywatną taksówką do kawalerki w pobliżu centrum Warszawy. Cały miesiąc w rozjazdach. Dopiero co przecież wróciłam z nart na Słowacji. Prędko podłączyłam laptopa, żeby zgrać zdjęcia z lustrzanki i nadrobić maile po kilkudniowej nieobecności. Cukier podrożał do 5 zł. Nie dotknęło mnie to – i tak słodzę brązowym, który kosztuje 15. Następnego dnia rano, chowając do kieszeni najnowszy model telefonu HTC, wsiadłam do ciepłego samochodu i pojechałam z przyjacielem na obiad. Wychodząc z restauracji popatrzyłam w niebo…
– Już chciałabym być w Afryce. tam gdzie jest prawdziwy świat… gdzie ludzie żyją dniem dzisiejszym, nie liczą zer na koncie…
– Myślisz, że tamten jest bardziej prawdziwy od naszego?
Myślę…
Jadąc do pracy, odczytuję z czytnika do ebooków słowa Kapuścińskiego: „W osadzie pozostał posterunek fedainów i trochę starych Arabów. Ludność została ewakuowana bo może być nowy atak. Znowu ewakuowana, znowu w drogę, nie wiadomo dokąd. Każdy w pośpiechu wziął, co było pod ręką – to garnek, to koc, a resztę zostawił. Ta reszta – jakaż jest marna! Ta reszta to jest nic. Trochę zmarniałych rupieci, stara szafka, połatane buty, szmaciana lalka z jedną nogą…” („Chrystus z karabinem na ramieniu”)
I znowu myślę…
Jutro z okazji środy popielcowej nie zjem obiadu. Taka awangarda w moim europejskim świecie… Zabierzcie mnie stąd, bo niedługo zwariuję…
