Od felernego wyjazdu nad jezioro Turkana minął prawie miesiąc. Nareszcie udało mi się wykurować i dotrzeć z powrotem do Marsabit, żeby kontynuować moją pracę tutaj.
Ostatnie dni w Soweto były bardzo przyjemne. Udało mi się z o. Jose kilka razy wyjść na błogosławieństwo domów. Byłam bardzo podbudowana tym co zobaczyłam. W ramach takiej małej chrześcijańskiej społeczności odwiedziliśmy kilka rodzin, chodząc z domu do domu. Nie było tak, że każda rodzina czekała na nas w swoim mieszkanku, ale paradowaliśmy po ulicach dzielnicy całą wielką watahą 🙂 W ostatnim domu przygotowany był już ołtarz na Mszę św. Oczywiście nie było szans, by wszyscy zmieścili się do malutkiego pokoju, więc część musiała pomieścić się w wąskim korytarzu na zewnątrz. Eucharystia była piękna – wszyscy gorliwie śpiewali i włączali się w liturgię. Jeśli czegoś mi brakuje w polskim kościele, to właśnie takich wspólnot i takiego przeżywania wiary w naszych rodzinach!
Dobrze jednak wrócić do mojej wioski, gdzie przywitano mnie z radością 🙂 Miło płynie tu czas powoli. Wychodząc z domu zawsze spotkasz kogoś znajomego. Możesz pójść do zaprzyjaźnionego sklepu albo zaprzyjaźnionej knajpy, gdzie zawsze dostaniesz pomidory, czy kubek herbaty na krechę. Ufam, że znajdzie się też zaprzyjaźniony sąsiad z telewizją satelitarną na dzisiejszy mecz 😉
Od jutra ruszam znowu w teren! Relacje wkrótce 🙂

