Kenya Trip – cz. I – Czerwone słonie i małpka ze złamaną łapką

Opowieść o kenijskich podróżach zaczynamy w środku nocy – o 4 rano ruszyliśmy z Allenem na lotnisko po Mariusza i Dorotę. Samolot doleciał, bagaże również… szybko jednak zaczęły się schody, bo ja w swoim zabieganiu nie wzięłam wcześniej pieniędzy z bankomatu, co zaowocowało pustym bakiem i zatrzymaniem naszego wozu prawie na środku ronda na wyjeździe z lotniska. Allen ruszył na stację zdobyć trochę paliwa, a tymczasem moi goście zostali po raz pierwszy pozytywnie zaskoczeni kenijską życzliwością, kiedy co chwila ktoś się zatrzymywał i pytał, czy na pewno nie potrzebujemy pomocy.

Czerwony Słoń

Po sprawnie wykonanej akcji benzynowej, szybkich zakupach i śniadaniu (z którym się nie popisałam, bo zakupiłam baaardzo niedojrzałe mango i nie dało się ich zjeść), ruszyliśmy w pierwszą daleką trasę, której celem było miasteczko Voi na granicy Parku Narodowego Tsavo East. Ja nie byłam szczególnie nastawiona na safari, bo poprzednio nie specjalnie zachwyciłam się zwierzakami i szybko znudziłam się jeżdżeniem po wielkim zoo. Tym razem było jednak całkiem ciekawie. Wieczorem wjechaliśmy do parku własnym samochodem i już wtedy udało się zobaczyć dużo oczekiwanych stworzeń, w szczególności czerwone słonie, które swój kolor zawdzięczają kąpielom w czerwonym błocie. Spotkaliśmy też żyrafy, antylopy, strusie i różne rodzaje małpek.

Tom macha stopą na pożegnanie

Moim ulubieńcem był pewien mały pawian, którego spotykaliśmy kilkakrotnie na naszej drodze. Wiemy, że to ten sam, bo łatwo było go rozpoznać po połamanej łapce. Został przez nas ochrzczony jako Tom i już mieliśmy go zabrać ze sobą, ale wolał jednak pozostać w swoim małpim świecie Tsavo.

Sam park był bardzo przyjemny i gościnny – szczególnie napis zachęcający do zmniejszenia prędkości przy zabezpieczeniach na słonie, który dosadnie pouczał kierowcę – „dead slow” (martwo wolno) 😉

Kolejnego dnia o świcie za całkiem spore pieniądze wynajęliśmy profesjonalny samochód, by dotrzeć w bardziej niedostępne części parku, ale jedyne co udało się dodatkowo zobaczyć, to bawoły, lwy baaaaardzo daleko i jeden żółw.

Pełna galeria dostępna na picasie.

O Ewa Bartosiewicz

Informatyk i teolog. Podróżniczka i marzycielka. Wielka fanka serialu The Chosen i zielonej herbaty. Nieustannie zakochana w Jezusie i zapalona do głoszenia Jego Ewangelii.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Afryka, Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *