Ewangeliczna Smurfetka

Od półtora tygodnia mam pod swoją opieką dzieci z półkolonii. Patrzę na nie czasem z radością, kiedy widzę ich zaangażowanie i lekkość prostego bycia sobą, ale i ze zmartwieniem, gdy słyszę po raz setny głośne: „Siostro!! A on mnie bije/przezywa/popycha, zajął moje miejsce, zabrał zabawkę…”. Ich złośliwość i okrucieństwo wobec siebie bywają przerażające, a brak niewinności po prostu zasmuca. Pewnie dzieci zawsze takie były, ale z troską zastanawiam się, czy przypadkiem nie wyrosną z nich dorośli, którzy będą obrzucać innych błotem na portalach internetowych i na cały świat zwalać winę za to, że nie są szczęśliwi. A przecież za 20 lat, to oni będą lekarzami, budowniczymi mostów, prawnikami i politykami, tworzącymi nasze społeczeństwo.

Dzisiejszy film w kinie, pozostawił mnie jednak pełną nadziei! Opowieść o smurfach (uwaga spojler! 😉 ) zaskoczyła mnie ilością pozytywnych akcentów. Smurfetka, choć została stworzona przez Gargamela, dzięki dobrym mocom Papy Smurfa staje się jednym z niebieskich stworzonek. Poszukuje ona swojej tożsamości, ale nie zatrzymuje się na swoim zagubieniu i wyrusza na wyprawę, by ostrzec nieznajomą wioskę o niebezpieczeństwie. Dołączają do niej smurfy, które postanawiły, że nie mogą porzucić swojej przyjaciółki. Ostatecznie Smurfetka okazuje się być „bardziej smurfem” niż wszyscy pozostali, bo oddaje życie za swoich braci. Dzięki sile miłości dwóch wiosek, zmartwychwstaje, a zły czarownik zostaje pokonany.

Nie wiem ile z tych dzieci zobaczyło w bajce żywą Ewangelię. Może nikt. Jeśli jednak choć przez moment ktoś pomyślał, że fajnie jest walczyć razem o dobro, pomagać sobie i poświęcać to, co swoje dla dobra drugiego człowieka, to świat z pewnością stanie się smurfniejszym miejscem!

Opublikowano Refleksje z życia | Skomentuj

Habit zamiast szminki #5 – habity i pytania bez gotowych odpowiedzi

Siostra Katarzyna Kmieć pracuje z prostytutkami. Zawsze wydawało mi się, że to ważna i potrzebna misja, bo dająca nadzieję tym, którym życie totalnie się poplątało. Takich ludzi znajdował sam Jezus i to do nich w pierwszej kolejności skierowana jest Dobra Nowina. Siostra Katarzyna oprócz tego jest psychiatrą i w wywiadzie możemy znaleźć dobre połączenie tego co jest pomocą człowiekowi na poziomie psychiki, a tego, gdzie tylko Pan Bóg może uleczyć duchowe rany. Wątek habitu, a w zasadzie jego braku, przytaczam, bo jest dobrym sformułowaniem tego, czego sama doświadczam.

Czy rola sióstr bezhabitowych w Kościele jest inna niż habitowych choćby przez fakt, że strój nie rzuca się w oczy?

Rola w ogóle osób zakonnych jest taka, że mamy być chrześcijanami, którzy w zdecydowany sposób są po stronie Pana Boga i świadczą o Nim. Mamy świadczyć o tym, że warto Jemu oddać życie. Może sposób, w jaki to robimy, jest inny. Ideą było, by robić to w sposób nierzucający się w oczy, bardziej przykładem niż słowem. W przypadku osoby ubranej w habit od razu wiadomo, kim jest. My w inny sposób mamy do ludzi docierać. Osobiście kocham tę formę życia zakonnego. Kiedy wezmę pod uwagę charakter mojego zgromadzenia, czyli pracę z osobami, które są pod pewnymi względami bardzo biedne, poranione przez grzech, wykluczone, to forma bezhabitowości bardzo w tym pomaga. Pomaga docierać nam bezpośrednio do ludzi bez zwracania na siebie uwagi. Bariera zawsze jest, bo każdy człowiek jest odrębnym światem, ale nie ma początkowej stygmatyzacji, sztywnienia na widok habitu. Łatwiej jest mi rozpocząć rozmowę na ulicy z dziewczyną, kiedy nie od razu widać, że jestem zakonnicą. Bo wtedy taka dziewczyna może sobie pomyśleć: co zakonnica może o życiu wiedzieć albo co może czuć, że nie jest dla mnie partnerem do rozmowy. Nie chodzi więc o ukrywanie tego, lecz o to, że łatwiej wtedy dotrzeć do pewnych środowisk.

Czy kiedykolwiek, obserwując choroby psychiczne i fizyczne, pomyślała Siostra, że może Bogu coś się nie udało, może nas z jakimś błędem zaprojektował?

Pojawiały mi się na przestrzeni lat różne kryzysy spowodowane pytaniami, przede wszystkim doświadczeniem jakiejś formy niezawinionego cierpienia czy przemocy, która nie mieściła się w moim odbiorze. Dalej noszę w sobie mnóstwo pytań. Rzeczywistość, która nas otacza, daleka jest od ideału. Odwołując się do życia Jezusa, tamta rzeczywistość też nie była sielankowa. Ludzie zawsze są tacy sami. Zdobycze kulturalne i cywilizacyjne są wprawdzie na innym poziomie, ale ludzkie namiętności, grzechy są od lat takie same. Nikt nam zresztą nie obiecywał niczego innego. Religia nie jest opium dla ludu, jakąś podpórką dla ludzi słabych. Jeżeli ktoś uważa, że religia jest dla słabych, to proponuję mu, żeby przebaczył temu, kto go skrzywdził. To jest oznaka słabości czy charakteru? Czy zdarzało się Siostrze kiedykolwiek być adresatem pytań o to, gdzie w tym wszystkim jest Bóg? W przypadku tych mocno pokiereszowanych ludzkich losów, jakiegoś cierpienia fizycznego lub psychicznego? Bardzo często bywam konfrontowana z takimi pytaniami. Ale przyznam od razu szczerze, że odpowiedzi na nie po prostu nie ma. Cierpienie jest tajemnicą, zawsze nią było i dalej jest. Oczywiście można w tym miejscu zrobić cały wykład o chrześcijańskiej teologii grzechu, ale to nie o to przecież chodzi. Nie wiemy, dlaczego Pan Bóg dopuszcza różne rzeczy i niełatwo jest pocieszyć człowieka, który doświadcza cierpienia. Można mu różne rzeczy tłumaczyć, ale najczęściej niczemu to nie służy. Wiemy jednak, że nasz Bóg sam przeszedł przez cierpienie. Mam gdzieś taki obrazek, na którym jest napisane: „Mam doła. Nie dotykać. Nie ruszać. Nie pocieszać. Płakać razem ze mną”. Czyli nie mieć na wszystko gotowych odpowiedzi. Myślę sobie, że Bóg zrobił właśnie to samo. Przyszedł i był. Ludzie do dziś nieustannie stawiają pytania, gdzie był Bóg w Auschwitz, gdzie był, kiedy ludzie ginęli w komorach gazowych. Mnie wtedy przychodzi na myśl tylko jedno: Bóg był z tymi, którzy cierpią. Zawsze jest z tymi, którzy cierpią. Wierzę, że kiedyś zrozumiemy to wszystko po tamtej stronie. Natomiast w tej chwili dawanie łatwych odpowiedzi osobie, która cierpi, jest bez sensu.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Miejsce przy Sercu

Dzisiaj nasze największe święto – Uroczystość Najświętszego Serca Jezusa. To dzień, który przypomina nam, że mamy ciągle nasze serca upodabniać do Jego Serca. Ono jest ciche, pokorne i pełne miłości do każdego. W dzisiejszej Ewangelii chyba z łatwością odnajdzie się każdy, kto zakończył dziś rok szkolny – Jezus zaprasza tych, którzy są utrudzeni i obciążeni, żeby ich pokrzepić i dodać sił! Najlepszym tego znakiem są nadchodzące wakacje 😉

Ja jednak zwróciłam szczególną uwagę na pierwsze czytanie: „Ty jesteś narodem poświęconym twojemu Panu Bogu. Ciebie wybrał twój Pan Bóg, byś spośród wszystkich narodów, które są na powierzchni ziemi, był ludem będącym Jego szczególną własnością. Pan wybrał was i znalazł upodobanie w was nie dlatego, że liczebnie przewyższacie wszystkie narody, gdyż ze wszystkich narodów jesteście najmniejszym, lecz dlatego, że Pan was umiłował” (Pwt 7,6-8). Jakbym dziś słyszała słowa Jezusa skierowanego do nas: Jesteście Zgromadzeniem poświęconym mojemu Sercu. Was wybrałem, byście były moją szczególną własnością, nie dlatego, że liczebnie przewyższacie inne Zgromadzenia, bo jesteście małym Zgromadzeniem, lecz dlatego, że Ja was umiłowałem.

Nasza Święta Matka zawsze mówiła o nas „to małe zgromadzenie”, ale i wiedziała, że Jezus mocno nas kocha. Dziś czuję podobnie. Nie ma nas dużo, ale mamy szczególne miejsce blisko Serca i szczególną misję, by Jego miłość nieść światu. To jednak nie jest miejsce tylko dla nas. Ono jest dla każdego, kto pragnie uczyć się od Jezusa jak kochać, jak otwierać się na innych, jak dawać się zranić i stawać się coraz bardziej jak On. Idziecie z nami? 🙂

Opublikowano Sacre Coeur | 3 komentarze

Habit zamiast szminki #4 – otwartość i inkulturacja

Siostrę Cecylię ze Zgromadzenia Misjonarek NMP Królowej Afryki miałam okazję poznać już 8 lat temu, kiedy pierwszy raz wyjeżdżałam do Kenii. Od tamtego czasu sporadycznie się spotykamy przy różnych okazjach i zawsze są to przemiłe spotkania 🙂 Siostry Białe to wyjątkowo pokrewne nam dusze! Gdyby moje serce bardziej przechyliło się w kierunku misyjnym, pewnie właśnie u nich bym się odnalazła. Rozmowa z s. Cecylią jest cała fascynująca, szczególnie dla osoby, która w Afryce zostawiła kawałek swojego serca 😉 Z trudem wybrałam dwa pytania i zachęcam do przeczytania całości!

Czy to właśnie orientacja na Afrykę powinna być zasadniczym rysem przyszłej kandydatki?

Ja bym powiedziała, że dużo istotniejsza jest orientacja na drugiego człowieka. To jest bardzo ważne. Kandydatka musi być otwarta na drugiego człowieka, a ten drugi człowiek to nie zawsze będzie katolik. To może być nasz niewierzący sąsiad czy Afrykańczyk. Jesteśmy posłane, by z każdym człowiekiem rozmawiać. Gdyby siostra biała odpowiadała na pozdrowienie tylko ludziom wierzącym, a resztę traktowała jako gorszą część ludzkości, to by znaczyło, że ewidentnie coś nie gra. W przypadku nas, misjonarek, relacje z drugim człowiekiem powinny być decydujące. Od tego, czy mamy taką relację, niezależnie, czy będzie to chory w szpitalu, trędowaty, bezdomny na ulicy, kobieta z dzieckiem czy nasz przyjaciel, zależy, czy będziemy w stanie przekazać mu wartości, którymi same żyjemy i które mogą stać się wartościami także dla tego człowieka. Miałyśmy kiedyś tutaj, w Lublinie, sąsiada, już świętej pamięci, który często mówił do mnie: „Jestem niewierzący, ale bardzo was lubię i szanuję”. Nasza znajomość zaczęła się od tego, że mówiliśmy sobie „dzień dobry”. Z czasem zaczął przynosić nam kwiaty do kaplicy albo ryby na wigilię. Docierało do mnie później, że mówił o nas: „Znam siostry, które są normalne, nie odgradzają się, rozmawiają z innymi”. Kiedyś zasugerował mi nawet, że powinnyśmy chodzić po domach niczym świadkowie Jehowy, żeby wielu ludzi mogło nas poznać (śmiech). Ale tak serio, wszystko zaczyna się od małych rzeczy, od szacunku i wzajemnej życzliwości. Od tego, żeby dla własnej wygody nie ucinać kontaktu z drugim człowiekiem. To są proste rzeczy, które wydają mi się konieczne.

Czym jest tak zwana inkulturacja? Jak powinno „przekładać się” chrześcijaństwo na kulturę i obyczajowość danego kraju?

Kiedyś w zgromadzeniu czytałyśmy książki i miałyśmy całe sesje poświęcone inkulturacji, czyli temu, jak wejść w świat drugiego człowieka z poszanowaniem jego lokalnych tradycji. Myślę jednak, że nie o wykład w tym miejscu chodzi. Odpowiem, jak to rozumiem, odwołując się do kilku historii, które przeżyłam w Afryce.

Pewnego razu wykonywałam opatrunek mężczyźnie, który trafił do szpitala. W gabinecie zabiegowym wisiał krzyż. W pewnym momencie mężczyzna zapytał mnie, pokazując na krzyż: „Czy on coś ukradł?”. Odpowiedziałam, że nie, że on z miłości do ludzi przyszedł na świat. Na co słyszę: „Jak to przyszedł? Z nieba, czy urodził się na ziemi?”. Odpowiadam, że urodził się na ziemi, w Betlejem. Mężczyzna znów pyta, czy taka wioska jest na mapie? Odpowiadam, że tak. Dla tego mężczyzny ten nasz dialog, pewnie kompletnie niezrozumiały dla Europejczyka, to był jakiś kosmos. Z czasem ten człowiek trafił na katechezę, a później przyjął chrzest.

Inna scena ze szpitala. Kiedyś podczas mojego dyżuru zjawił się mężczyzna, który na rowerze przywiózł zupełnie nieznanego sobie nieprzytomnego człowieka. Powiedział, że był w drodze do sąsiedniej wioski, kiedy przy drodze zobaczył rower i leżącego człowieka. Zostawił mi go i stwierdził, że wróci jeszcze po jego rower. Ten pacjent był nieprzytomny, od razu wiedziałam, że ma wysoką gorączkę i malarię. Podłączyłam mu leki i czekałam na powrót tamtego mężczyzny, żebym – gdy oprzytomnieje – mogła udzielić pacjentowi informacji, kto go tu doprowadził. Ten mężczyzna, jak obiecał, wrócił z rowerem. Zapytałam, jak ma na imię. W Afryce imiona wiele znaczą. Po samym imieniu można rozpoznać, czy ma się do czynienia z wyznawcą religii tradycyjnej, z muzułmaninem czy chrześcijaninem. Ten człowiek był wyznawcą religii tradycyjnej. Pewnie nigdy nie słyszał opowieści o miłosiernym Samarytaninie, a jednak postąpił jak on.

I może ostatnia historia. Mieszkałam kiedyś w wiosce zabitej dechami, liczącej około sześciu tysięcy mieszkańców. Do najbliższego dużego miasta miałyśmy ponad czterysta kilometrów. Jest Wigilia, siostra z młodzieżą przygotowała inscenizację Bożego Narodzenia. Noc, ciemno, kościół pokryty słomą, a w kościele wiele przypadkowych osób, także wyznawców religii tradycyjnej. Ludzie wiedzą, że w wiosce jest kościół i jakieś białe zakonnice, ale nie bardzo wiedzą, z czym to się je. Przychodzą z ciekawości. Młodzież zaczyna odgrywać scenę, w której Józef i Maryja szukają miejsca, gdzie Maryja mogłaby urodzić, i spotykają się z odmową. Nagle na środek kościoła wychodzi kobieta i mówi do wszystkich: „Wiecie co, to się naprawdę nie godzi. Wy tutaj macie duże domy, a nikt z was nie chce przyjąć tej kobiety. Jeśli nie chcecie, to ja ją przyjmę”. Ktoś za chwilę podchodzi do tej kobiety i tłumaczy, że to tylko przedstawienie. Dlaczego o tym mówię? To jest właśnie inkulturacja. Docieranie do ludzi na ich poziomie, w sposób dla nich przystępny i zrozumiały. Dla mnie najbardziej zdumiewające w takich zdarzeniach jest to, że ludzie, którzy inscenizację Bożego Narodzenia oglądają niczym bajkę i nigdy o chrześcijaństwie nie słyszeli, mają w sobie odruchy, które nakazują im być dobrymi czy bezinteresownymi. Dla mnie jako misjonarki to jest dowód na to, że człowiek niezależnie od obecności misjonarzy nosi w sobie prawo, które nakazuje mu słusznie postąpić.

I jeszcze wywiad radiowy. Polecam 🙂

Opublikowano Habit zamiast szminki | Skomentuj

Idzie nowe!

Dwa lata temu ślubowałam Jezusowi, że pójdę dokądkolwiek mnie pośle i oto już szykują się dla mnie nowe zadania! Niedługo zamieniam „jo” na „tej”, ale niezmiennie chcę głosić miłość Jego Serca wszędzie tam, gdzie jest jej jeszcze za mało. Dziś taka piękna Ewangelia o miłości nieprzyjaciół – jakby Jezus chciał przypomnieć, że każdy bez wyjątku jest dzieckiem Boga, szczególnie ci, którym do Niego nie po drodze.

Jezus posyła mnie z nową misją, która z pewnością będzie przepiękną przygodą. Czeka mnie wiele spotkań z tymi, które pragną być Kobietami Jego Serca i Jego nieskończoną miłość nieść na krańce świata. Jednym słowem – duszpasterstwo powołań 🙂 Od września zapraszam do Poznania, a stamtąd już rzut kamieniem do moich ukochanych Pobiedzisk (kto jeszcze nie był, to zerknijcie tutaj -> http://rekolekcje-sc.pl/)

Póki co, jeszcze jednak wiele się będzie działo – w piątek świętujcie z nami, bo to nie tylko zakończenie roku szkolnego i dzień ojca, ale też Uroczystość Najświętszego Serca Jezusa! 🙂

Opublikowano Sacre Coeur | 4 komentarze

Habit zamiast szminki #3 – filozofia i głoszenie

Siostra Barbara Chyrowicz ze Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego jest profesorem filozofii, etykiem i kierownikiem Katedry Etyki Szczegółowej na KULu. Wywiad z nią był dla mnie szalenie ciekawy i chętnie posłuchałabym jej na żywo. Jest coś pięknego w połączeniu głębokiej wiary i wiedzy naukowej, bo pokazuje integralność tego świata, gdzie duch i ciało uzupełniają się wzajemnie. Bardzo polecam 🙂

Czy zdarzyło się Siostrze spotkać w rozmaitych debatach publicznych czy dyskusjach z opiniami, że jest katolicką zakonnicą i musi mówić to, co mówi?

Proszę pamiętać, że nie jestem teologiem, zdecydowana większość moich kontaktów naukowych ogranicza się do grona filozofów. W debacie filozoficznej odwołujemy się do argumentów racjonalnych, a nie religijnych. Zdarza się, że adwersarze w dyskusji krytykują określoną argumentację natury filozoficznej, zarzucając jej religijny charakter tylko dlatego, że jest ona równocześnie akceptowana w nauczaniu Kościoła, ale to błąd. Z faktu, że określony, racjonalnie uzasadniony pogląd uznany jest przez magisterium Kościoła za słuszny, nie wynika, że jest poglądem religijnym. Inną kwestią są oczekiwania – jeśli wiemy, kim jest mówca, to z góry zakładamy, jakiej natury poglądy będzie przedstawiał. Dysputy filozoficzne nie opierają się jednak na autorytecie Kościoła i nie zawsze dotyczą problemów, które są z doktryną Kościoła związane. Czasem przedwczesne zarzucanie chrześcijańskim filozofom, że posługują się argumentami natury religijnej, wynika stąd, że uczestnicy konferencji czy wykładów nie wykazują specjalnej subtelności myślenia i słyszą tylko to, co chcieliby usłyszeć.

Czy według Siostry Kościół jest wezwany do dialogu z niewierzącymi?

Oczywiście, że tak, tak było od początku, inaczej nie poznalibyśmy Ewangelii. Gdyby apostoł Paweł stanął na współczesnym Areopagu, Areopagu niewierzących w żadnego boga, powiedziałby zapewne: różne rzeczy was pociągają, za wartościowe uznajecie niekoniecznie to, co jest cenne, a ja chcę wam opowiedzieć o Kimś, kto może nadać waszemu życiu sens i sprawić, że przestaniecie gonić za złudnym szczęściem, które nie jest w stanie was zaspokoić. Zrozumiecie, że niezależnie od tego, czy głośno o was w mediach, czy nikt o was nie słyszał, jesteście niezmiernie cenni, wasze życie jest cenne, każde życie; jesteście przez Kogoś niezmiernie kochani. Jeśli w to uwierzycie, będziecie żyli wiecznie, bo życie zmienia się, ale się nie kończy, zmartwychwstaniecie. Kościół jest wezwany do głoszenia Ewangelii, Kościół jest z natury swej misyjny. W zlaicyzowanym świecie wezwany jest do nowej ewangelizacji. 

Opublikowano Habit zamiast szminki | 1 komentarz

Habit zamiast szminki #2 – wiara, niewiara i szczęście

Siostra Bogna Młynarz ze Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Duszy Chrystusa też prowadzi bloga. Oprócz tego jeździ po Polsce i prowadzi różnego rodzaju rekolekcje. Wybrałam dla Was dwa pytania, a szczególnie pod drugim mocno się podpisuję. Życie zakonne to nasze szczęście 🙂

Zakładając, że mamy świat oparty na wierze oraz świat bezbożny, ktoś może pomyśleć, że w takim razie podział na dobrych i złych przebiega między wierzącymi i niewierzącymi.

Określeń „wierzący”, „niewierzący” zazwyczaj używamy, mając na myśli deklarowaną religijność. Tu chodzi o coś więcej. Mówiąc o podziale na świat wiary i bezbożności, sięgamy do głębokiego fundamentu ludzkiego serca. Do autentycznej relacji, do transcendencji. To coś więcej niż tylko metryka chrzcielna czy nawet deklaracja. Chodzi o postawę serca, które albo wychyla się ku czemuś, co jest poza czy raczej ponad nami, albo pozostaje w ciasnym kręgu własnego „ja”. W tym znaczeniu wszyscy jesteśmy nie do końca jednoznaczni. Nie można etykietować ludzi, stawiając ich po jednej lub drugiej stronie barykady. Prawda jest taka, że nawet ten, kto deklaruje, że kieruje się w życiu wartościami: dobrem, miłością, prawdą, czasem oszukuje samego siebie i jego wybory są nie zawsze uświadomioną mieszaniną dobra i egoizmu. Może też być odwrotnie. Nawet jeśli ktoś żyje daleko od świata wartości, to nosi w sobie głębokie pragnienie dobra. I ono może się objawić w najmniej oczekiwanym momencie. Fantastycznie te „podwójne myśli” w człowieku opisał Dostojewski.

Dlaczego, według Siostry, akcentowany jest opresyjny charakter życia zakonnego? Dlaczego wielu osobom klasztor kojarzy się z podporządkowaniem, ślepym posłuszeństwem i surowymi regułami?

Różnicę w percepcji życia zakonnego świetnie obrazuje przypowieść Jezusa o ukrytym skarbie. Spróbujmy stanąć w pozycji obserwatora tej sceny. Pewien człowiek sprzedaje wszystko, co ma, i nie targując się, kupuje kawałek ziemi, która sama w sobie nie ma większej wartości. Co myślisz o tym człowieku? Wariat. Naiwniak, który marnuje swój majątek i swoje życie. Właśnie, tak patrzy na nas świat. Ale perspektywa zmienia się diametralnie, gdy do świadomości dotrze fakt, że w tej ziemi jest ukryty skarb. Wtedy strata zmienia się w ogromny zysk. Jednak świat nic nie wie o naszym skarbie. Jest on ukryty przed ich oczami. Dlatego widzą jedynie cenę, którą płacimy, wyrzeczenie, utratę czegoś. Ale ten sam świat z uznaniem patrzy, gdy ktoś kupuje za niewyobrażalne pieniądze kawałek grzyba zwanego truflą, czyli wie, że rzeczy wartościowe to… drogie rzeczy. Paradoks, prawda? Kiedy mój bratanek był jeszcze malutki, a ja dopiero stawiałam pierwsze kroki w życiu zakonnym, bratowa zagadnęła mnie kiedyś przekornie: „Ja bym tak nie mogła żyć. Od wczesnego rana modlitwa, obowiązki itd.”. „A ty wstajesz kilka razy w nocy do dziecka, karmisz je, przewijasz…” – odpowiedziałam. „Ale to jest moje szczęście” – powiedziała nieco zdziwiona. No właśnie. Jeżeli człowiek upatruje w czymś swojego skarbu, to nie koncentruje się na kosztach, które ponosi przy jego zdobywaniu. Życie, które ma swój cel, ma też swoją cenę. To jest nieuniknione i trzeba naprawdę być bardzo naiwnym, by myśleć inaczej. Chyba że dla kogoś celem samym w sobie jest komfort psychiczny, brak stresu czy trudu. Ale czy to można nazwać życiem czy jedynie wegetacją?

Opublikowano Habit zamiast szminki | Skomentuj

Chrześcijaństwo w praktyce

Wczoraj w internetach widziałam dwa obrazy, które do dziś dają mi do myślenia. Jednym z nich był filmik o przemarszu przez ulice Wielkiej Brytanii „chrześcijańskiego patrolu”. Katolicy wyruszyli przez miasto z wielkimi krzyżami, rozdając gazety. Nagranie ma ilustrować z jaką agresją spotkali się ze strony muzułmanów. Agresji i słownych przepychanek rzeczywiście nie brakowało…

Drugim, co widziałam, było zdjęcie z Sopotu. Tam, do coraz bardziej popularnej akcji Zupa na Monciaku, dołączyła Dorota, która postanowiła, że oprócz podawania bezdomnym zupy, będzie im również myć nogi. Dawno nie widziałam sceny tak pełnej miłości i czułości.

Dwa różne światy? Czy to dlatego, że Dorota nie musiała mieszkańcom Polski przypominać, że to „chrześcijański kraj” i maszerować przez Sopot z krzyżem? A może anglikom nie przyszło do głowy, że gdyby wyszli na ulicę z miską wody i ręcznikiem, to muzułmanie płakaliby ze wzruszenia i pytali o Jezusa, zamiast bluzgać?

W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. Ja odczytuję te słowa jako zachętę, by bez względu na ustrój, poglądy innych, taką czy inną politykę, po prostu robić dobro. Choć wielu tego oczekiwało, Jezus nigdy nie walczył z rzymskim okupantem. Dał się zabić z miłości.

Może jestem naiwna i łatwo mi to pisać bezpiecznie siedząc przed komputerem, ale dla mnie to wszystko naprawdę jest takie proste. Miłością odpowiada się na miłość. Chyba, że się jest chrześcijaninem, wtedy miłością powinno się odpowiadać również na nienawiść.

Opublikowano Refleksje z życia | Skomentuj

Dary Ducha

Dziś szczególny dzień łaski, kiedy Duch Święty rozdaje prezenty. W tym roku chętnie poprosiłabym o dar rozmnożenia czasu albo przynajmniej bilokacji. Też tak macie? 😉 A jednak On przygotował coś innego. W naszych wspólnotach mamy bardzo fajną tradycję losowania darów i owoców Ducha Świętego. Interpretacje mogą być różne, ale najpopularniejsza jest taka, że to ten dar i owoc, którego w danym momencie najbardziej potrzebujemy. Mi w tym roku przypadł w udziale „pokój” – bardzo trafiony pośród ilości spraw i zabiegania! Pokój jednak nie bierze się znikąd. On jest owocem obecności Boga.

Dar, który wylosowałam, to dar „umiejętności”. Jest on odpowiedzialny za szczególne poznanie prawd wiary i pozwala intuicyjnie zrozumieć to co ciężko pojąć ludzkim rozumem. Ma też jednak jeszcze jedną funkcję – uczy odnajdować Boga we wszystkim (jak ignacjańsko!). Czy to nie jest właśnie to, czego potrzeba, by w sercu mieć pokój? Tylko tyle i aż tyle. Jeśli w każdej sytuacji będę w stanie odnaleźć Boga, to żaden lęk i niepokój nie będą mogły mnie dotknąć.

Z takimi łaskami, zapowiada się bardzo dobry rok! 🙂

Opublikowano Spojrzenie na Boga | 2 komentarze

Habit zamiast szminki #1 – relacja i marzenia

Obiecałam, że będzie zajawka do książki o zakonnicach, ale spisanie w jednym miejscu choćby krótkiego fragmentu każdej rozmowy po prostu mnie przerosło. Wpadłam więc na inny pomysł. Od dziś, co tydzień w środę, przeczytacie fragment kolejnej rozmowy, który mnie osobiście poruszył. Początek jest o tyle trudny, że moja rozmowa otwiera książkę 😉 Wybrałam dwa pytania, które są mi szczególnie bliskie.

Co to znaczy, że z Bogiem można mieć relację?

To znaczy, że z Bogiem można rozmawiać. Że to jest Osoba, a nie jakaś abstrakcyjna siła, która może oddziaływać na moje życie, ale ja nie mam na to wpływu. Zrozumiałam, że choć On bezpośrednio zwykle do nas nie mówi, to można Go usłyszeć: przez Słowo Boże, przez ludzi, przez myśli. Na moich pierwszych wyjazdowych rekolekcjach w milczeniu miałam poczucie, że słyszę Pana Boga. Wcześniej to mi się wydawało kompletną abstrakcją, a tu nagle nastąpiło kopernikańskie odkrycie. Ta cała moja wcześniejsza wiara okazała się zbiorem pobożności. Dopiero później zaczęłam sobie przypominać, że jako mała dziewczynka miałam momenty takiego mistycznego spotkania z Bogiem, i wtedy uświadomiłam sobie, że ta historia zaczęła się dużo wcześniej. Przypomina mi się lekcja religii, na której omawialiśmy stygmaty ojca Pio, a ja sobie myślałam: „Panie Boże, dla Ciebie to ja mogłabym stygmaty mieć”. Miałam wtedy pewnie z dziesięć lat, na pewno byłam po Komunii, ale szybko mi to minęło. Bierzmowania zupełnie nie przeżyłam. Dopiero na studiach zaczęłam tej mojej drogi szukać

W jakim stopniu w zgromadzeniu możliwy jest osobisty rozwój? Czy wstępując do zakonu, należy zostawić swoje pasje za furtą klasztorną?

Myślę, że odpowiedź jest złożona. Jeśli rozwój ma służyć tylko do samego rozwoju, a ja mam realizować samą siebie, to nie po to w ogóle jestem chrześcijanką. Ja chcę szukać woli Bożej i nią żyć. Wszystkie talenty i pasje są nam dane po to, żeby realizować pomysł Pana Boga na to, co ma się na tym świecie dziać. Dla mnie istotne jest spełnianie Jego marzeń w moim życiu. Nie o to chodzi, żeby nasze pasje i zainteresowania chować do kieszeni i o nich zapomnieć, ale nie mogę też upierać się przy robieniu zawsze tego, co jest moją pasją. Żyjąc w świecie, to ja decyduję, że rzucam wszystko i jadę na wakacje nurkować. To może wcale nie byłaby Boża decyzja, ale mogę podjąć ją bardzo spontanicznie. W zgromadzeniu byłby z tym pewien kłopot, ale wynikający z tego, że podjęciu decyzji towarzyszy zawsze pytanie, czy tego chciałby od nas Pan Bóg. Jeśli to pragnienie od Niego, to prędzej czy później się urzeczywistni. Ja na przykład jestem zakochana w paralotniach i jestem przekonana, że jeszcze kiedyś polecę. Wierzę w to, że skoro Pan Bóg nam takie marzenia dał, to znajdzie sposób ich realizacji, ale to nie moje pasje są najważniejsze.

Opublikowano Habit zamiast szminki | 2 komentarze