Przenikasz i znasz mnie

Dzisiaj w liturgii śpiewamy psalm 139 zaczynający się od słów „Przenikasz i znasz mnie, Panie”. To słowa, które towarzyszyły mi podczas moich rekolekcji i przypominały, że jeśli tylko pozwolę, Duch Święty będzie mnie przenikać i zmieniać tak, bym była coraz bardziej podobna do Niego. Objawiał mi się On w postaci wiatru, który jest w stanie mnie ogarnąć mnie swoją miłością i sprawić, że czuję się bezpieczna i kochana.

Te słowa stały się też ważne na początku mojej nowej misji, bo rozeznawanie swojego życiowego powołania związane jest właśnie z odkryciem, że to Bóg zna nas najlepiej i  dlatego warto Jego pytać o najlepszą drogę. To dotyczy zresztą wszelkich decyzji w naszym życiu, bo będziemy zapraszać do nich Boga tylko wtedy gdy odkryjemy, że On w lekkim powiewie rozjaśnia nasze umysły, a nie powala huraganem zmian.

Bóg który zna nas najlepiej pragnie, żebyśmy zawsze wybierali życie w pełni, dlatego warto Mu się nie opierać 😉 Mam w tym roku ten wyjątkowy przywilej, by towarzyszyć tym, którzy będą poszukiwać Jego woli, więc pozwolę sobie na małą reklamę 😉 Serdecznie zapraszam do Pobiedzisk na Grupę Rozeznawania. Szczegóły na naszej stronie. Podajcie dalej!

 

Opublikowano Rozeznawanie | 1 komentarz

Być narzędziem w rękach Boga

W ciągu ostatnich dni miała okazję usłyszeć dwa dobre kazania na temat wczorajszej Ewangelii. Oba od zacnych dominikanów. Do pierwszego nawiązywałam w propozycji do medytacji, a dziś chciałabym podzielić się z Wami drugim. Główna myśl oparta była na zdaniu wypowiedzianym przez Piotra: „ Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!„. To jest szczyt jego wiary. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie był wstanie z takim zaufaniem powierzyć swojego życie Jezusowi, jak w tym momencie, kiedy pośród szalejącej burzy decyduje się wyjść z łodzi i iść w kierunku swojego Zbawiciela, nie będąc nawet pewnym, że to On. Wtedy przez jego ręce (a może nawet nogi 😉 ) dzieją się cuda. On nie chodzi po wodzie swoją mocą, ale dzięki wierze pozwala sobie na bycie narzędziem w rękach tego, który ma moc nieskończoną.

Ja wiele razy doświadczyłam tego, że przez moje ręce dzieją się cuda. Jeśli tylko pozwalam Bogu na działanie, On nie tylko sprawia, że ja jestem głęboko szczęśliwa, ale też zmienia życie ludzi wokół mnie. Czasem zupełnie niespodziewanie. Nie ma dla mnie większej radości niż myśl, że mogę spełniać marzenia samego Boga. Oczywiście te cuda nie sprawiają, że znika cierpienie i wszystko się układa jak tego chcemy. Wręcz przeciwnie, one bardzo często dokonują się pośród największych burz i pokazują, że nie ma takiego wiatru, którego On nie ma mocy uciszyć. Jeśli wszystko dobrze się nie kończy, to znaczy, że to jeszcze nie koniec!

Przypomniała mi się modlitwa św. Franciszka, która w pewien sposób bardzo dobrze wyraża też nasz charyzmat – bycia Sercem Boga w świecie.

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.

Jeszcze nie rozpoczęłam mojej nowej misji, a już ją uwielbiam, bo czyż może być coś piękniejszego niż pomaganie innym odkrywać, że też mogą być kobietami Jego Serca i chodzić po wodzie?

Opublikowano Spojrzenie na Boga | 2 komentarze

Spojrzenie Serca na wakacjach

Przesyłam serdeczne pozdrowienia z Poznania, gdzie odbywa się właśnie nasze międzynarodowe spotkanie profesek o ślubach czasowych. Gościmy Siostry z Anglii, Irlandii, Francji, Hiszpanii i Węgier. Po spotkaniu ruszam na swoje rekolekcje, a później obiecuję nadrobić relacje z wydarzeń wakacyjnych i kolejne odcinki z cyklu „Habit zamiast szminki” 🙂

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Habit zamiast szminki #10 – życie ukryte

Niezmiernie ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam, że wśród wywiadów z zakonnicami znalazł się również taki z siostrą klauzurową. Moment, w którym wydawało mi się, że mogłaby to być moja droga, trwał zaledwie ułamek sekundy, często jednak do niego wracam gdy w codziennym zagonieniu budzi się we mnie głęboka tęsknota za tym, by więcej czasu poświęcać tylko dla Boga. Święta Magdalena Zofia chciała być karmelitanką, ale jej życie potoczyło się inaczej, bo Pan Bóg wezwał ją gdzie indziej. Myślę, że to jej pragnienie obecne jest mocno w naszej duchowości, która ciągle szuka głębi i pokazuje, że wszystko co robimy przeniknięte powinno być Bożym Duchem.

Rozmowa z s. Joanną Długą z zakonu Świętej Klary to ciekawy wgląd w ten najbardziej tajemniczy zakonny świat, do którego i ja nie mam wstępu. Piękna jest ta różnorodność w Kościele!

Czy do prowadzenia życia klauzurowego potrzebne są specjalne predyspozycje?

Najważniejszą predyspozycją, jaką trzeba mieć, jest powołanie do takiej formy życia. Chodzi o wewnętrzne przekonanie, że czyjąś drogą nie jest posługa bliźnim w taki czy inny sposób, ale forma oddania się Bogu, a poprzez to innym właśnie w klauzurze. Niewątpliwie ważna jest chęć podążania taką drogą, życiem dość radykalnym, w oddzieleniu i w klauzurze, w pokucie i ubóstwie, ciszy i milczeniu, na a doracji i słuchaniu Słowa, dziękczynieniu i wstawiennictwu, skupieniu i modlitwie. Warunkiem jest także otwartość na samego siebie, na innych i na Boga. Mówiąc o otwartości na samego siebie, mam na myśli fakt, że taka forma życia daje mocne doświadczenie spotkania się z samym sobą i poznania siebie bardzo dogłębnie. Równocześnie ważne jest doświadczenie otwartości na innych, z którymi sporo przebywamy, prawie dwadzieścia cztery godziny na dobę, oprócz momentów, kiedy każda z nas idzie na spoczynek i jesteśmy osobno. No i przede wszystkim otwartość na Boga, bo dla Niego tu jesteśmy. Można też trochę żartobliwie powiedzieć, że nie można mieć klaustrofobii, bo żyje się w dość ograniczonej przestrzeni. Trzeba mieć także dobre zdrowie psychiczne. W naszym klasztorze przed wstąpieniem wymaga się stosownego zaświadczenia lekarskiego – chodzi o wykluczenie choroby psychicznej. Powiedziałabym jeszcze, że do klauzurowego zakonu trzeba mieć silną osobowość z racji tego, że – jak wspomniałam – wchodzi się w radykalne doświadczenie siebie połączone ze spotkaniem z innymi.

Czym różni się życie siostry klauzurowej od życia sióstr ze zgromadzeń czynnych?

Przede wszystkim, dotykając rozróżnienia między życiem czynnym a życiem klauzurowym, należy wyraźnie zaznaczyć, że klauzura jest wpisana w każde życie zakonne. Ale istotą naszego życia nie jest klauzura, lecz kontemplacja. To nasze życie jest życiem kontemplacyjnym w klauzurze. Klauzura ma nam pomagać w jego przeżywaniu i pogłębianiu. Życiem w coraz większej więzi z Bogiem. Dążeniem do tego, żeby On przenikał moje życie. Żeby moje myśli, uczucia, słowa, postawy były ukierunkowane na Niego. Temu ma służyć klauzura. Siostry w zgromadzeniach czynnych oddają się konkretnej posłudze bliźnim. W ten sposób wyrażają swoją bliskość i oddanie Bogu. Natomiast my, żyjąc w klauzurze i prowadząc życie kontemplacyjne, wyrażamy w inny sposób nasze oddanie Bogu. Jednocześnie poprzez taką formę życia jesteśmy blisko innych ludzi. Bo to nie jest tak, że będąc tutaj, zapominamy o świecie zewnętrznym i o innych osobach, które gdzieś tam borykają się z różnymi problemami. Powiedziałabym nawet, że jest wręcz odwrotnie. Jesteśmy bardzo blisko ich wszystkich. I choć nie widać nas na ulicy i nie widać nas w sposób zaangażowany, to jesteśmy. Myślę, że na tym polega zasadnicza różnica. Chodzi o to, że nie oddajemy się zewnętrznej aktywności, która charakteryzuje zgromadzenia czynne. Istotę naszego powołania wyrażamy w inny sposób. Tak jak Jezus, który przebywał z apostołami, był blisko ludzi, uzdrawiał, ale miał też wiele momentów, w których szukał odosobnienia i szedł na modlitwę. Tego też uczył apostołów. To jest droga naśladowania szczególnie nam bliska.

Chciałam zapytać właśnie o kratę. Komuś, kto pierwszy raz przekracza próg klasztoru klauzurowego, może się ona kojarzyć z jakimś podziałem, by nie rzec z więzieniem. Jak Siostra patrzy na tę kratę? Czego wyrazem jest to zewnętrzne oddzielenie? Przede wszystkim zastanawiam się, która z nas tutaj faktycznie jest za kratą (śmiech). Na to można spojrzeć również od tej strony. Wyobrażam sobie, że dla kogoś pierwsze spotkanie z kratą, w dodatku jeszcze zabytkową, jak nasza, może być trudne. Ale ta krata jest symbolem klauzury. Chodzi o pokazanie pewnej przestrzeni, która jest zarezerwowana dla Boga. To ma być przestrzeń sacrum. Przestrzeń szczególnej więzi z Bogiem. Klauzura ma za zadanie stworzyć sprzyjający klimat, aby wspomniana więź mogła się owocnie i twórczo rozwijać. Nie jest to przestrzeń jakiegoś oddzielenia czy odłączenia, na zasadzie: po jednej stronie jest lepszy świat, a tu jest gorszy. Nie o takie rozumienie chodzi, lecz o komunikat, który wyraża: „W ten sposób tu żyjemy, a nasze życie jest nastawione na Boga”. Taki jest przekaz kraty i klauzury. Życie po drugiej stronie kraty nie jest ani lepsze, ani gorsze. Jest po prostu inne. Krata wynika również z uwarunkowań historycznych, które na przestrzeni wieków się kształtowały. Dzisiaj nowoczesne klasztory klauzurowe niekoniecznie muszą mieć taką kratę. Chodzi po prostu o pewną przestrzeń, która oddziela jedną osobę od drugiej. Po to, żeby zaakcentować charakter życia w wyłączności dla Boga. To jest nawiązanie do tego, o czym mówiłam wcześniej: różnicy między życiem klauzurowym a czynnym – krata także wyraża tę różnicę. Chodzi o życie nastawione stricte na Boga. Jednocześnie nie oznacza to, że żyjemy tu w jakimś zamknięciu. Nas tu nikt nie zamknął (śmiech). Nikt nie trzyma nas pod kluczem. Weszłyśmy tutaj dobrowolnie i dobrowolnie tu jesteśmy. Nie trzyma nas tu żaden przymus. Krata nie jest po to, żeby ktoś nie uciekł, ale po to, żeby coś pokazać

 

Opublikowano Habit zamiast szminki | 1 komentarz

W poszukiwaniu Miłości

Dziś dla mnie wielkie święto, bo św. Ignacy to postać, dzięki której odnalazłam największą miłość mojego życia – Miłość przez duże M. Wiele mogłabym o nim pisać, bo zostawił nam cały arsenał różnych konkretnych narzędzi, które pomagają budować relację z Panem Bogiem. Dziś jednak zatrzymało mnie Słowo, które czytamy obchodząc jego uroczystość. W Ewangelii uczniowie zaczynają iść za Jezusem, a On zadaje im wtedy pytanie: „Czego szukacie?”

To nie jest pytanie, które wystarczy sobie raz w życiu zadać. Ono powraca nieustannie i jeśli tylko nie będziemy go zagłuszać, sprawi, że nasze wybory będą prowadziły ku pełni życia. To jeden z większych przywilejów, móc towarzyszyć innym w duchowej drodze i pomagać im odkrywać pragnienia jakie Bóg zapisał w ich sercach. Tym bardziej jestem dziś wdzięczna, że coraz więcej mam ku temu okazji.

W tym roku mija dokładnie 10 lat od kiedy zaczęła się droga mojego nawrócenia. Oczywiście wcześniej słyszałam o Jezusie, ale dopiero wtedy poznałam Go osobiście. Na szczęście nie musiałam dostać kulą armatnią po nodze, jak święty Ignacy, by zacząć się zastanawiać co naprawdę w życiu ma sens. W pewien sposób musiałam jednak doświadczyć załamania, by zacząć patrzeć inaczej. Wiele jest nadal tych, którzy nie zadali sobie jeszcze pytania: „Czego szukacie?”. Niech Bóg nas do nic posyła!

Łapcie moją ulubioną wersję Duszy Chrystusowej i proszę, pomódlcie się dziś za tych, którzy chcieliby pójść za Jezusem, ale coś ich jeszcze trzyma przy starych rycerskich rozrywkach. Niech Ignacy pomaga im odnaleźć Miłość.

 

Opublikowano Bez kategorii, Refleksje z życia | Skomentuj

Habit zamiast szminki #9 – o kościołach i Kościele

Siostra Sybilla Kołtan ze Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej wydaje się być nieco pokrewną duszą, szczególnie w obliczu mojej nowej posługi, bo wiele lat spędziła na studiach i założyła nawet Duszpasterstwo Akademickie. Zajmuje się też relacjami z Niemcami oraz judaizmem. Ciężko więc było mi się zdecydować na to, którym fragmentem rozmowy się podzielić. Ostatecznie wybrałam pytania z jeszcze innej beczki – o Kościele:

Jak reaguje Siostra na głosy, że Kościół katolicki jest coraz mniej europejski, że kościoły w Europie pustoszeją? Widzi Siostra w tym zagrożenie czy może upatruje szansy?

Nie postrzegałabym tego w ogóle w kategoriach „szansa” czy „zagrożenie”. Gdy widzę to, co dzieje się w Europie, jakoś nie przeraża mnie fakt, że w niektórych krajach Kościół „wygasa”. Wierzę w słowa Pana Jezusa, że Kościół będzie trwał aż do skończenia świata. Jezus nie powiedział, że Kościół na całej kuli ziemskiej będzie trwał aż do skończenia świata i że będzie proporcjonalnie rozmieszczony. Ani że będzie dominującą siłą. On po prostu będzie trwał do końca i ja w to głęboko wierzę. Nawet z punktu widzenia historyka dostrzegam, jak Kościół się przemieszcza w historii. Przecież jeszcze prawie dwa tysiące lat temu centrum chrześcijaństwa to była Afryka Północna, gdzie dzisiaj nie można wjeżdżać w habicie. Czy to znaczy, że Kościół nie istnieje, że ma się źle albo że umarł? Nie, przeniósł się w inne rejony, chociażby do Azji. Długi czas funkcjonował w Europie jako centrum. W tej chwili to się kończy. Mamy do czynienia z końcem pewnej epoki. Myślę, że za jakiś czas Kościół znów powróci do Afryki Północnej czy do Europy. Musimy jednak mieć na uwadze, że Kościół jest powszechny. Ani polski, ani niemiecki. Może popełniamy błąd, pytając w ogóle o Kościół europejski. Kościół nigdy nie był europejski i nigdy nie będzie europejski, bo jest powszechny, święty, apostolski. Jest w Europie, jest w Azji, jest w Afryce, jest wszędzie. Ale to nie znaczy, że jest europejski lub amerykański. Powinniśmy dążyć do tego, żeby Kościół był powszechny. Bo on nie ma jednej narodowości ani kultury. Jest mi przykro, kiedy obserwuję kryzys w Europie, ale zupełnie nie postrzegam go jako jakiejś tragedii. Kolejny raz zmienia miejsca, przenosi środek ciężkości. Kończy się czas w jednym miejscu, zaczyna się w innym. To nie jest nic strasznego

Czy jest coś, co powiedziałaby Siostra osobom, które na Kościele się zawiodły, bo spotkały osoby, które ich skutecznie zniechęciły?

Przede wszystkim radziłabym każdemu, by nie opierał się na ogólnikach. Myślę, że w życiu wiele rzeczy należy opierać na relacjach. Bo to one w ostatecznym rozrachunku okazują się najważniejsze. I tak do życia podchodzić. Najważniejsza na świecie jest miłość, a miłość to jest relacja. I potem z tej relacji wynikają inne relacje. Niezależnie od tego, czy rozmawiamy o Kościele, o judaizmie, o relacjach polsko-niemieckich, to każdorazowo rozmawiamy nie o instytucji, jakiejś masie, lecz o konkretnych osobach. W każdym ogólnym haśle zawieramy zarówno ludzi fajnych, jak i niefajnych, takich, z którymi nam się dobrze rozmawia, i takich, z którymi rozmawia się nam bardzo trudno. Pojęcie „Polacy” obejmuje takich, którzy utopiliby nas w łyżce wody, i takich, którzy oddaliby za nas życie. Są tacy, których lubimy, i są tacy, na których się zawiedliśmy. Jeśli jednak zwiedziemy się na jakimś Polaku, to nie mówimy, że Polska jest „fe”. Tylko że ten człowiek postąpił tak i tak. Trudno jednak ten sposób rozumowania przenieść na Kościół. Jak się zawiedziemy na kimś z Kościoła, nieważne ksiądz, zakonnica czy osoba świecka, jak ktoś taki wyeksponuje swoją wiarę, a my później się na tej osobie zawiedziemy, to mówimy, że cały Kościół jest do niczego. Ja bym radziła takim osobom, żeby swoją obecność w Kościele traktowały jako relację z kimś. Nie przenośmy wszelkich uprzedzeń od razu na całą instytucję. W każdej instytucji są różni ludzie, również ci, którzy mogą mieć ze sobą problem. Czasem, jak ktoś mi zrobi przykrość, to leczę się tym, że próbuję zrozumieć, co tego człowieka skłoniło do danego zachowania. Może miał trudne dzieciństwo, problem z sobą, ciężki dzień. Jeden człowiek jeszcze nie reprezentuje całości. Nie skupiajmy się na jednostkach, bo wtedy można dużo stracić. I tu nie chodzi tylko o Kościół. Ludzie źli i dobrzy są wszędzie: i w klasztorze, i w Kościele, i w Polsce, „i u Żydów, i u Greków”. U wszystkich. Jak jeden lekarz nas źle prowadzi, to nie mówimy, że wszyscy lekarze są źli albo że należy przestać korzystać z osiągnięć medycyny. Nie skupiajmy się na tym, że ktoś błądzi. Jeśli jednak widzimy przewinienia w Kościele, to może zadajmy sobie pytanie, czy Kościół tak uczy. Bo to, że ktoś tak postępuje, nie jest tożsame z tym, że Kościół tak uczy. Kościół jest jedną wielką rodziną. Czasem w naszych rodzinach też się dziwimy i mówimy: „Przecież on nie był tak wychowywany. Dlaczego tak zrobił? Przecież nie tego nauczyli go rodzice”. Często nikt nie zna odpowiedzi na takie pytania. W Kościele też błądzimy. Myślę, że w takich kategoriach należałoby na to patrzeć

Opublikowano Habit zamiast szminki | 1 komentarz

Przyjaciółka Jezusa

Ostatnio miałam jakąś taką dziwną myśl, że jakbym miała być papieżem, to musiałabym sobie wybrać jakieś imię. Takie, które mówiłoby coś o tym, w którym kierunku myślę, że powinien pójść Kościół, o tym jaka jest moja duchowa wrażliwość i gdzie osobiście odnajduję Boga. Na szczęście bycie papieżem mi nie grozi. Zmiana imienia też nie, choć w wielu żeńskich zgromadzeniach taka praktyka jest popularna. Jakbym miała jednak wybrać patronkę, która by mnie prowadziła, bez zastanowienia postawiłabym na Marię Magdalenę.

Patronka dzisiejszego dnia to postać wyjątkowa. Nie wiemy wiele o jej przeszłości, oprócz tego, że Jezus wyrzucił z niej siedem złych duchów. Mam wrażenie, że takie stwierdzenie kojarzy nam się dziś z tajemnymi obrzędami egzorcysty, przy których szatan rzuca opętanym o ściany… Wcale nie musi to jednak wyglądać tak spektakularnie. I zwykle nie wygląda. Siedem złych duchów to jest po prostu bardzo dużo zła. To obraz człowieka utopionego w grzechach, bardzo oddalonego od Boga – tak bardzo, że można przestać wierzyć, że powrót jest możliwy. Dla Boga jednak nie ma nic niemożliwego. Maria Magdalena z osoby opętanej przez zło, stała się pierwszym świadkiem zmartwychwstania, najwierniejszą przyjaciółką Jezusa, która jako jedna z niewielu wytrwała pod krzyżem.

Nie wiemy w jakich okolicznościach nastąpiła w niej taka zmiana. Wiemy jednak, że jej serce przemieniło się całkowicie, bo spotkała Żywego Boga. Jestem przekonana, że tego potrzeba dziś światu i tylko to może nas uratować – relacje pełne miłości. Historia Marii Magdaleny przypomina nam, że jest szansa dla każdego, że nawrócenie i zmiana życia jest na wyciągnięcie ręki, że wystarczy spojrzeć w oczy Bogu albo komuś, kto już Go odnalazł i potrafi promieniować Jego ciepłem.

Nie bez przyczyny papież Franciszek w zeszłym roku postanowił, że w tym dniu będziemy obchodzić święto, a nie tylko wspomnienie. Dzisiejsza patronka to więcej niż wzór do naśladowania. To symbol tego, że miłość jest silniejsza od wszelkiego zła i że to ona ostatecznie zwycięży.

Opublikowano Spojrzenie na Boga | 2 komentarze

Habit zamiast szminki #8 – katecheza i życie ukryte w Bogu

Siostra Maura Leszek ze Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Misjonarek jest katechetką z pasją. Czytając wywiad z nią zastanawiałam się, czy ja kiedyś z taką radością mogłabym pracować w szkole. Póki co czekają mnie inne zadania, ale jakbym miała wracać do edukacji, chyba wybrałabym się do niej na korepetycje 😉

Czy ma Siostra poczucie, że dla tych licealistów jest osobą, do której mogą się zwrócić ze swoimi problemami? Czy dominuje raczej obawa, że zakonnica zaraz zrobi im wykład z moralności?

Może odwołam się do konkretu. Wczoraj miałam w szkole wolną godzinę (okienko) i przyszedł do mnie uczeń, żeby pogadać o swoim problemie. Jestem przyzwyczajona do tego, że wszelkie wolne godziny czy dodatkowe zajęcia są w moim przypadku albo przygotowaniem uczniów do konkursów albo są czasem przegadanym – bo młodzież przychodzi, żeby porozmawiać. Myślę, że moi uczniowie wiedzą, że zawsze mogą przyjść. Czasem też dzwonią – nawet w niedzielę. Wiedzą też, że jeśli przyjdą do mnie z czymkolwiek, to zostanie to między nami. Umożliwiam im też na lekcjach to, żeby się nie zgadzali, żeby mogli wykrzyczeć, co ich boli, żeby w cudzysłowie „popluli” sobie – na Kościół, na innych ludzi, na życie… Wychodzę z założenia, że powycieramy to razem. Pamiętam katechezę, podczas której uczniowie stwierdzili, że wszystko w Kościele jest bez sensu. Usiadłam z nimi i zaczęłam pytać o konkretne propozycje zmian. „Straciłam” całą lekcję, a pod koniec usłyszałam: „Dobra, niech może zostanie, jak jest, bo chyba tego lepiej nie ułożymy”. Kiedyś arcybiskup Życiński powiedział takie słowa: „Krytykujesz? – Proponuj! Proponujesz? – Wykonuj!”. I tego się trzymam

Czy ma Siostra wrażenie, że zakonnice nawet w Kościele postrzegane są jako osoby od „czarnej roboty”?

To bardzo zależy od indywidualnych doświadczeń. Czasem widzę u młodzieży z małych miejscowości z jednym kościołem, gdzie nie ma sióstr, że oni naprawdę mają problem, jak się do mnie zwrócić, bo nigdy żadnej zakonnicy nie widzieli. Dla nich to taki dziwny, nieznany twór w Kościele. Dużo zależy też od nas samych. Choćby tu, gdzie mieszkamy, jest dom na pozór niewyróżniający się na osiedlu, furtka. Łatwo stworzyć sobie konformistyczny styl życia na zasadzie: idę do pracy, realizuję temat, wracam do domu i mam czas prowadzić życie zakonne, czyli idę do kaplicy i dajcie mi święty spokój. Miałam taki etap w swoim życiu, kiedy myślałam, że to tak powinno funkcjonować.

A jak powinno?

Przede wszystkim należy zrozumieć, że życie zakonne to nie cel, tylko sposób na jego osiągnięcie. Nie mam męża i dzieci, bo wiem, że wtedy nie mogłabym być „na maksa” dla innych. Kiedy przychodzi do mnie ktoś porozmawiać, to czasem „tracę” dwie czy trzy godziny. Mogę poświęcić mu właśnie tyle czasu, bo taki styl życia mi to umożliwia. To jest jeden wymiar. Drugi sprowadza się do tego, że istota naszego życia jest w pewien sposób niedostrzegalna. Sobór Watykański II, mówiąc o życiu konsekrowanym, podkreślił, że jest to „życie ukryte w Bogu”. I tak jest dobrze – Bóg widzi wszystko, a przecież dla Niego żyjemy, pracujemy, jesteśmy… Mam nadzieję, że przeze mnie moi uczniowie kształtują sobie obraz Kościoła. Że kiedyś będą wspominać, że znali kobietę, która poświęciła życie Bogu, a była normalna, można było z nią pogadać, pożartować, a jak trzeba, to i czasem popłakać. Tak powinno zostać. Nie lubię, kiedy ktoś chce mnie na piedestał wyciągnąć. W szkole czasem „odwalam czarną robotę” i nie mam z tym problemu. Śmieję się z osób, które mówią, że swojego kubka nie umyją, bo innym za to płacą. Ja nie pracuję dla pieniędzy. Jednocześnie mam świadomość, że wszędzie swoją osobą reprezentuję zgromadzenie. Zdarza się, że jadę z dzieciakami do opery i ktoś mnie pyta: „Czy to szkoła katolicka?”. Odpowiadam, że nie. I widzę zdziwienie: „I siostra do opery z dziećmi?”. A dlaczego nie? Nie chodzę z nimi na piwo, ale nie widzę powodu, dla którego mam nie pójść z nimi do kina, do filharmonii czy do opery. Jak zapytasz młodzież, w jaki sposób mogą pogłębiać swoją relację z Bogiem, to oni wyliczą ci tylko jeden wymiar: modlić się, chodzić do kościoła i na religię. Tylko tyle! Gdybym kazała im wypisać swoje grzechy, to stworzą niekończącą się listę, ale kiedy pytam: „W jaki sposób oddajesz chwałę Bogu i okazujesz Mu miłość?”, to tylko jedno przychodzi im do głowy: chodzenie do kościoła, no i może jeszcze na religię. Pytam więc dalej: „Co robisz ze względu na Jezusa? Gdyby nie On, tobyś tego nie robił?”. Żebyś ty widziała ich zdziwione miny. Bo ja wiem, co robię tylko ze względu na Jezusa – noszę habit. Gdyby Go nie było, to te moje dwadzieścia lat jest bez sensu. Młodym ludziom często wydaje się, że możesz być wielkim męczennikiem, ewentualnie fantastycznym charyzmatykiem albo – jesteś nikim. A Pan Bóg – jestem o tym przekonana – nie weźmie od nas wielkich akcji charytatywnych. Czasem dużo cenniejsze jest, że się przy kimś zatrzymasz, mimo że się śpieszysz. Nie trzeba jechać na misje, nawracać nie wiadomo kogo i szukać spragnionego, któremu podasz kubek wody. Zauważenie kogoś, kogo normalnie byś zlekceważyła, nie zauważyła, jest ważniejsze i nawet trudniejsze, śmiem twierdzić. To drobiazg. Dzisiejszy świat tak strasznie skupia się na wszystkim, co jest spektakularne, że przeocza te drobiazgi. A Jezus nie weźmie tych wielkich rzeczy. Bo za wielkie rzeczy mamy zapłacone już tu, na ziemi – podziwem innych. Gubimy się w poszukiwaniu wielkości i tego wszystkiego, co sprawi, że na chwilę wstrzymamy oddech. A w tym czasie przez palce przelatuje nam życie. Co z tego, że znasz pięć języków, skoro nie znasz języka miłości i napotkanego człowieka nie traktujesz jak brata? Fantastyczne jest wybudowanie szkoły czy studni w Afryce, ale wcale nie jest powiedziane, że chodzenie do moich uczniów, kochanie ich, wściekanie się na nich, modlenie się za nich jest mniej ważne.

Opublikowano Habit zamiast szminki | 2 komentarze

Habit zamiast szminki #7 – powołanie i narkomania

Siostry Jolanty Glapki chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Książka „Siostra na krawędzi” autorstwa Agaty Puścikowskiej, pokazuje wiele jej twarzy – człowieka gór, współtwórczyni katolickich mediów, gorliwą obrończynię ludzi z marginesu, ale przede wszystkim zakonnicę żyjącą z pasją. Filmik o Fundacji „Pasja życia” oglądałam jeszcze przed wstąpieniem i poruszał jakąś strunę w moim sercu. Na pewno miało to jakiś wpływ na to, że swoje szczęście odnalazłam właśnie w Sacre Coeur. W „Habicie” s. Jola opowiada, jak zwykle ciekawie, o tym, co dla niej w życiu ważne.  Oto mała próbka.

Czym to powołanie jest według Siostry? Czy da się je w ogóle zdefiniować? Wcześniej wspomniała Siostra, że ten fenomen Siostrę fascynuje.

Myślę, że jest to Boże wezwanie, na które człowiek odpowiada. Jest to Boży dar. Pan Bóg woła rzeczywiście. Ja mogę na to wezwanie odpowiedzieć lub nie. Jestem wolna. Myślę, że powołanie jest tym, co Pan Bóg mi wyznaczył, czyli np. czy mam być lekarzem, czy mam wyjść za mąż za tego człowieka, czy ożenić się z tą dziewczyną. Sądzę, że pójście za tym wezwaniem daje szczęście. Zmierzenie się z pytaniem, co powinienem w danym momencie z sobą zrobić. Czy w powołaniu chodzi o to, żebym odkryła, co sama chcę robić, czy co Pan Bóg chce, abym robiła? Ja mam odkryć to, co Pan Bóg mi dał i co jest w moim sercu. To pragnienie jest we mnie. Nie gdzieś w powietrzu, nie na zewnątrz, nie dookoła mnie, tylko we mnie. Ja to odkrywam w sobie. To jest najgłębsze pragnienie mojego serca, które odkrywam i bez względu na wszystko, bez względu na okoliczności, idę za tym. Okoliczności mogą być trudne, na przykład pozostając na płaszczyźnie życia zakonnego – siostry jedynaczki, które mają schorowanych, starszych rodziców. A jednak bez względu na wszystko idą. Kiedy odkryłam swoje powołanie, przestałam zważać na wszelkie głosy krytyczne, także te mówiące, że chyba oszalałam. Miałam głębokie poczucie, że wiem, o co mi chodzi. Czułam w sobie siłę, odwagę, upór. Ojciec, czasem mawiał: „Jak już, córuś, wiesz, co masz robić, to rób”. Więc ja po prostu idę i robię.

Dlaczego akurat narkomani? Co odpowiedziałaby Siostra osobom twierdzącym, że tacy chorzy w niczym nie zawinili, a narkoman niejako sam zadecydował o swoim losie?

Mnie się wydaje, że jest to kolejny mit na temat narkomanii. Niewiedza. I wielka nieprawda. A równocześnie krzywda, jaką się wyrządza takim sądem osobom uzależnionym. To jest choroba jak każda inna i ona też z czegoś wynika. Nikt świadomie i samodzielnie nie poddaje się destrukcji. Ktoś, kto czuje się szczęśliwy, chciany i potrzebny, ktoś, kto wie, że od momentu przyjścia na świat był akceptowany, oczekiwany, afirmowany, raczej nie wchodzi w narkomanię. Bo narkomania jest w rzeczywistości wielką autodestrukcją. Zachęcałabym wszystkich, którzy twierdzą, że narkomania jest wyborem na własne życzenie, by zapoznali się z życiorysami osób uzależnionych, żeby ocenili, czy faktycznie chorzy sami sobie zawinili. Myślę, że gdyby posłuchali historii i życiorysów, które ja znam, zmieniliby zdanie. A dlaczego narkomania? Myślę, że był w tym jakiś palec Boży. Pracowałam wtedy w Telewizji Niepokalanów, wcześniej byłam zaangażowana w jej zakładanie. W pewnym momencie stwierdziłam, że trzeba by zrobić program o problemie narkomanii w Polsce.

Co sprawiło, że w 2006 roku założyła Siostra Fundację „Pasja Życia”, udzielającą profesjonalnej pomocy osobom uzależnionym?

Myślę, że właśnie nagromadzenie takich doświadczeń i życiorysów. Bo przecież takie historie wydają się bez sensu. Na tym polega dramat tej choroby. Przeżywaliśmy wraz z innymi zaangażowanymi osobami ogromną frustrację z powodu tych historii. Chcieliśmy stworzyć fundację działającą na zasadach chrześcijańskich, która równocześnie zajmowałaby się profilaktyką. Zrozumiałam na przestrzeni lat, że by móc skoncentrować się na profilaktyce, konieczne jest stworzenie centrum, w którym młodzi ludzie mogliby rozwijać swoje pasje. Takie centrum powstaje właśnie w Legionowie. Będzie się ono składało z dwóch części. W jednej będą prowadzone zajęcia, a w drugiej powstanie hostel dla osób po terapii, które wracają powoli do życia w społeczeństwie. Zauważyłam, że często osoby kończące terapie zwyczajnie nie miały się gdzie podziać ani co ze sobą zrobić. Centrum oferowałoby pewien program, opiekę duchową, warunki do tego, by pracować dalej i żyć w trzeźwości. Bo szansą na wyleczenie jest praca nad sobą.

Opublikowano Habit zamiast szminki | Skomentuj

Przeprowadzka

Pakowanie to bardzo znana mi czynność. Po raz trzeci przeprowadzam się od kiedy wstąpiłam do zakonu, a wcześniej robiłam to już niezliczoną ilość razy. Dźwięk rozwijanej taśmy i składanych pudełek powoduje, że przypominają się różne etapy mojego życia. W tym roku zwróciłam jednak szczególną uwagę na pewną pokusę, która się pojawia. Kiedy wyciągam z szafki stosy papierów i rzeczy, o których istnieniu nawet nie pamiętałam, cichy głosik podpowiada mi: „nie ma co przeglądać, pakuj wszystko”. Niby niewinna sprawa, bo przecież nawet kilka dodatkowych pudełek zmieści się do samochodu i przewiozę je do Poznania. Potem przy rozpakowaniu pewnie pojawi się się podoba myśl: „nie ma co przeglądać, wrzucaj na półki”. Problem wcale nie jest w tym, że będę miała mniej miejsca na półkach, ale w tym, że zwolnię się z myślenia o tym co mi w zasadzie jest w życiu potrzebne – jako kobiecie, chrześcijance, a w końcu zakonnicy. Co będzie mi potrzebne do misji, a co mogę zostawić za sobą, bez zbędnych sentymentów. Co pomoże mi w zbliżaniu się do Jezusa, a co powoduje, że po cichu się od Niego oddalam.

Wydaje się, że dużo gorzej może być, jeśli takich podszeptów posłuchamy w naszym życiu duchowym. Może się okazać, że Pan Bóg odkrywać będzie w nas obszary, których dotąd nie znaliśmy, a my stwierdzimy, że lepiej do nich nie zaglądać. Możemy w ten sposób przez lata nieść ze sobą ciężki worek nierozwiązanych spraw, niewyjaśnionych kłótni, nieodkrytych pragnień i nieuświadomionych żali. Tylko po co?

Może właśnie dlatego lubię pakowanie – jeśli nie ulegnę nieżyczliwym głosom w głowie, jest to doskonała okazja, żeby pozbyć się tego, co zamiast dawać życie, stało się zbędnym balastem. Tylko czy wystarczy mi odwagi? W końcu zawsze jeszcze „mogą się przydać”.

Opublikowano Bez kategorii, Refleksje z życia | Skomentuj