Vlog #1 – Oburzony Jonasz

Startuję dzisiaj z vlogiem, czyli pierwszym filmikiem! Nie będą się tu pojawiać pewnie bardzo często, ale wypatrujcie kolejnych 😉

Opublikowano vlog | 1 komentarz

Habit zamiast szminki #14 – trudne pytania i życie nadzieją

Dziś (niestety!) ostatnie już spotkanie z książką „Habit zamiast szminki”. Odkładałam ją z niedosytem, bo po przeczytaniu tylu niesamowitych historii, trudno nie odnieść wrażenia, że jest ich więcej! Bardzo się cieszę, że ta książka powstała i pokazała, że naprawdę mamy coś do powiedzenia 🙂

Wywiad z Siostrą Michaelą Rak ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego z pewnością był tym, który najbardziej mnie wzruszył. Czytałam ją w pociągu, więc nie czułam się komfortowo, ocierając co chwilę łzy, ale nie mogłam się powstrzymać. Ten rozdział pełen jest konkretnych historii, które pokazują jak dzieło litewskiego hospicjum powstawało i dalej powstaje dzięki łasce Bożej.

Wśród wolontariuszy w hospicjum są także więźniowie z pobliskiego zakładu karnego. Skąd taki pomysł?

Rzeczywiście, przeszczepiłam na tę ziemię wolontariat więzienny, bo wiedziałam, że w Polsce w wielu miejscach doskonale się sprawdza. Któregoś razu poszłam na spotkanie z dyrekcją więzienia. Opowiedziałam o misji hospicyjnej i o tym, jak posługa chorym może wpłynąć na postawy więźniów. Dyrekcja wytypowała kilkunastu kandydatów, których zapytano, czy chcieliby wziąć udział w takim projekcie. Później chodziłam na spotkania z więźniami, żeby przybliżyć ideę i misję hospicjum. Żeby warsztatowo ich przeszkolić. Krótko mówiąc, żeby umieli odnaleźć się w tym miejscu. Pamiętam doskonale jednego więźnia w naszym hospicjum. Wiedziałam, jaki ma wyrok i za co został skazany, ale nie wymagałam, żeby dzielił się tą wiedzą z innymi. Była akurat pora obiadowa na naszej wspólnej sali, kiedy ten mężczyzna wstał i wobec całego personelu powiedział, że chciałby wyjaśnić, kim jest. Powiedział wtedy: „Jestem mordercą. Zabiłem własnego brata. Było za dużo alkoholu i emocji. Chcę, żebyście wiedzieli, z kim będziecie się spotykać”. Po chwili ciszy mój personel wstał i po kolei każdy z pracowników podchodził do tego mężczyzny. Kobiety go przytuliły, mężczyźni poklepali po plecach. Powiedzieli: „Witaj w domu”. Trzeba by się uczyć posługi i wrażliwości od tego więźnia. Po wielu miesiącach jego pracy u nas wystosowałam odpowiednie pisma do sądu i prokuratury, które pomogły mu w przedterminowym wyjściu na wolność. Z czasem ożenił się z jedną z moich pielęgniarek i tworzą dziś rodzinę.

Domyślam się jednak, że nie wszystkie historie kończą się tak szczęśliwie. Czy kiedykolwiek, analizując biografie swoich pacjentów albo doświadczając ich niezawinionego cierpienia, miała Siostra wątpliwości? Pytała, dlaczego tak się dzieje?

Nie zadaję sobie pytania „dlaczego”. Zawsze szukam odpowiedzi na pytanie „po co, co z tym zrobić, jak to ukierunkować”. Mam w sobie przekonanie, że cierpienie nigdy nie jest czymś bezsensownym. My widzimy tylko pewien odcinek. Często pokonuję drogę, siedząc za kierownicą. Są zakręty, ale wiem, że gdzieś tam jest cel. Wierzę, że Bóg go zna. Ale ja mam skoncentrować się na tym, by pokonać kolejny zakręt. Cel będzie dopiero, kiedy tam dojadę. Dziś często nie widzę końca. Nie umiem odpowiedzieć na wiele pytań, ale wiem, że muszę dany odcinek po prostu pokonać. Przejść kolejny etap. Dopiero kiedy się odwrócę, zobaczę, że to miało sens. Jednego jestem pewna: Bóg nas nigdy nie skrzywdzi. Nie zada nam celowo cierpienia. On zawsze doprowadza nas do celu, daje możliwości jego osiągnięcia i zostawia przestrzeń naszemu zaangażowaniu.

A czy mimo że sama nie stawia sobie Siostra takiego pytania, bywa z nim konfrontowana?

Bardzo często. Zdarza się, że słyszę: „Przecież starałem się żyć uczciwie. Nikomu nic złego nie uczyniłem, a muszę się z tym mierzyć”. Są takie rozmowy. Padają pytania, na które nie znam odpowiedzi. Często mówię: „Nie wiem, dlaczego tak się dzieje”. Z taką odpowiedzią musimy pozostać. Myślę, że to jedyna uczciwa odpowiedź. Ważne jest, żeby wytrwać. Ale też nie uciekać od problemu. Nie mówić, że go nie ma. Nie zakłamywać rzeczywistości. Owszem, problem jest, a ja mam prawo go nie rozumieć. Ale powinienem czekać i trwać. Zdrowy człowiek wyznacza sobie długodystansowe trasy. Natomiast osobę chorą uczymy wyznaczania sobie krótkodystansowych odcinków. I w tym jako personel hospicyjny jej pomagamy. Nie planuj tego, co za rok czy za miesiąc. Zaplanuj tylko dzisiaj. Najbliższą godzinę, pół godziny, chwilę. Ucz się żyć tą chwilą. Ją masz i nie zmarnuj jej. Co będzie później, zobaczymy. Pan Bóg nas przeprowadzi. Ludzie też będą obok. W hospicjum ważne jest i nad tym pracujemy, żeby w człowieku pojawiło się jego „tak”. Ono może być różnorako wyrażone, ale chodzi o „tak” skierowane przede wszystkim do siebie. Do swojego życia, do swojej przeszłości. W perspektywie śmierci bardzo często pojawia się żal, że czegoś się nie dokonało, że coś się źle wybrało. I teraz my jako personel hospicyjny próbujemy pomóc, żeby człowiek powiedział: wybaczam sobie. Tego, co było, nie zmienię, ale mogę coś do tego dołożyć, dodać, przewartościować pewne kwestie. Coś innego uczynić na zasadzie jakiegoś wyrównania, żeby zbilansować rachunek zysków i strat. Żeby nie było długów: emocjonalnych, duchowych czy nawet materialnych.

 

Opublikowano Habit zamiast szminki | Skomentuj

Anielski wymiar życia

Wczoraj miałam okazję przeczytać niesamowicie trafny artykuł o zadanioholizmie. Z każdym zdaniem byłam coraz bardziej przekonana, że to o mnie i trzeba zacząć się leczyć. Szczególnie zatrzymało mnie stwierdzenie, że zamieniając każde nasze działanie na zadanie do wykonania, zyskujemy efektywność, ale tracimy głębię życia, której nie da się zmierzyć.

W dzisiejszej Ewangelii Jezus wypowiada bardzo ważne dla mnie słowa: „Zobaczysz jeszcze więcej niż to”. To obietnica, która pokazuje jak niezmierzona jest dobroć Boga wobec nas. Żeby jednak zobaczyć, trzeba mieć oczy i uszy otwarte na rzeczywistość, a nie utkwione w liście zadań. Ignacjańskie magis właśnie do tego zaprasza, by nigdy nie zadowalać się tym co na powierzchni, ale ciągle szukać tego co głębiej i tego co nadaje smak. Wcale nie trzeba do tego specjalnych zdolności. Wystarczy być. Tymczasem bycie „tu i teraz” okazuje się arcytrudne.

Dziś święto Archaniołów – Michała, Rafała  i Gabriela. To ważny dla mnie dzień, bo dokładnie 5 lat temu przekroczyłam pierwszy raz klasztorne progi i w pewien sposób ta trójca towarzyszy mi na zakonnej drodze. To też dobra okazja, by przypomnieć sobie o tym czego nie zobaczymy i nie usłyszymy, jeśli zatrzymamy się tylko na rzeczywistości materialnej. Aniołowie zapraszają, by odkryć otaczający nas duchowy świat, który sprawia, że w życiu cały czas jest coś tajemniczego, „coś więcej”. Obyśmy dawali sobie wystarczająco dużo czasu i przestrzeni, by go dostrzegać.

Opublikowano Refleksje z życia | 1 komentarz

Habit zamiast szminki #13 – formacja i życie na wschodzie

Siostra Maria Stecka to jedna z legend naszego Zgromadzenia. Mistrzyni nowicjatu i niestrudzona misjonarka w Rosji. Czasem wydaje mi się, że to jeden z najtrudniejszych kierunków głoszenia Chrystusa, bo mentalność na wschodzie może okazać się o wiele bardziej nam odległa niż w afrykańskim buszu. Z wielkim zainteresowaniem słuchałam zawsze opowieści z moskiewskiej placówki, którą obecnie musimy zamknąć. Siostra Maria mówi jednak, że może jechać jeszcze dalej i nie obraziłabym się gdybym miała jechać razem z nią 😉

W zgromadzeniu przez kilka lat była Siostra mistrzynią, czyli osobą odpowiedzialną za formację przyszłych sióstr. Jak z perspektywy czasu patrzy Siostra na własną formację i na tę współczesną?

Myślę, że formacja, którą otrzymałam, była bardzo nastawiona na Pana Boga, „do góry”. Natomiast niewątpliwie brakowało formacji intelektualnej, teologicznej. To, co zapamiętałam jako najbardziej pozytywne, to kierownictwo duchowe i atmosfera rozmodlonego domu zakonnego funkcjonującego w sytuacji zagrożenia bytu, w trudnych warunkach materialnych. Moje pierwsze lata w klasztorze wspominam jako bardzo szczęśliwy czas znalezienia się na swoim miejscu. Stopniowo, z upływem lat, zaczęłam dostrzegać pewne braki i kiedy jako trzydziestoparoletnia siostra zostałam mistrzynią nowicjatu, wiedziałam, że nowicjuszkom należy koniecznie dostarczyć formacji intelektualnej.

 

Z jakimi wyobrażeniami Siostra wyjeżdżała [do Rosji] i z jaką rzeczywistością zostały one skonfrontowane?

Dla mnie to posłanie było jakimś rodzajem wyjścia na obrzeża. Bożym szturchańcem. Czułam, że niemal na skrzydłach tam poleciałam. Przeżywałam czas szczęśliwego uniesienia. Już na samym początku mojego pobytu spotkałam świeżo nawróconych chrześcijan będących pod wielkim wpływem o. Aleksandra Mienia, rosyjskiego księdza prawosławnego, teologa i filozofa. Swoją działalność w Rosji przypłacił śmiercią. Został zamordowany przez nieznanych sprawców uderzeniem topora 9 września 1990 roku. Pierwsze miesiące pracy w Moskwie, oprócz konkretnej pracy w szkole polskiej, były rozpoznawaniem terenu, nawiązywaniem kontaktów i orientowaniem się w specyficznych potrzebach tego miejsca. Moskwa to przeszło dwunastomilionowe miasto. Wszystkie cerkwie były całkowicie zburzone lub zdewastowane, kościoły zamknięte lub nie było ich wcale. I do tego latający „traperzy w sutannach” – księża, którzy docierali tam, gdzie czekali wierni. Kogoś wyspowiadali, ochrzcili, a następnie trafiali za to do więzienia. Później wychodzili i udawali się już gdzie indziej. Wszystko odradzało się na moich oczach i to było niesłychane doświadczenie. Chyba mogę śmiało powiedzieć, że w Moskwie doświadczyłam Kościoła funkcjonującego w katakumbach. Ludzie wiedzieli, jaką cenę mogą zapłacić za Biblię czy jakieś przemycone materiały. Spotkałam wiele osób autentycznie poszukujących, posiadających jakiś szósty zmysł Boga. Ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o Biblii, a jednak nosili w sobie jakąś wrażliwość, która z czasem przyprowadzała ich do tego czy innego kościoła.

Jest Siostra świadkiem przemian najnowszej historii Rosji. Co z tego dwudziestopięcioletniego okresu najbardziej zapadło Siostrze w pamięć?

Stopniowe odradzanie się Kościoła. Odnawianie jego struktur pod kierownictwem nowo mianowanych biskupów, arcybiskupa Tadeusza Kondrusiewicza, biskupa Józefa Wertha. Tworzenie komisji katechetycznej dla całej Rosji (biskup Jerzy Mazur, obecnie biskup Cyryl Klimowicz), rozwijanie pracy z młodzieżą (biskup Klemens Pikiel). Współpraca z ludźmi w różnych rejonach. Do dziś pamiętam wielki entuzjazm ludzi, którzy tam przyjechali: Włochów, Francuzów, Niemców i oczywiście Polaków. Nie było niczego. Rozpoczynaliśmy wielką pracę nad tłumaczeniami książek i podstawowych materiałów do pracy katechetycznej.

Jak państwo podchodziło do takiej działalności?

Przy Jelcynie doświadczyliśmy dużo wolności i wielkiego bałaganu prawnego. Było mnóstwo trudności w przebijaniu się przez biurokrację, ale ostatecznie wiele można było załatwić. Później szło już jak po grudzie, coraz trudniej. Niestety, kilkunastu znajomych kapłanów straciło życie w służbie Ludowi Bożemu. Obecnie wchodzi w życie dekret, który został zatwierdzony przez Dumę i prezydenta, o zakazie prowadzenia działalności misjonarskiej poza terenem danego kościoła.

Opublikowano Habit zamiast szminki | Skomentuj

Habit zamiast szminki #12 – posłanie i niegasnąca nadzieja

Ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam wśród rozmówczyń do książki Siostrę ze Zgromadzenia Franciszkanek Misjonarek Maryi. Miałam okazję kilka z nich poznać na studiach i wszystkie to bardzo równe babki 😉 Wywiad z Siostrą Urszulą Brzonkalik przeczytałam z ciekawością, bo opowiada o tym, co jest dla mnie szalenie ważne w życiu zakonnym – gotowość zostawienia swojego wygodnego i bezpiecznego życia, żeby całkowicie poświęcać się dla tych, do których Pan Bóg nas posyła. Oto kilka ciekawych dla mnie wątków związanych z pracą w Aleppo. Jak zwykle zachęcam do przeczytania całego wywiadu w książce 🙂

Co sprawiło, że w ogóle zgodziła się Siostra na wyjazd do Aleppo, jednego z najbardziej zapalnych w tej chwili regionów na świecie?

Tu jest kilka kwestii, które należy poruszyć. Po pierwsze, jestem siostrą i jestem misjonarką. Sądzę, że to już wystarczająca odpowiedź. Owszem, był moment, kiedy górę wziął lęk, bo uświadomiłam sobie, że przecież tutaj chodzi o moje życie. Pamiętam, że w tym czasie milion razy słuchałam piosenki nawiązującej do Ewangelii św. Jana: „Przepasz mnie i poprowadź, dokąd ja nie chcę pójść”. Ona gdzieś wypłukiwała z mojego serca niepokój, bo nie mogę powiedzieć, że go nie było. Później były wspomniane trzy miesiące sesji w Ziemi Świętej zakończone rekolekcjami. Dla mnie słowo „posłanie” urosło tam do słowa klucza mojego życia. Na nowo uświadomiłam sobie, że moje życie jest w rękach Boga i cokolwiek by się stało, On mnie poprowadzi. W tym momencie decyzja była jasna. Pojechałam do Aleppo z ogromnym spokojem i naprawdę to dotychczasowe półtora roku nie zmąciło tego spokoju. Cieszę się, że jutro wracam. Po drugie, oprócz relacji z Syrii prezentowanych w mediach, zwłaszcza w telewizji, jest jeszcze inna strona tego konfliktu, której media już nie relacjonują. Aleppo to ogromne miasto. Żeby to mniej więcej zobrazować, wyobraźmy sobie na przykład, że w Warszawie teraz całą Pragę zajęło Państwo Islamskie, cały Żoliborz Front al-Nusra, a my tu, gdzie teraz rozmawiamy, załóżmy, że znajdujemy się po stronie rządowej. Jest to zatem duża przestrzeń, gdzie spadają bomby, gdzie ludzie nie mają co jeść, ale w cudzysłowie toczy się także jakieś życie. Kiedy decydowałam się na wyjazd, dobiegał końca czwarty rok wojny. Od początku miałam bezpośredni kontakt z siostrami, które w Aleppo przeżywały tę wojnę. Wiedziałam, że jest trudno, ale równocześnie spotykałam siostry, które wyjeżdżały z Aleppo, opowiadały o panujących warunkach i wracały tam. Wiedziałam więc, że jakieś życie tam się tli.
Kiedy przyjechałam do Polski na urlop, doceniłam wagę rozmów z osobami, które przeżyły drugą wojnę światową. Wiedziałam, że ci ludzie mnie zrozumieją. Nikt nie twierdzi, że było to łatwe, ale jednak miliony Polaków przeżyły. Opowiadają koszmary o tym, co się działo. Ale faktem jest, że przeżyli. Ja też mogę opowiedzieć koszmarne historie z Aleppo, ale ważniejsze jest dla mnie to, że istnieje tam jakieś minimum egzystencji. Nie jest łatwo przepędzić cztery miliony mieszkańców. Owszem, wielu uciekło, ale wiele osób wciąż tam żyje i mieszka. I o tym nie należy zapominać.

Co musiałoby się stać, żeby trzeba było zamknąć dom i by podjęły Siostry decyzję o opuszczeniu Aleppo?

Gdyby było tak, jak jest po drugiej stronie miasta, to rzeczywiście nie byłoby absolutnie żadnego sensu, by wracać do Aleppo. Do parafii, z którą współpracuję, należą ludzie, którzy wcześniej mieszkali po drugiej stronie miasta. Oni doskonale pamiętają noc, kiedy w dosłownie jednej koszuli, tak jak stali, uciekli przed rebeliantami, zostawiając wszystko, co mieli. Nie ma mowy w tej chwili o powrocie do tamtego miejsca. To, co pokazują media, czyli obrazy, na których widać, że samoloty bombardują część, gdzie są rebelianci, i że tam jest właściwie wszystko zrównane z ziemią, są zgodne z prawdą. Byłoby zupełnym bezsensem iść tam, nawet nie szaleństwem, tylko bezsensem. Bo to jest na razie rejon, w którym człowieka czeka pewna śmierć. Nie ma się nawet nad czym zastanawiać. Tam na pewno nie mogłybyśmy żyć i pracować. Ale jest jeszcze druga część tego miasta i są ludzie, którzy często z własnego wyboru nie wyjechali. Jedni nie mieli dokąd pojechać, a inni, tacy jak inżynierowie, lekarze, farmaceuci, którzy mają dziś po czterdzieści, pięćdziesiąt lat, zostali z obawy, że ich dyplom za granicą nie zostanie uznany. Poza tym tu są kimś, mają swoją klientelę, tu ludzie ich szanują. Ci ludzie zostali i potrzebują podtrzymania. Ja jeżdżę regularnie na rady prowincjalne do innych krajów i właściwie mogłabym co dwa miesiące podjąć decyzję, że nie wracam do Aleppo, że to za trudne, że to mnie przerasta. Ale na razie uważam, że nie jest to moment, by wyjeżdżać. Owszem, bywa ciężko. Zdarza się, że kiedy droga jest zamknięta, tygodniami jesteśmy uwięzione w klasztorze bez realnych perspektyw choćby na dostawę żywności. Ale później, czasem po upływie kilku tygodni, droga się otwiera. Wie pani, chciałabym jeszcze pożyć i mam w głowie trochę planów, ale kiedy idę ulicą w Aleppo i spotykam parę młodych ludzi z niemowlakiem na rękach, to myślę sobie: jaką odwagę muszą mieć ci ludzie? I gdzie ja w tej sytuacji miałabym się wybierać? Oni żyją i my żyjemy. Oczywiście, wszystko zdarzyć się może, ale mam nadzieję, że nie będziemy zmuszone do rozważania opcji: zostajemy czy nie. Proszę sobie wyobrazić, że jezuici zamknęli na jeden dzień kuchnię po tym, jak dwieście metrów od naszego klasztoru zbombardowano szpital położniczy. Zamknęli ją tylko na jeden dzień, a w świat poszła wiadomość, że jezuici wyjechali z Aleppo. Już na drugi dzień otrzymałyśmy wiadomość od matki generalnej: „Siostry, czy naprawdę chcecie zostać? Przecież jezuici wyjechali”. Na co odpowiedziałyśmy: „Ale przecież kuchnia już dymi od rana” (śmiech). Nie można na podstawie jednego dramatycznego faktu podejmować decyzji, która pociągnęłaby za sobą niesamowite konsekwencje. No bo co nagle miałoby się stać z ludźmi, którzy odbierają u nas dziesięć tysięcy posiłków dziennie? Albo dokąd z dnia na dzień w połowie roku akademickiego miałyby się udać moje studentki

 

Opublikowano Habit zamiast szminki | Skomentuj

W poszukiwaniu harmonii

Jednym z pierwszych miejsc, w których udało mi się zaangażować po moim przyjeździe do Poznania, jest schola, która właśnie powstaje w naszej parafii. Kiedy okazało się, że młodzi chcą śpiewać pieśni dominikańskie, nie byłam zachwycona. Dawno nie śpiewałam na głosy i wielu utworów po prostu nie znam. Muszę jednak przyznać, że ta unikalna harmonia tworzona przez chór zachwyciła mnie na nowo i, zupełnie nie zdradzając mojej jezuickiej duszy, przekonałam się do niej całkowicie!

W życiu też najpiękniejsza jest harmonia. Widzimy ją w sposób doskonały w przyrodzie, ale też możemy ją dostrzec w naszych relacjach. Ideałem nie jest to, by wszyscy byli jednakowi, ale by w swojej różnorodności uzupełniali się wzajemnie. Czego potrzeba, by osiągnąć harmonię? Ja widzę dwie rzeczy.

Po pierwsze każdy głos musi śpiewać czysto swoją kwestię. Jeśli szukamy szczęścia w życiu z nadzieją, że ktoś inny nam ją zapewni, to jest duża szansa, że to się nie stanie. Rozmawiałam o tym ze studentami niedawno i potwierdzają to badania – szczęśliwe małżeństwo to zwykle związek dwóch osób, które same w sobie są i były szczęśliwe. Są one w stanie tworzyć razem dobrą parę, bo każde z nich dzieli się z drugim tym co samo już ma. Bardzo podobnie w życiu zakonnym, jeśli sama jestem szczęśliwą zakonnicą, to dzielę się radością życia ze wspólnotą, którą tworzę, a nie liczę na to, że dostanę tę radość od moich współsióstr. To odwrócenie perspektywy zmienia bardzo wiele!

Drugie, co jest potrzebne do osiągnięcia harmonii, to docenienie różnorodności. Jeśli ktoś fałszuje jako bas, to nie mówimy mu, że lepiej, jeśli śpiewałby tenorem. Chór złożony z samych tenorów nie jest ideałem. Trzeba więc pomóc temu, kto jest słabszy, komu nie wychodzi, aby stał się coraz bardziej sobą, żeby mógł wnieść swój unikalny wkład do całej wspólnoty. To wcale nie jest łatwe, bo często wolelibyśmy przekonać drugiego do swoich racji i sprawić, że wszyscy będą myśleć tak jak my.

Najtrudniejsze może okazać się osiągnięcie harmonii wewnętrznej, bo oznacza zadbanie o te części nas samych, które chcielibyśmy zagłuszyć. To one jednak dopełniają muzycznej głębi naszej duszy. Możemy być pewni, że najlepszy dyrygent i kompozytor, którym jest sam Stwórca, ze wszystkich dźwięków stworzy niepowtarzalną melodię.

Opublikowano Refleksje z życia | Skomentuj

Habit zamiast szminki #11 – wspólnota i kontemplacja

Ze Wspólnotami Jerozolimskimi zetknęłam się już wcześniej w Warszawie. Miałam okazję być raz na ich modlitwach. Jest coś niesamowicie pociągającego w monastycznej oprawie liturgii, która odbywa się w centrum głośnej stolicy. Sama forma życia wspólnego sióstr i braci wydaje mi się być odpowiedzią na różnorodność naszych czasów, gdzie potrzeba współpracy na różnych płaszczyznach i wzajemnego uzupełniania się. Duch bycia pośród ludzi, blisko tych, którzy są zagubieni, jest i mi szczególnie bliski. Często właśnie w tych wielkich miastach, wśród tłumów, jest najwięcej ludzi samotnych i szukających sensu życia. Oto fragment rozmowy z Siostrą Joanną Hertling, przeoryszą wspólnoty sióstr:

Już sama nazwa takiej formy życia rodzi wiele pytań. Weźmy choćby trzy człony: monastycyzm, wspólnoty i do tego jeszcze Jerozolima. Jak należy je rozumieć?

Jeżeli chodzi o pierwszy element, czyli życie monastyczne, oznacza on życie całkowicie oparte na modlitwie i na niej zasadzone. Życie, w którym nie ma, zewnętrznie patrząc, żadnego dzieła, czy jak to się czasem mówi, żadnego specjalnego zadania. Mnisi i mniszki to ludzie, którzy – według opinii niektórych – tracą swoje życie albo je marnują. Lubię przyrównywać naszą formę życia do olejku. Jest taka scena w Ewangelii, kiedy Maria z Betanii wylewa drogocenny olejek na stopy Jezusa na sześć dni przed Jego Paschą. Judasz reaguje na to, mówiąc, że przecież można było ten olejek sprzedać, a pieniądze rozdać ubogim. Jezus odpowiada: „Ubogich zawsze będziecie mieli u siebie, ale Mnie nie zawsze”. Ta kobieta zrobiła to z miłości. Tak samo jest z życiem zakonnym – jest to dar czystej miłości. Nasze życie monastyczne ma w swojej nazwie także „jerozolimskie”, co wskazuje na miasto Jeruzalem. Ono jest dla nas miastem symbolem, matką wszystkich miast. Jest też bardzo ważnym miejscem dla wszystkich trzech religii monoteistycznych. Ta nazwa ma dla nas znaczenie także dlatego, że jesteśmy mnichami i mniszkami z wyboru żyjącymi w wielkich miastach. Nasze życie ukryte nie jest przeżywane w oddaleniu od ludzi, w wielowiekowych klasztorach oddalonych od metropolii, ale właśnie w wielkich miastach. Jerozolima jest dla nas również takim miastem emblematem ze względu na Jeruzalem Niebieskie, o którym mowa jest w Apokalipsie. Jest miejscem, do którego idziemy. Niebo, które na nas czeka, nie będzie już tylko ogrodem. To będzie miasto. Przestrzeń, gdzie będzie wspólnota ludzi, gdzie wszyscy będą zebrani. No i ostatni człon naszej nazwy, czyli „wspólnoty”. Kładziemy w ten sposób nacisk na to, żeby nasze życie było prostym życiem wspólnotowym, trochę na wzór rodziny. Nie są to więc wspólnoty bardzo liczne: zdarza się nierzadko, że jest nas po kilka osób (kilkanaście to dla nas taka opcja optymalna). Kiedy pojawia się więcej osób, zaczynamy myśleć o jakimś kolejnym miejscu. We wspólnotach ponadtrzydziestoosobowych ten charakter rodzinny jest nierealny. Oczywiście, zdarzały się lata, kiedy było nas więcej w jednym miejscu, ale to zazwyczaj w sytuacji oczekiwania na narodziny kolejnej fundacji. To określenie „wspólnoty” ma zatem wskazywać na wspólnotowy, braterski charakter naszego życia; jego prostotę, serdeczne relacje międzyludzkie. A jednocześnie na mocne ukierunkowanie na to, co jest esencją życia monastycznego, czyli „sam na sam” z Bogiem. Szukanie Tego, który jest centrum i sensem wszystkiego. Jak pani widzi, w naszej nazwie nie pada: „zgromadzenie” czy „zakon”. Nasz założyciel, ojciec Pierre-Marie Delfieux, chciał, żebyśmy pozostali jak „najlżejszą”, jak najmniej zinstytucjonalizowaną wspólnotą. Oczywiście, jesteśmy wpisani w struktury. Funkcjonujemy w wielu krajach na prawach diecezjalnych, w duchu Soboru Watykańskiego II, po którym się narodziliśmy, a więc w duchu pewnego zwrotu ku Kościołowi lokalnemu.

Co to znaczy być mnichem czy mniszką w wielkim mieście? Dlaczego mnich ma żyć w mieście, a nie może się zamknąć gdzieś w pustelni?

Mnich oczywiście może się zamknąć w pustelni i jest potrzeba, żeby tacy ludzie też byli. Jednak nasz założyciel był także dobrym socjologiem, który analizował społeczeństwo i fenomeny społeczne. Obserwował migracje ludności wiejskiej do miast i widział wyraźnie potrzebę obecności mnichów w aglomeracjach miejskich. Bóg jest obecny w każdym człowieku, nie tylko w kościołach i nie tylko w rzeczywistości sakralnej. Kościół jest rzeczywistością, w której Bóg podarowuje się ludzkości. Dlatego Kościół powinien iść wszędzie tam, gdzie jest człowiek. I życie zakonne również powinno być pośród ludzi. Jeśli się prześledzi historię wielu zgromadzeń, to można dostrzec, że wiele z nich powstawało w odpowiedzi na konkretne potrzeby. Dla nas fundamentalne jest życie modlitwy pośród ludzi. Żeby Bóg mógł być obecny w sposób widzialny wśród swoich dzieci przez tych, którzy mu się całkowicie oddają. Zacytuję w tym miejscu ważny fragment naszej reguły: „Obrałeś sobie monastycyzm miejski nie z racji solidarności, apostolstwa czy nawet chęci dawania świadectwa, lecz głównie dlatego, aby bezinteresownie i bezustannie kontemplować Boga w tym najpiękniejszym obrazie, którym – bardziej niż samotność, góra, pustynia czy świątynia – jest ludzkie miasto”. Tak na miasto i naszą obecność w nim patrzył nasz założyciel. Pierre-Marie powiedział kiedyś, że największą świątynią świata jest paryskie metro. I dodawał: „W niebie będziemy zadziwieni, gdy zobaczymy (jeśli Bóg da), jak bardzo był On obecny, wzywany, szukany w tym miejscu, gdzie jak rzeka przepływają dziesiątki tysięcy istnień ludzkich spragnionych Boga”. Tak więc naszą misją jest ogarnianie modlitwą wszystkich miejskich przestrzeni ze względu na ludzi w mieście żyjących. Skoro najukochańszym miejscem przebywania Boga jest serce człowieka, to można powiedzieć, że im więcej ludzi, tym piękniejsza ikona Boga. My, jako mniszki, chcemy to ukryte piękno Boga kontemplować i doszukiwać się go w drugim człowieku. Każdy napotkany człowiek, każde wydarzenie staje się dla nas modlitwą. Kiedy byłam nowicjuszką, zapytałam Pierre’a-Marie, po co pojechał na pustynię. Odpowiedział, że zrobił to, by doświadczyć, że Bóg jest, i to w sytuacji, kiedy na zewnątrz pozornie nic nie ma. Życie na geograficznej pustyni było według niego piękne i sprzyjające kontemplacji, ale to właśnie tam uświadomił sobie, że jest jeszcze większa pustynia od tej geograficznej, mineralnej. To pustynia wielkich miast, gdzie człowiek stworzony do miłości i braterstwa doświadcza: anonimowości, przemocy, okrucieństwa, obojętności, gdzie ludzie dosłownie umierają z osamotnienia. W tych wielkich miastach mamy przyjmować każdego, być otwartymi na wszelkie formy ludzkiego ubóstwa, niekoniecznie tylko materialnego. Taki jest sens naszego życia w mieście.

Opublikowano Habit zamiast szminki | 1 komentarz

Bóg we mgle

W zeszłym tygodniu miałam niebywałą przyjemność przemierzania górskich szlaków wraz z Duszpasterstwem Akademickim DĄB. Początek jednak wcale nie zapowiadał fantastycznego wyjazdu. Kiedy w sobotę wyszliśmy na Rusinową Polanę, to mgła była tak gęsta, że nie było widać nawet wszystkich ławeczek. Jak mogło mnie nie boleć serce, jeśli wiedziałam jak niesamowity widok powinien roztaczać się z tego miejsca! Nawet najlepsze oscypki świata były marnym pocieszeniem wobec deszczu i śliskich kamieni. Bardzo łatwo było się na tym zatrzymać i z żalem zejść ze szlaku, skupiając się na tym czego brakuje. Wtedy jednak trudno dostrzec małe promyki radości, które wśród ciemnych mgieł wyłaniają się tuż obok – chociażby krople rozpostarte na trawie niczym drogocenne perełki mieniące się mimo braku słońca. Niewątpliwie więc pierwszą mglistą lekcją okazało się to co zawsze – tylko życie wdzięcznością sprawia, że możemy być prawdziwie szczęśliwi.

Druga lekcja była trudniejsza. Niedzielna wyprawa na Kasprowy Wierch skończyła się bowiem przemoczeniem totalnym (żeby nie powiedzieć holistycznym). Można było próbować dopatrzeć się wielu pozytywów, choćby doborowe towarzystwo czy wyjątkowe pustki w Murowańcu i niesamowity smak wiśniowej herbaty, który w innych warunkach nie byłby tak wyjątkowy. Wciąż jednak pojawiało się pytanie: czy było warto? Może lepiej było zostać w ciepłym domku i oglądać deszcz zza bezpiecznej szyby? Przecież „efekt byłby ten sam”. Lepsze widoki można podziwiać na plakatach w jadalni niż udało nam się tego dnia zobaczyć.

Dzięki gęstej mgle zrozumiałam, że to wcale nie dla widoków decyduję się iść w góry. Jestem głęboko przekonana, że nie jest wszystko jedno czy wyruszam w drogę czy zostaję w domu. To przecież nie sam krajobraz mnie zmienia, ale właśnie droga, którą przemierzam. Owszem, zachwyt nad Bożym stworzeniem jest tu czynnikiem ważnym, ale czy nie bardziej istotny jest mój wysiłek, poczucie majestatu Stwórcy, doświadczenie swojej słabości, potrzeba wsparcia na trudnym szlaku? Czy nie nauczę się więcej właśnie przez to, że nie dostaję „cukierków” na szczycie?

W kolejne dni pogoda była dla nas bardziej łaskawa i udało się zobaczyć niesamowite tatrzańskie panoramy. Nie zapomniałam jednak o mgle i jej lekcjach. Tym bardziej doceniałam to co widzę, pamiętając, że „nie zawsze tak będzie”.

W moich codziennych duchowych zmaganiach też często panuje mgła i ciemność, kiedy nie mam pewności, czy moja modlitwa rzeczywiście ma sens. Dlatego tak ważna jest wiara i ufność, że w odpowiednim momencie Bóg rozgoni chmury i moim oczom ukaże się to co czego wcześnie nie dostrzegałam. Ważne jednak żebym w tym momencie była w drodze na szczyt, a nie zrezygnowana płakała w domu, narzekając na mgłę.

 

Opublikowano Refleksje z życia | 3 komentarze

Przenikasz i znasz mnie

Dzisiaj w liturgii śpiewamy psalm 139 zaczynający się od słów „Przenikasz i znasz mnie, Panie”. To słowa, które towarzyszyły mi podczas moich rekolekcji i przypominały, że jeśli tylko pozwolę, Duch Święty będzie mnie przenikać i zmieniać tak, bym była coraz bardziej podobna do Niego. Objawiał mi się On w postaci wiatru, który jest w stanie mnie ogarnąć mnie swoją miłością i sprawić, że czuję się bezpieczna i kochana.

Te słowa stały się też ważne na początku mojej nowej misji, bo rozeznawanie swojego życiowego powołania związane jest właśnie z odkryciem, że to Bóg zna nas najlepiej i  dlatego warto Jego pytać o najlepszą drogę. To dotyczy zresztą wszelkich decyzji w naszym życiu, bo będziemy zapraszać do nich Boga tylko wtedy gdy odkryjemy, że On w lekkim powiewie rozjaśnia nasze umysły, a nie powala huraganem zmian.

Bóg który zna nas najlepiej pragnie, żebyśmy zawsze wybierali życie w pełni, dlatego warto Mu się nie opierać 😉 Mam w tym roku ten wyjątkowy przywilej, by towarzyszyć tym, którzy będą poszukiwać Jego woli, więc pozwolę sobie na małą reklamę 😉 Serdecznie zapraszam do Pobiedzisk na Grupę Rozeznawania. Szczegóły na naszej stronie. Podajcie dalej!

 

Opublikowano Rozeznawanie | 1 komentarz

Być narzędziem w rękach Boga

W ciągu ostatnich dni miała okazję usłyszeć dwa dobre kazania na temat wczorajszej Ewangelii. Oba od zacnych dominikanów. Do pierwszego nawiązywałam w propozycji do medytacji, a dziś chciałabym podzielić się z Wami drugim. Główna myśl oparta była na zdaniu wypowiedzianym przez Piotra: „ Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!„. To jest szczyt jego wiary. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie był wstanie z takim zaufaniem powierzyć swojego życie Jezusowi, jak w tym momencie, kiedy pośród szalejącej burzy decyduje się wyjść z łodzi i iść w kierunku swojego Zbawiciela, nie będąc nawet pewnym, że to On. Wtedy przez jego ręce (a może nawet nogi 😉 ) dzieją się cuda. On nie chodzi po wodzie swoją mocą, ale dzięki wierze pozwala sobie na bycie narzędziem w rękach tego, który ma moc nieskończoną.

Ja wiele razy doświadczyłam tego, że przez moje ręce dzieją się cuda. Jeśli tylko pozwalam Bogu na działanie, On nie tylko sprawia, że ja jestem głęboko szczęśliwa, ale też zmienia życie ludzi wokół mnie. Czasem zupełnie niespodziewanie. Nie ma dla mnie większej radości niż myśl, że mogę spełniać marzenia samego Boga. Oczywiście te cuda nie sprawiają, że znika cierpienie i wszystko się układa jak tego chcemy. Wręcz przeciwnie, one bardzo często dokonują się pośród największych burz i pokazują, że nie ma takiego wiatru, którego On nie ma mocy uciszyć. Jeśli wszystko dobrze się nie kończy, to znaczy, że to jeszcze nie koniec!

Przypomniała mi się modlitwa św. Franciszka, która w pewien sposób bardzo dobrze wyraża też nasz charyzmat – bycia Sercem Boga w świecie.

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.

Jeszcze nie rozpoczęłam mojej nowej misji, a już ją uwielbiam, bo czyż może być coś piękniejszego niż pomaganie innym odkrywać, że też mogą być kobietami Jego Serca i chodzić po wodzie?

Opublikowano Spojrzenie na Boga | 2 komentarze