Przyjaciółka Jezusa

Ostatnio miałam jakąś taką dziwną myśl, że jakbym miała być papieżem, to musiałabym sobie wybrać jakieś imię. Takie, które mówiłoby coś o tym, w którym kierunku myślę, że powinien pójść Kościół, o tym jaka jest moja duchowa wrażliwość i gdzie osobiście odnajduję Boga. Na szczęście bycie papieżem mi nie grozi. Zmiana imienia też nie, choć w wielu żeńskich zgromadzeniach taka praktyka jest popularna. Jakbym miała jednak wybrać patronkę, która by mnie prowadziła, bez zastanowienia postawiłabym na Marię Magdalenę.

Patronka dzisiejszego dnia to postać wyjątkowa. Nie wiemy wiele o jej przeszłości, oprócz tego, że Jezus wyrzucił z niej siedem złych duchów. Mam wrażenie, że takie stwierdzenie kojarzy nam się dziś z tajemnymi obrzędami egzorcysty, przy których szatan rzuca opętanym o ściany… Wcale nie musi to jednak wyglądać tak spektakularnie. I zwykle nie wygląda. Siedem złych duchów to jest po prostu bardzo dużo zła. To obraz człowieka utopionego w grzechach, bardzo oddalonego od Boga – tak bardzo, że można przestać wierzyć, że powrót jest możliwy. Dla Boga jednak nie ma nic niemożliwego. Maria Magdalena z osoby opętanej przez zło, stała się pierwszym świadkiem zmartwychwstania, najwierniejszą przyjaciółką Jezusa, która jako jedna z niewielu wytrwała pod krzyżem.

Nie wiemy w jakich okolicznościach nastąpiła w niej taka zmiana. Wiemy jednak, że jej serce przemieniło się całkowicie, bo spotkała Żywego Boga. Jestem przekonana, że tego potrzeba dziś światu i tylko to może nas uratować – relacje pełne miłości. Historia Marii Magdaleny przypomina nam, że jest szansa dla każdego, że nawrócenie i zmiana życia jest na wyciągnięcie ręki, że wystarczy spojrzeć w oczy Bogu albo komuś, kto już Go odnalazł i potrafi promieniować Jego ciepłem.

Nie bez przyczyny papież Franciszek w zeszłym roku postanowił, że w tym dniu będziemy obchodzić święto, a nie tylko wspomnienie. Dzisiejsza patronka to więcej niż wzór do naśladowania. To symbol tego, że miłość jest silniejsza od wszelkiego zła i że to ona ostatecznie zwycięży.

Opublikowano Spojrzenie na Boga | 2 komentarze

Habit zamiast szminki #8 – katecheza i życie ukryte w Bogu

Siostra Maura Leszek ze Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Misjonarek jest katechetką z pasją. Czytając wywiad z nią zastanawiałam się, czy ja kiedyś z taką radością mogłabym pracować w szkole. Póki co czekają mnie inne zadania, ale jakbym miała wracać do edukacji, chyba wybrałabym się do niej na korepetycje 😉

Czy ma Siostra poczucie, że dla tych licealistów jest osobą, do której mogą się zwrócić ze swoimi problemami? Czy dominuje raczej obawa, że zakonnica zaraz zrobi im wykład z moralności?

Może odwołam się do konkretu. Wczoraj miałam w szkole wolną godzinę (okienko) i przyszedł do mnie uczeń, żeby pogadać o swoim problemie. Jestem przyzwyczajona do tego, że wszelkie wolne godziny czy dodatkowe zajęcia są w moim przypadku albo przygotowaniem uczniów do konkursów albo są czasem przegadanym – bo młodzież przychodzi, żeby porozmawiać. Myślę, że moi uczniowie wiedzą, że zawsze mogą przyjść. Czasem też dzwonią – nawet w niedzielę. Wiedzą też, że jeśli przyjdą do mnie z czymkolwiek, to zostanie to między nami. Umożliwiam im też na lekcjach to, żeby się nie zgadzali, żeby mogli wykrzyczeć, co ich boli, żeby w cudzysłowie „popluli” sobie – na Kościół, na innych ludzi, na życie… Wychodzę z założenia, że powycieramy to razem. Pamiętam katechezę, podczas której uczniowie stwierdzili, że wszystko w Kościele jest bez sensu. Usiadłam z nimi i zaczęłam pytać o konkretne propozycje zmian. „Straciłam” całą lekcję, a pod koniec usłyszałam: „Dobra, niech może zostanie, jak jest, bo chyba tego lepiej nie ułożymy”. Kiedyś arcybiskup Życiński powiedział takie słowa: „Krytykujesz? – Proponuj! Proponujesz? – Wykonuj!”. I tego się trzymam

Czy ma Siostra wrażenie, że zakonnice nawet w Kościele postrzegane są jako osoby od „czarnej roboty”?

To bardzo zależy od indywidualnych doświadczeń. Czasem widzę u młodzieży z małych miejscowości z jednym kościołem, gdzie nie ma sióstr, że oni naprawdę mają problem, jak się do mnie zwrócić, bo nigdy żadnej zakonnicy nie widzieli. Dla nich to taki dziwny, nieznany twór w Kościele. Dużo zależy też od nas samych. Choćby tu, gdzie mieszkamy, jest dom na pozór niewyróżniający się na osiedlu, furtka. Łatwo stworzyć sobie konformistyczny styl życia na zasadzie: idę do pracy, realizuję temat, wracam do domu i mam czas prowadzić życie zakonne, czyli idę do kaplicy i dajcie mi święty spokój. Miałam taki etap w swoim życiu, kiedy myślałam, że to tak powinno funkcjonować.

A jak powinno?

Przede wszystkim należy zrozumieć, że życie zakonne to nie cel, tylko sposób na jego osiągnięcie. Nie mam męża i dzieci, bo wiem, że wtedy nie mogłabym być „na maksa” dla innych. Kiedy przychodzi do mnie ktoś porozmawiać, to czasem „tracę” dwie czy trzy godziny. Mogę poświęcić mu właśnie tyle czasu, bo taki styl życia mi to umożliwia. To jest jeden wymiar. Drugi sprowadza się do tego, że istota naszego życia jest w pewien sposób niedostrzegalna. Sobór Watykański II, mówiąc o życiu konsekrowanym, podkreślił, że jest to „życie ukryte w Bogu”. I tak jest dobrze – Bóg widzi wszystko, a przecież dla Niego żyjemy, pracujemy, jesteśmy… Mam nadzieję, że przeze mnie moi uczniowie kształtują sobie obraz Kościoła. Że kiedyś będą wspominać, że znali kobietę, która poświęciła życie Bogu, a była normalna, można było z nią pogadać, pożartować, a jak trzeba, to i czasem popłakać. Tak powinno zostać. Nie lubię, kiedy ktoś chce mnie na piedestał wyciągnąć. W szkole czasem „odwalam czarną robotę” i nie mam z tym problemu. Śmieję się z osób, które mówią, że swojego kubka nie umyją, bo innym za to płacą. Ja nie pracuję dla pieniędzy. Jednocześnie mam świadomość, że wszędzie swoją osobą reprezentuję zgromadzenie. Zdarza się, że jadę z dzieciakami do opery i ktoś mnie pyta: „Czy to szkoła katolicka?”. Odpowiadam, że nie. I widzę zdziwienie: „I siostra do opery z dziećmi?”. A dlaczego nie? Nie chodzę z nimi na piwo, ale nie widzę powodu, dla którego mam nie pójść z nimi do kina, do filharmonii czy do opery. Jak zapytasz młodzież, w jaki sposób mogą pogłębiać swoją relację z Bogiem, to oni wyliczą ci tylko jeden wymiar: modlić się, chodzić do kościoła i na religię. Tylko tyle! Gdybym kazała im wypisać swoje grzechy, to stworzą niekończącą się listę, ale kiedy pytam: „W jaki sposób oddajesz chwałę Bogu i okazujesz Mu miłość?”, to tylko jedno przychodzi im do głowy: chodzenie do kościoła, no i może jeszcze na religię. Pytam więc dalej: „Co robisz ze względu na Jezusa? Gdyby nie On, tobyś tego nie robił?”. Żebyś ty widziała ich zdziwione miny. Bo ja wiem, co robię tylko ze względu na Jezusa – noszę habit. Gdyby Go nie było, to te moje dwadzieścia lat jest bez sensu. Młodym ludziom często wydaje się, że możesz być wielkim męczennikiem, ewentualnie fantastycznym charyzmatykiem albo – jesteś nikim. A Pan Bóg – jestem o tym przekonana – nie weźmie od nas wielkich akcji charytatywnych. Czasem dużo cenniejsze jest, że się przy kimś zatrzymasz, mimo że się śpieszysz. Nie trzeba jechać na misje, nawracać nie wiadomo kogo i szukać spragnionego, któremu podasz kubek wody. Zauważenie kogoś, kogo normalnie byś zlekceważyła, nie zauważyła, jest ważniejsze i nawet trudniejsze, śmiem twierdzić. To drobiazg. Dzisiejszy świat tak strasznie skupia się na wszystkim, co jest spektakularne, że przeocza te drobiazgi. A Jezus nie weźmie tych wielkich rzeczy. Bo za wielkie rzeczy mamy zapłacone już tu, na ziemi – podziwem innych. Gubimy się w poszukiwaniu wielkości i tego wszystkiego, co sprawi, że na chwilę wstrzymamy oddech. A w tym czasie przez palce przelatuje nam życie. Co z tego, że znasz pięć języków, skoro nie znasz języka miłości i napotkanego człowieka nie traktujesz jak brata? Fantastyczne jest wybudowanie szkoły czy studni w Afryce, ale wcale nie jest powiedziane, że chodzenie do moich uczniów, kochanie ich, wściekanie się na nich, modlenie się za nich jest mniej ważne.

Opublikowano Habit zamiast szminki | 2 komentarze

Habit zamiast szminki #7 – powołanie i narkomania

Siostry Jolanty Glapki chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Książka „Siostra na krawędzi” autorstwa Agaty Puścikowskiej, pokazuje wiele jej twarzy – człowieka gór, współtwórczyni katolickich mediów, gorliwą obrończynię ludzi z marginesu, ale przede wszystkim zakonnicę żyjącą z pasją. Filmik o Fundacji „Pasja życia” oglądałam jeszcze przed wstąpieniem i poruszał jakąś strunę w moim sercu. Na pewno miało to jakiś wpływ na to, że swoje szczęście odnalazłam właśnie w Sacre Coeur. W „Habicie” s. Jola opowiada, jak zwykle ciekawie, o tym, co dla niej w życiu ważne.  Oto mała próbka.

Czym to powołanie jest według Siostry? Czy da się je w ogóle zdefiniować? Wcześniej wspomniała Siostra, że ten fenomen Siostrę fascynuje.

Myślę, że jest to Boże wezwanie, na które człowiek odpowiada. Jest to Boży dar. Pan Bóg woła rzeczywiście. Ja mogę na to wezwanie odpowiedzieć lub nie. Jestem wolna. Myślę, że powołanie jest tym, co Pan Bóg mi wyznaczył, czyli np. czy mam być lekarzem, czy mam wyjść za mąż za tego człowieka, czy ożenić się z tą dziewczyną. Sądzę, że pójście za tym wezwaniem daje szczęście. Zmierzenie się z pytaniem, co powinienem w danym momencie z sobą zrobić. Czy w powołaniu chodzi o to, żebym odkryła, co sama chcę robić, czy co Pan Bóg chce, abym robiła? Ja mam odkryć to, co Pan Bóg mi dał i co jest w moim sercu. To pragnienie jest we mnie. Nie gdzieś w powietrzu, nie na zewnątrz, nie dookoła mnie, tylko we mnie. Ja to odkrywam w sobie. To jest najgłębsze pragnienie mojego serca, które odkrywam i bez względu na wszystko, bez względu na okoliczności, idę za tym. Okoliczności mogą być trudne, na przykład pozostając na płaszczyźnie życia zakonnego – siostry jedynaczki, które mają schorowanych, starszych rodziców. A jednak bez względu na wszystko idą. Kiedy odkryłam swoje powołanie, przestałam zważać na wszelkie głosy krytyczne, także te mówiące, że chyba oszalałam. Miałam głębokie poczucie, że wiem, o co mi chodzi. Czułam w sobie siłę, odwagę, upór. Ojciec, czasem mawiał: „Jak już, córuś, wiesz, co masz robić, to rób”. Więc ja po prostu idę i robię.

Dlaczego akurat narkomani? Co odpowiedziałaby Siostra osobom twierdzącym, że tacy chorzy w niczym nie zawinili, a narkoman niejako sam zadecydował o swoim losie?

Mnie się wydaje, że jest to kolejny mit na temat narkomanii. Niewiedza. I wielka nieprawda. A równocześnie krzywda, jaką się wyrządza takim sądem osobom uzależnionym. To jest choroba jak każda inna i ona też z czegoś wynika. Nikt świadomie i samodzielnie nie poddaje się destrukcji. Ktoś, kto czuje się szczęśliwy, chciany i potrzebny, ktoś, kto wie, że od momentu przyjścia na świat był akceptowany, oczekiwany, afirmowany, raczej nie wchodzi w narkomanię. Bo narkomania jest w rzeczywistości wielką autodestrukcją. Zachęcałabym wszystkich, którzy twierdzą, że narkomania jest wyborem na własne życzenie, by zapoznali się z życiorysami osób uzależnionych, żeby ocenili, czy faktycznie chorzy sami sobie zawinili. Myślę, że gdyby posłuchali historii i życiorysów, które ja znam, zmieniliby zdanie. A dlaczego narkomania? Myślę, że był w tym jakiś palec Boży. Pracowałam wtedy w Telewizji Niepokalanów, wcześniej byłam zaangażowana w jej zakładanie. W pewnym momencie stwierdziłam, że trzeba by zrobić program o problemie narkomanii w Polsce.

Co sprawiło, że w 2006 roku założyła Siostra Fundację „Pasja Życia”, udzielającą profesjonalnej pomocy osobom uzależnionym?

Myślę, że właśnie nagromadzenie takich doświadczeń i życiorysów. Bo przecież takie historie wydają się bez sensu. Na tym polega dramat tej choroby. Przeżywaliśmy wraz z innymi zaangażowanymi osobami ogromną frustrację z powodu tych historii. Chcieliśmy stworzyć fundację działającą na zasadach chrześcijańskich, która równocześnie zajmowałaby się profilaktyką. Zrozumiałam na przestrzeni lat, że by móc skoncentrować się na profilaktyce, konieczne jest stworzenie centrum, w którym młodzi ludzie mogliby rozwijać swoje pasje. Takie centrum powstaje właśnie w Legionowie. Będzie się ono składało z dwóch części. W jednej będą prowadzone zajęcia, a w drugiej powstanie hostel dla osób po terapii, które wracają powoli do życia w społeczeństwie. Zauważyłam, że często osoby kończące terapie zwyczajnie nie miały się gdzie podziać ani co ze sobą zrobić. Centrum oferowałoby pewien program, opiekę duchową, warunki do tego, by pracować dalej i żyć w trzeźwości. Bo szansą na wyleczenie jest praca nad sobą.

Opublikowano Habit zamiast szminki | Skomentuj

Przeprowadzka

Pakowanie to bardzo znana mi czynność. Po raz trzeci przeprowadzam się od kiedy wstąpiłam do zakonu, a wcześniej robiłam to już niezliczoną ilość razy. Dźwięk rozwijanej taśmy i składanych pudełek powoduje, że przypominają się różne etapy mojego życia. W tym roku zwróciłam jednak szczególną uwagę na pewną pokusę, która się pojawia. Kiedy wyciągam z szafki stosy papierów i rzeczy, o których istnieniu nawet nie pamiętałam, cichy głosik podpowiada mi: „nie ma co przeglądać, pakuj wszystko”. Niby niewinna sprawa, bo przecież nawet kilka dodatkowych pudełek zmieści się do samochodu i przewiozę je do Poznania. Potem przy rozpakowaniu pewnie pojawi się się podoba myśl: „nie ma co przeglądać, wrzucaj na półki”. Problem wcale nie jest w tym, że będę miała mniej miejsca na półkach, ale w tym, że zwolnię się z myślenia o tym co mi w zasadzie jest w życiu potrzebne – jako kobiecie, chrześcijance, a w końcu zakonnicy. Co będzie mi potrzebne do misji, a co mogę zostawić za sobą, bez zbędnych sentymentów. Co pomoże mi w zbliżaniu się do Jezusa, a co powoduje, że po cichu się od Niego oddalam.

Wydaje się, że dużo gorzej może być, jeśli takich podszeptów posłuchamy w naszym życiu duchowym. Może się okazać, że Pan Bóg odkrywać będzie w nas obszary, których dotąd nie znaliśmy, a my stwierdzimy, że lepiej do nich nie zaglądać. Możemy w ten sposób przez lata nieść ze sobą ciężki worek nierozwiązanych spraw, niewyjaśnionych kłótni, nieodkrytych pragnień i nieuświadomionych żali. Tylko po co?

Może właśnie dlatego lubię pakowanie – jeśli nie ulegnę nieżyczliwym głosom w głowie, jest to doskonała okazja, żeby pozbyć się tego, co zamiast dawać życie, stało się zbędnym balastem. Tylko czy wystarczy mi odwagi? W końcu zawsze jeszcze „mogą się przydać”.

Opublikowano Bez kategorii, Refleksje z życia | Skomentuj

Habit zamiast szminki #6 – sumienie i błogosławieństwo

Rozmowa z s. Augustyną Milej ze Zgromadzenia Sióstr Boromeuszek, która jest ginekologiem, była dla mnie ciekawa przede wszystkim dlatego, że sprowokowała mnie do refleksji na temat wartości wyznawanych przez współczesnego człowieka. W różnych kwestiach możemy się spierać, mieć różne poglądy, ale zasadniczo zwykle chodzi o różne sposoby osiągnięcia tych samych celów – by każdy mógł godnie i bezpiecznie żyć, ciesząc się wolnością. Jest jednak jakaś granica, do której dochodzimy, gdy chodzi o ludzkie życie. Dla części społeczeństwa prawem gwarantującym wolność będzie możliwość pełnego decydowania przez kobietę o swoim ciele, dla innych prawo do życia – również tej bezbronnej poczętej istoty, która jeszcze nie zdążyła się urodzić. I ta granica wcale nie przebiega równo między wierzącymi i niewierzącymi, ale gdzieś głębiej… Nie do końca wiem dlaczego nam się to tak rozjechało, ale zdecydowanie mnie to przeraża.

Poniżej fragment wywiadu o tym w jaki sposób postrzegany jest ginekolog w habicie.

Z jakimi reakcjami na przestrzeni lat spotykała się Siostra w środowisku medycznym i wśród pacjentek?

Z bardzo różnymi. W środowisku pacjentek w większości dobrze. Mimo wszystko czas ciąży i porodu dla ludzi poważnie myślących to jest czas dużego ryzyka. Chyba że ktoś zupełnie nieświadomie podchodzi do życia. Wiele razy spotykałam się z tym, że pacjentki, najczęściej przy porodach, kojarzyły habit z jakimś błogosławieństwem. A jak ktoś przychodził po antykoncepcję, to trudno, rozczarowywał się.

Co wtedy Siostra odpowiadała i co słyszała?

Różne rzeczy. Niektóre przykre. Niektóre agresywne. Czasami nic nie słyszałam. Odpowiadałam: „Szanuję pani poglądy, ale proszę, żeby pani uszanowała moje. Ja pani tego nie przepiszę. Wiem, że bym pani zaszkodziła, a jestem lekarzem i szkodzić pani nie chcę ani nie mogę”. Jeśli chodzi o środowisko lekarskie, bardzo ciekawą sytuację miałam kiedyś podczas kilkudniowego kursu dokształcającego dla ginekologów. W hotelu dostałam pokój dwuosobowy. Przyjechałam pierwsza. Pomyślałam, że wieczorem poczekam na współlokatorkę w pokoju, żeby się nie wystraszyła. Wiem, że może to być dla niej niecodzienna sytuacja. Pani doktor weszła i od progu wykrztusiła: „Ale ja jestem niewierząca”. Na co ja odpowiedziałam: „Ja jestem wierząca, ale może tydzień przetrwamy?”. Pani doktor pokręciła się trochę, wzięła walizkę i powiedziała: „Idę zobaczyć, czy mojemu koledze przydzielono księdza” (śmiech). Na tym kursie było nas wielu. Wiele różnych osób ze mną rozmawiało, ale ta pani tylko z boku mnie obserwowała.

Czy spotkała się Siostra z opiniami, że fakt, iż jest Siostra katolicką zakonnicą, odbiera Siostrze profesjonalizm?

Raczej takie głosy zasłyszałam gdzieś, niż ktoś wyraził je bezpośrednio. Kiedyś w przedsionku przychodni, gdzie przyjmuję, usłyszałam: „To czemu taką specjalizację wybrała, skoro nie przepisuje antykoncepcji? Mogła sobie internę zrobić. Jak jest ginekologiem, to powinna wszystko przepisywać”. Może więc nie tyle chodzi o kwestię profesjonalizmu, ile o rozpowszechnione dziś w wielu środowiskach przekonanie, że w tym zawodzie nie należy kierować się sumieniem.

Opublikowano Habit zamiast szminki | Skomentuj

Ewangeliczna Smurfetka

Od półtora tygodnia mam pod swoją opieką dzieci z półkolonii. Patrzę na nie czasem z radością, kiedy widzę ich zaangażowanie i lekkość prostego bycia sobą, ale i ze zmartwieniem, gdy słyszę po raz setny głośne: „Siostro!! A on mnie bije/przezywa/popycha, zajął moje miejsce, zabrał zabawkę…”. Ich złośliwość i okrucieństwo wobec siebie bywają przerażające, a brak niewinności po prostu zasmuca. Pewnie dzieci zawsze takie były, ale z troską zastanawiam się, czy przypadkiem nie wyrosną z nich dorośli, którzy będą obrzucać innych błotem na portalach internetowych i na cały świat zwalać winę za to, że nie są szczęśliwi. A przecież za 20 lat, to oni będą lekarzami, budowniczymi mostów, prawnikami i politykami, tworzącymi nasze społeczeństwo.

Dzisiejszy film w kinie, pozostawił mnie jednak pełną nadziei! Opowieść o smurfach (uwaga spojler! 😉 ) zaskoczyła mnie ilością pozytywnych akcentów. Smurfetka, choć została stworzona przez Gargamela, dzięki dobrym mocom Papy Smurfa staje się jednym z niebieskich stworzonek. Poszukuje ona swojej tożsamości, ale nie zatrzymuje się na swoim zagubieniu i wyrusza na wyprawę, by ostrzec nieznajomą wioskę o niebezpieczeństwie. Dołączają do niej smurfy, które postanawiły, że nie mogą porzucić swojej przyjaciółki. Ostatecznie Smurfetka okazuje się być „bardziej smurfem” niż wszyscy pozostali, bo oddaje życie za swoich braci. Dzięki sile miłości dwóch wiosek, zmartwychwstaje, a zły czarownik zostaje pokonany.

Nie wiem ile z tych dzieci zobaczyło w bajce żywą Ewangelię. Może nikt. Jeśli jednak choć przez moment ktoś pomyślał, że fajnie jest walczyć razem o dobro, pomagać sobie i poświęcać to, co swoje dla dobra drugiego człowieka, to świat z pewnością stanie się smurfniejszym miejscem!

Opublikowano Refleksje z życia | Skomentuj

Habit zamiast szminki #5 – habity i pytania bez gotowych odpowiedzi

Siostra Katarzyna Kmieć pracuje z prostytutkami. Zawsze wydawało mi się, że to ważna i potrzebna misja, bo dająca nadzieję tym, którym życie totalnie się poplątało. Takich ludzi znajdował sam Jezus i to do nich w pierwszej kolejności skierowana jest Dobra Nowina. Siostra Katarzyna oprócz tego jest psychiatrą i w wywiadzie możemy znaleźć dobre połączenie tego co jest pomocą człowiekowi na poziomie psychiki, a tego, gdzie tylko Pan Bóg może uleczyć duchowe rany. Wątek habitu, a w zasadzie jego braku, przytaczam, bo jest dobrym sformułowaniem tego, czego sama doświadczam.

Czy rola sióstr bezhabitowych w Kościele jest inna niż habitowych choćby przez fakt, że strój nie rzuca się w oczy?

Rola w ogóle osób zakonnych jest taka, że mamy być chrześcijanami, którzy w zdecydowany sposób są po stronie Pana Boga i świadczą o Nim. Mamy świadczyć o tym, że warto Jemu oddać życie. Może sposób, w jaki to robimy, jest inny. Ideą było, by robić to w sposób nierzucający się w oczy, bardziej przykładem niż słowem. W przypadku osoby ubranej w habit od razu wiadomo, kim jest. My w inny sposób mamy do ludzi docierać. Osobiście kocham tę formę życia zakonnego. Kiedy wezmę pod uwagę charakter mojego zgromadzenia, czyli pracę z osobami, które są pod pewnymi względami bardzo biedne, poranione przez grzech, wykluczone, to forma bezhabitowości bardzo w tym pomaga. Pomaga docierać nam bezpośrednio do ludzi bez zwracania na siebie uwagi. Bariera zawsze jest, bo każdy człowiek jest odrębnym światem, ale nie ma początkowej stygmatyzacji, sztywnienia na widok habitu. Łatwiej jest mi rozpocząć rozmowę na ulicy z dziewczyną, kiedy nie od razu widać, że jestem zakonnicą. Bo wtedy taka dziewczyna może sobie pomyśleć: co zakonnica może o życiu wiedzieć albo co może czuć, że nie jest dla mnie partnerem do rozmowy. Nie chodzi więc o ukrywanie tego, lecz o to, że łatwiej wtedy dotrzeć do pewnych środowisk.

Czy kiedykolwiek, obserwując choroby psychiczne i fizyczne, pomyślała Siostra, że może Bogu coś się nie udało, może nas z jakimś błędem zaprojektował?

Pojawiały mi się na przestrzeni lat różne kryzysy spowodowane pytaniami, przede wszystkim doświadczeniem jakiejś formy niezawinionego cierpienia czy przemocy, która nie mieściła się w moim odbiorze. Dalej noszę w sobie mnóstwo pytań. Rzeczywistość, która nas otacza, daleka jest od ideału. Odwołując się do życia Jezusa, tamta rzeczywistość też nie była sielankowa. Ludzie zawsze są tacy sami. Zdobycze kulturalne i cywilizacyjne są wprawdzie na innym poziomie, ale ludzkie namiętności, grzechy są od lat takie same. Nikt nam zresztą nie obiecywał niczego innego. Religia nie jest opium dla ludu, jakąś podpórką dla ludzi słabych. Jeżeli ktoś uważa, że religia jest dla słabych, to proponuję mu, żeby przebaczył temu, kto go skrzywdził. To jest oznaka słabości czy charakteru? Czy zdarzało się Siostrze kiedykolwiek być adresatem pytań o to, gdzie w tym wszystkim jest Bóg? W przypadku tych mocno pokiereszowanych ludzkich losów, jakiegoś cierpienia fizycznego lub psychicznego? Bardzo często bywam konfrontowana z takimi pytaniami. Ale przyznam od razu szczerze, że odpowiedzi na nie po prostu nie ma. Cierpienie jest tajemnicą, zawsze nią było i dalej jest. Oczywiście można w tym miejscu zrobić cały wykład o chrześcijańskiej teologii grzechu, ale to nie o to przecież chodzi. Nie wiemy, dlaczego Pan Bóg dopuszcza różne rzeczy i niełatwo jest pocieszyć człowieka, który doświadcza cierpienia. Można mu różne rzeczy tłumaczyć, ale najczęściej niczemu to nie służy. Wiemy jednak, że nasz Bóg sam przeszedł przez cierpienie. Mam gdzieś taki obrazek, na którym jest napisane: „Mam doła. Nie dotykać. Nie ruszać. Nie pocieszać. Płakać razem ze mną”. Czyli nie mieć na wszystko gotowych odpowiedzi. Myślę sobie, że Bóg zrobił właśnie to samo. Przyszedł i był. Ludzie do dziś nieustannie stawiają pytania, gdzie był Bóg w Auschwitz, gdzie był, kiedy ludzie ginęli w komorach gazowych. Mnie wtedy przychodzi na myśl tylko jedno: Bóg był z tymi, którzy cierpią. Zawsze jest z tymi, którzy cierpią. Wierzę, że kiedyś zrozumiemy to wszystko po tamtej stronie. Natomiast w tej chwili dawanie łatwych odpowiedzi osobie, która cierpi, jest bez sensu.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Miejsce przy Sercu

Dzisiaj nasze największe święto – Uroczystość Najświętszego Serca Jezusa. To dzień, który przypomina nam, że mamy ciągle nasze serca upodabniać do Jego Serca. Ono jest ciche, pokorne i pełne miłości do każdego. W dzisiejszej Ewangelii chyba z łatwością odnajdzie się każdy, kto zakończył dziś rok szkolny – Jezus zaprasza tych, którzy są utrudzeni i obciążeni, żeby ich pokrzepić i dodać sił! Najlepszym tego znakiem są nadchodzące wakacje 😉

Ja jednak zwróciłam szczególną uwagę na pierwsze czytanie: „Ty jesteś narodem poświęconym twojemu Panu Bogu. Ciebie wybrał twój Pan Bóg, byś spośród wszystkich narodów, które są na powierzchni ziemi, był ludem będącym Jego szczególną własnością. Pan wybrał was i znalazł upodobanie w was nie dlatego, że liczebnie przewyższacie wszystkie narody, gdyż ze wszystkich narodów jesteście najmniejszym, lecz dlatego, że Pan was umiłował” (Pwt 7,6-8). Jakbym dziś słyszała słowa Jezusa skierowanego do nas: Jesteście Zgromadzeniem poświęconym mojemu Sercu. Was wybrałem, byście były moją szczególną własnością, nie dlatego, że liczebnie przewyższacie inne Zgromadzenia, bo jesteście małym Zgromadzeniem, lecz dlatego, że Ja was umiłowałem.

Nasza Święta Matka zawsze mówiła o nas „to małe zgromadzenie”, ale i wiedziała, że Jezus mocno nas kocha. Dziś czuję podobnie. Nie ma nas dużo, ale mamy szczególne miejsce blisko Serca i szczególną misję, by Jego miłość nieść światu. To jednak nie jest miejsce tylko dla nas. Ono jest dla każdego, kto pragnie uczyć się od Jezusa jak kochać, jak otwierać się na innych, jak dawać się zranić i stawać się coraz bardziej jak On. Idziecie z nami? 🙂

Opublikowano Sacre Coeur | 3 komentarze

Habit zamiast szminki #4 – otwartość i inkulturacja

Siostrę Cecylię ze Zgromadzenia Misjonarek NMP Królowej Afryki miałam okazję poznać już 8 lat temu, kiedy pierwszy raz wyjeżdżałam do Kenii. Od tamtego czasu sporadycznie się spotykamy przy różnych okazjach i zawsze są to przemiłe spotkania 🙂 Siostry Białe to wyjątkowo pokrewne nam dusze! Gdyby moje serce bardziej przechyliło się w kierunku misyjnym, pewnie właśnie u nich bym się odnalazła. Rozmowa z s. Cecylią jest cała fascynująca, szczególnie dla osoby, która w Afryce zostawiła kawałek swojego serca 😉 Z trudem wybrałam dwa pytania i zachęcam do przeczytania całości!

Czy to właśnie orientacja na Afrykę powinna być zasadniczym rysem przyszłej kandydatki?

Ja bym powiedziała, że dużo istotniejsza jest orientacja na drugiego człowieka. To jest bardzo ważne. Kandydatka musi być otwarta na drugiego człowieka, a ten drugi człowiek to nie zawsze będzie katolik. To może być nasz niewierzący sąsiad czy Afrykańczyk. Jesteśmy posłane, by z każdym człowiekiem rozmawiać. Gdyby siostra biała odpowiadała na pozdrowienie tylko ludziom wierzącym, a resztę traktowała jako gorszą część ludzkości, to by znaczyło, że ewidentnie coś nie gra. W przypadku nas, misjonarek, relacje z drugim człowiekiem powinny być decydujące. Od tego, czy mamy taką relację, niezależnie, czy będzie to chory w szpitalu, trędowaty, bezdomny na ulicy, kobieta z dzieckiem czy nasz przyjaciel, zależy, czy będziemy w stanie przekazać mu wartości, którymi same żyjemy i które mogą stać się wartościami także dla tego człowieka. Miałyśmy kiedyś tutaj, w Lublinie, sąsiada, już świętej pamięci, który często mówił do mnie: „Jestem niewierzący, ale bardzo was lubię i szanuję”. Nasza znajomość zaczęła się od tego, że mówiliśmy sobie „dzień dobry”. Z czasem zaczął przynosić nam kwiaty do kaplicy albo ryby na wigilię. Docierało do mnie później, że mówił o nas: „Znam siostry, które są normalne, nie odgradzają się, rozmawiają z innymi”. Kiedyś zasugerował mi nawet, że powinnyśmy chodzić po domach niczym świadkowie Jehowy, żeby wielu ludzi mogło nas poznać (śmiech). Ale tak serio, wszystko zaczyna się od małych rzeczy, od szacunku i wzajemnej życzliwości. Od tego, żeby dla własnej wygody nie ucinać kontaktu z drugim człowiekiem. To są proste rzeczy, które wydają mi się konieczne.

Czym jest tak zwana inkulturacja? Jak powinno „przekładać się” chrześcijaństwo na kulturę i obyczajowość danego kraju?

Kiedyś w zgromadzeniu czytałyśmy książki i miałyśmy całe sesje poświęcone inkulturacji, czyli temu, jak wejść w świat drugiego człowieka z poszanowaniem jego lokalnych tradycji. Myślę jednak, że nie o wykład w tym miejscu chodzi. Odpowiem, jak to rozumiem, odwołując się do kilku historii, które przeżyłam w Afryce.

Pewnego razu wykonywałam opatrunek mężczyźnie, który trafił do szpitala. W gabinecie zabiegowym wisiał krzyż. W pewnym momencie mężczyzna zapytał mnie, pokazując na krzyż: „Czy on coś ukradł?”. Odpowiedziałam, że nie, że on z miłości do ludzi przyszedł na świat. Na co słyszę: „Jak to przyszedł? Z nieba, czy urodził się na ziemi?”. Odpowiadam, że urodził się na ziemi, w Betlejem. Mężczyzna znów pyta, czy taka wioska jest na mapie? Odpowiadam, że tak. Dla tego mężczyzny ten nasz dialog, pewnie kompletnie niezrozumiały dla Europejczyka, to był jakiś kosmos. Z czasem ten człowiek trafił na katechezę, a później przyjął chrzest.

Inna scena ze szpitala. Kiedyś podczas mojego dyżuru zjawił się mężczyzna, który na rowerze przywiózł zupełnie nieznanego sobie nieprzytomnego człowieka. Powiedział, że był w drodze do sąsiedniej wioski, kiedy przy drodze zobaczył rower i leżącego człowieka. Zostawił mi go i stwierdził, że wróci jeszcze po jego rower. Ten pacjent był nieprzytomny, od razu wiedziałam, że ma wysoką gorączkę i malarię. Podłączyłam mu leki i czekałam na powrót tamtego mężczyzny, żebym – gdy oprzytomnieje – mogła udzielić pacjentowi informacji, kto go tu doprowadził. Ten mężczyzna, jak obiecał, wrócił z rowerem. Zapytałam, jak ma na imię. W Afryce imiona wiele znaczą. Po samym imieniu można rozpoznać, czy ma się do czynienia z wyznawcą religii tradycyjnej, z muzułmaninem czy chrześcijaninem. Ten człowiek był wyznawcą religii tradycyjnej. Pewnie nigdy nie słyszał opowieści o miłosiernym Samarytaninie, a jednak postąpił jak on.

I może ostatnia historia. Mieszkałam kiedyś w wiosce zabitej dechami, liczącej około sześciu tysięcy mieszkańców. Do najbliższego dużego miasta miałyśmy ponad czterysta kilometrów. Jest Wigilia, siostra z młodzieżą przygotowała inscenizację Bożego Narodzenia. Noc, ciemno, kościół pokryty słomą, a w kościele wiele przypadkowych osób, także wyznawców religii tradycyjnej. Ludzie wiedzą, że w wiosce jest kościół i jakieś białe zakonnice, ale nie bardzo wiedzą, z czym to się je. Przychodzą z ciekawości. Młodzież zaczyna odgrywać scenę, w której Józef i Maryja szukają miejsca, gdzie Maryja mogłaby urodzić, i spotykają się z odmową. Nagle na środek kościoła wychodzi kobieta i mówi do wszystkich: „Wiecie co, to się naprawdę nie godzi. Wy tutaj macie duże domy, a nikt z was nie chce przyjąć tej kobiety. Jeśli nie chcecie, to ja ją przyjmę”. Ktoś za chwilę podchodzi do tej kobiety i tłumaczy, że to tylko przedstawienie. Dlaczego o tym mówię? To jest właśnie inkulturacja. Docieranie do ludzi na ich poziomie, w sposób dla nich przystępny i zrozumiały. Dla mnie najbardziej zdumiewające w takich zdarzeniach jest to, że ludzie, którzy inscenizację Bożego Narodzenia oglądają niczym bajkę i nigdy o chrześcijaństwie nie słyszeli, mają w sobie odruchy, które nakazują im być dobrymi czy bezinteresownymi. Dla mnie jako misjonarki to jest dowód na to, że człowiek niezależnie od obecności misjonarzy nosi w sobie prawo, które nakazuje mu słusznie postąpić.

I jeszcze wywiad radiowy. Polecam 🙂

Opublikowano Habit zamiast szminki | Skomentuj

Idzie nowe!

Dwa lata temu ślubowałam Jezusowi, że pójdę dokądkolwiek mnie pośle i oto już szykują się dla mnie nowe zadania! Niedługo zamieniam „jo” na „tej”, ale niezmiennie chcę głosić miłość Jego Serca wszędzie tam, gdzie jest jej jeszcze za mało. Dziś taka piękna Ewangelia o miłości nieprzyjaciół – jakby Jezus chciał przypomnieć, że każdy bez wyjątku jest dzieckiem Boga, szczególnie ci, którym do Niego nie po drodze.

Jezus posyła mnie z nową misją, która z pewnością będzie przepiękną przygodą. Czeka mnie wiele spotkań z tymi, które pragną być Kobietami Jego Serca i Jego nieskończoną miłość nieść na krańce świata. Jednym słowem – duszpasterstwo powołań 🙂 Od września zapraszam do Poznania, a stamtąd już rzut kamieniem do moich ukochanych Pobiedzisk (kto jeszcze nie był, to zerknijcie tutaj -> http://rekolekcje-sc.pl/)

Póki co, jeszcze jednak wiele się będzie działo – w piątek świętujcie z nami, bo to nie tylko zakończenie roku szkolnego i dzień ojca, ale też Uroczystość Najświętszego Serca Jezusa! 🙂

Opublikowano Sacre Coeur | 4 komentarze